UWAGA!

Realia uniwersum "Star Treka" zostały stworzone przez Gene'a Roddenberry'ego i wszelkie prawa do nich znajdują się obecnie w posiadaniu wytwórni Paramount Pictures.

środa, 23 stycznia 2013

XLIV


- Hermasz, działaj! – zawołała Lilianna, nie tracąc przytomności umysłu. Reszta była nie tyle przerażona, co zdziwiona. Lalewicz znany był z tego, że nigdy nie krzyczał, ba, nawet nigdy nie zmieniał sennego wyrazu twarzy. Coś musiało go rzeczywiście przerazić. Z głośnika dobiegały teraz jakieś łomoty i obce głosy, bełkoczące coś niezrozumiałego.
=/\= Ochrona do hali transportu! Czerwony alarm! – wrzasnęła kapitan, przełączając na kanał ogólny, po czym rzuciła się do drzwi. Razem z nią ruszyli Arek i R’Cer i mało brakowało, a utknęliby całą trójką w drzwiach turbowindy. Udało się im jednak wpakować do środka i zjechać na poziom hali transportu. Wybiegłszy na korytarz natychmiast wpadli w bezładną grupę żołnierzy, klnących i najwyraźniej nie wiedzących, co mają robić.
– Spokój! – ryknęła Lilianna – Gdzie Maura Gwizdak?!
– Nie ma!
– padła nieomal chóralna odpowiedź.
– Jak to nie ma?!
– Nie wiemy!

Kapitan zostawiła wyjaśnienia na później, za to z impetem wpadła w drzwi hali transportu. Jej oczom ukazał nieoczekiwany widok. W kącie kulił się mamroczący bezładnie urywki jakichś modlitw technik, a na środku kotłowały się cztery ogarnięte paniką dziwaczne stwory nieokreślonej płci, uwięzione pod bańką pola siłowego.
– Uśpić ich, królewno? – zasięgnął informacji główny komputer.
– Nie, nie ma takiej potrzeby – odparła kapitan przyglądając się z ciekawością czterem intruzom – Przynajmniej na razie... Ej wy! Umiecie mówić?
Goście znieruchomieli, potem spojrzeli na nią z mieszaniną lęku i poczucia winy. Wyglądali dziwacznie, ale to nie było wszystko - narośla i nacieki na ich skórze sprawiały wrażenie zmian chorobowych.
Kim jesteście i co tu robicie? – indagowała dalej kapitan.
– Ttte paskudy zzzzabrały Maurę...- wystękał Lalewicz płaczliwie.
– Co takiego?!
– Potrzebujemy świeżych narządów.
– wymamrotał przepraszająco jeden z gości.
– Czego potrzebujecie?!
– Narządów... jesteśmy Viidianie. Słyszeliście pewnie o nas...
- Ni wuja.

Zacinając się i poprawiając co chwila Viidianin opowiedział historię swej rasy, trapionej przez straszliwą chorobę. Jedynym ratunkiem dla ofiar były przeszczepy cudzych narządów, przystosowywanych w specjalnym procesie. Jeszcze nie skończył, gdy Lilianna zacisnęła pięści i rozdarła się na cały pokład:
- Ach wy złodzieje cudzych flaków, pulpa wasza mać, niech Maurze jeden włos z głowy spadnie, a wszystkich was wyślę w próżnię!
– Regulamin Flo...
- zaczął R’Cer i pisnął jak szczeniak, bo Malwinka Kręcik nadepnęła mu z całej siły na stopę.
– Regulamin?! Chromolę regulamin! Jeśli skrzywdzą Maurę, ci czterej będą fruwać bez skafandra po całej kosmicznej okolicy! Nie żartuję! Hermasz, nie wypuszczaj ich! Lalunia, natychmiast przestań się mazać, to rozkaz! Malka, nawiąż łączność z macierzystym okrętem tych pokrak! Ale już!
Malwinka skinęła energicznie głową, zasalutowała i runęła do pokoju łączności. Szalejąca z wściekłości kapitan tymczasem strzelała rozkazami niczym kulami ze staroświeckiego karabinu. W ciągu kilku minut osłony zostały wzmocnione do maksimum, działka fazerowe i wyrzutnie torped przygotowane do akcji, a cała załoga na stanowiskach. Krzysztof Majcher, Osip Zajczik i reszta snajperów siedzieli w „wieżyczce”, Keras i Jasiek Gąsienica samorzutnie zajęli miejsce za plecami pani kapitan, postanawiając bronić jej do ostatniej kropli krwi.
– Chociaż, moim zdaniem, ona w razie czego i siebie i ich by obroniła. – podsumował to Karol Michałow. Podobnie jak inni załoganci był do głębi oburzony niecnym postępkiem Viidian, choć prywatnie uważał, że Maura jest zbyt jadowita na to, by przeszczep jej narządów komukolwiek wyszedł na zdrowie.
Po kilkunastu minutach udało się wreszcie nawiązać połączenie ze statkiem Viidian i na ekranie ukazał się jego kapitan. Podobnie jak na innych, tak i na nim widać było niszczące piętno choroby, starał się jednak zachowywać godnie.
– Mam nadzieję, że rozumie pani naszą sytuację... – zaczął ugodowo, ale Lilianna przerwała mu brutalnie:
- Nie, panie ładny, nie rozumiem i rozumieć nie chcę. Proszę natychmiast oddać mojego szefa ochrony, albo pana załoganci zostaną straceni bez sądu.
– Jak to? Byłaby pani taka okrutna?
– zdziwił się kapitan obcego statku – Kapitan Janeway jest bardziej cywilizowana, a zdaje się, że należycie do tej samej rasy.
– Pieprzę to, co robi lub robiłaby kapitan Janeway! Ja stawiam ultimatum i możecie być pewni, wy łajzy, że ręka mi nie zadrży!
– Nasza choroba...
– To tylko wasza sprawa. Nie macie żadnych praw do tego, by w imię własnego przetrwania krzywdzić innych i jeśli jeszcze tego nie wiecie, to ja was nauczę. Zajczik, salwa ostrzegawcza!
=/\= Tak toczno!

Działka dziobowe Hermasza zionęły ogniem, aż statkiem Viidian zatrzęsło. Osip Anegdotycz, będący prawdziwym fachowcem, trafił dokładnie tam, gdzie chciał - we wrogą wyrzutnię, pozbawiając przeciwników możliwości kontrataku.
- Miała być ostrzegawcza... - jęknął R'Cer, ale Lilianna rzuciła mu tylko spojrzenie pełnie politowania.
- Eto była ostrzegawcza. No pa ruski. - oświadczył dumnie przez głośnik Osip Anegdotycz. Natomiast kapitan viidiańskiego statku stracił resztę pewności siebie.
– Pani kapitan, proszę przestać! Nie rozumie pani....!
– Ja wam dam „nie rozumie”. Mam zacząć zabijać pana załogantów? Ochrona, wybrać pierwszego zakładnika!
– Nie, proszę zaczekać!
– Viidianin był wyraźnie i przerażony, i zdumiony tak nagłą groźbą – Oddam pani tę kobietę.
– O proszę, jak poszkutkowało.
– mruknął Jasiek Gąsienica.
– Zatem proszę natychmiast odesłać moją szefową ochrony, a ja odeślę pana piratów.
– To nie są piraci.
– Jak zwał tak zwał. Dla mnie piraci, złodzieje i mordercy na dobitkę. Jeśli odsyłam ich żywych, to tylko ze względu ma Maurę. Jest dla mnie więcej warta niż wasze dupy.
– Jest pani barbarzyńcą. Skazuje pani na śmierć kilku naszych, którzy nie doczekają przeszczepu!
– Jak powiedziałby Rhett Butler: „Wybacz kochana Scarlett, ale mam to gdzieś”. To tylko wasz problem. Czekam w hali transportu i niech was wszyscy wasi bogowie bronią przed wywinięciem jakiegoś numeru.

piątek, 11 stycznia 2013

XLIII



Urządzony przez Matiasa von Braun lokal bardzo się wszystkim spodobał. Pokładowy reporter o pseudonimie „Wawelski” (tylko kapitan i Weronika Bąk wiedziały, że jest to Krzysiek Majcher) opisał w gazetce ściennej jego powstanie jako „prezent dla załogi” i nie szczędził pochwał założycielowi tego przybytku, śpiewającemu wampirowi i nawet kelnerkom. Sixto zresztą z punktu stał się ogromnie popularny w załodze, a kelnerki urosły do statusu pokładowych gwiazd. Nawet kapitan, mimo że nie miała teraz głowy do rozrywek, odwiedziła bar któregoś wieczora i raczyła przyznać, że jest to bardzo miłe miejsce. Dla świętego spokoju nie zgłębiała też, kto i kiedy pozwolił kelnerkom, w samej rzeczy nie figurującym w spisie załogi, na teleportację, ale to i tak wyszło na jaw. Winnym okazał się Waldek Poligon z ekipy doktor Lemowej, a dziewczyny – jego przyrodnimi siostrami. Skoro już ta wiadomość ujrzała światło dzienne, kapitan musiała wezwać Waldka, by się wytłumaczył. Docent Poligon, bardzo obrażony, wyjaśnił suchym jak pieprz głosem że matka powierzyła mu nieletnie rodzeństwo, udając się na misję humanitarną w okolice Psiej Gwiazdy...
– No więc co miałem zrobić?
– Wypisać się z lotu, psiakrew!
- Jeszcze czego! Zrezygnować z takiej frajdy przez trzy głupie smarkule i dwóch gówniarzy?
– Jakich znowu gówniarzy?
– kapitan siadła na fotelu dowodzenia z uczuciem, że zabrakło jej sił.
– Nooo... moich braci. Mama lubi te rzeczy, a notorycznie zapomina o pigułkach...
Tu Poligon urwał, bo Lilianna huknęła pięścią w poręcz fotela, aż odpadła klapka panela komunikacyjnego.
– Co tu się do cholery dzieje?!!!
Waldek przezornie cofnął się poza zasięg ramienia swego dowódcy i pospiesznie dokończył wyjaśnień:
- Przecież widzi pani, że bliźniaki są w porządku. Dotąd nawet pani nie wiedziała, że tu są...
– Arek, R’Cer! Pana Poligona do kapsuły!
– ryczała kapitan Zakrzewska, w ogóle go nie słuchając - Wystrzelić go w dowolnym kierunku! Nie chcę go widzieć na moim statku!
– Ale regulamin Floty...
– wystękał zaszokowany R’Cer.
– W nosie mam regulamin! W nosie mam Flotę! W nosie mam cały głupi świat! – szalała Lilianna, maltretując nieszczęsny panel na poręczy swego fotela i kopiąc w konsolę naukową, do której było jej najbliżej. Wszyscy obecni na mostku odsuwali się pospiesznie, nie próbując jej powstrzymywać. Zbyt dobrze ją znali, by nie wiedzieć, jak to się może skończyć. Lepiej było przeczekać atak szału i dopiero potem próbować mediacji.
Metoda okazała się skuteczna. Po jakimś czasie kapitan, sypiąca wszystkimi możliwymi przekleństwami niczym kulami ze staroświeckiego kałasznikowa, wyczerpała amunicję i opadła na fotel bezsilnie. Dopiero wtedy pierwszy oficer odezwał się łagodnie:
- Pani kapitan, nie przeczę, że docent Poligon zasługuje na karę, ale potrzebujemy go w dziale biologicznym. To niestety fakt.
- Uciąć mu...!
– jęknęła kapitan rozpaczliwie.
Doktor Lemowa nigdy by nam tego nie wybaczyła.
Lilianna spojrzała z zaciekawieniem na Poligona, który na próżno usiłował przybrać skruszoną minę.
– Lemowa z tym orangutanem? Chociaż gusta bywają różne – złość zaczęła przechodzić pani kapitan – No cóż, na razie do brygu. Nie, wróć! Najpierw chcę poznać tych pańskich braciszków. Pewnie takie same małpy jak pan...
Pan docent skwapliwie skinął głową i dopadł do panela ściennego.
=/\= - Jarek! Leszek! Na mostek! – wrzasnął. Od konsoli maszynowni rozległ się tłumiony chichot.
– Jarek i Leszek, już lepiej nie było można. – Józek Stelmach aż gryzł sobie palce z uciechy.
– Milczeć tam. – kapitan pogroziła mu pięścią. Inżynier umilkł, ale wyraz jego twarzy nie wskazywał na taką znów skruchę.
Po dłuższej chwili na mostku zjawiła się doktor Lemowa w towarzystwie dwóch identycznych, na oko dziesięcioletnich urwipołciów. Obaj nie byli ani trochę stremowani tym, gdzie ich przyprowadzono, ani tym, że srogi dowódca dowiedział się o ich obecności.
– Dzień dobry. – pisnął grzecznie pierwszy.
– Szanowanie, kapitan. – dodał drugi z szerokim uśmiechem.
Jak to się stało, wy turki zawojowane, że do tej pory ja was nie wypatrzyłam? – zadała Lilianna fundamentalne pytanie, wodząc oczami od jednego do drugiego.
– Bo my byli grzeczni, jak Waldi kazał, i schodzili my pani z oczu.
– No to robiliście to nadzwyczaj zręcznie. Który z was jest Leszek, a który Jarek?
– Jarek po lewej.
– podpowiedział jej Poligon.
– Jak pan ich odróżnia?
– Czy ja wiem? To moi bracia, znam ich od urodzenia. Mnie nie oszukają, ale nauczyciele mieli z nimi niezły taniec.
– Wierzę. No dobra. Pani doktor, skoro do tej pory kryła pani niesubordynację podwładnego i ukrywała w swoim dziale tych dwóch ancymonów, jest pani póki co odpowiedzialna za każdy ich ewentualny wybryk
– ogłosiła w końcu kapitan urzędowym tonem – A pan Poligon, do brygu. Tydzień aresztu, potem karna służba w maszynowni. Poczyści pan przewody plazmowe, to się panu prababcia przypomni. Panie R’Cer, na co pan czeka? Ochronę proszę wezwać!
Wolkanin posłusznie sięgnął do głośnika, ale nie zdążył połączyć się z sekcją ochrony, gdy głośnik włączył się sam i wrzasnął na cały mostek głosem Lalewicza:
=/\= Kapitanko, Jezus Maria, intruzi na pokładzie, ratunku!

czwartek, 27 grudnia 2012

XLII

Dochodziła druga w nocy czasu pokładowego. W mesie przerobionej na bar z kabaretem nadal trwała wesoła zabawa, gdy do środka wtoczył się Osip Zajczik, pijany jak bela.
– Kto?! – wrzasnął, przekrzykując muzykę – Kto z was, bladzie i jebuny, skazał mej żonie, szto ona smierdyt?!
Przytomny jak zwykle von Braun pstryknął wyłącznikiem nagłośnienia i zapanowała zdumiona cisza.
– Ty to powiedział! Prawda?! – Zajczik na chybił trafił wycelował palcem w pierwszego lepszego. Okazał się nim sanitariusz Cezary Figielek.
– Tak, to prawda – odparł uczciwie przedstawiciel białego personelu – Ale ja tego nie powiedziałem.
Zbrojmistrz machnął na oślep pięścią, chybiając Figielka, a trafiając za to dwóch chorążych ochrony i laborantkę z działu biochemii.
– Za co, łachudro, babę bijesz? – oburzył się profesor Trekowski, ujmując niedwuznacznym ruchem butelkę po winie za szyjkę. Źle się jednak wybrał, chcąc bronić niewieściej czci, bo po pierwsze laborantka, Joaśka Kurzepa, obraziła się straszliwie za „babę”, a po drugie Osip, widząc nareszcie kogoś uzbrojonego, wydał bojowy okrzyk (”Szajbu,szajbu!”) i rzucił się na profesora z niedwuznacznie agresywnymi zamiarami. Wyglądało już na to, że szykuje się typowo polskie widowisko pt „obszczaja rukopasznaja schwatka a la maniere russe”, gdy w sprawę wmieszały się cztery silne dziewczyny z ochrony, dowodzone przez Maurę Gwizdak. Obezwładniły one zarówno Zajczika jak i profesora, i zabrały obu do brygu, celem wytrzeźwienia, jako że profesor też był w stanie co najmniej wskazującym. Zabawa mogła trwać nadal.
W tym samym czasie R’Cer kończył pospiesznie przeprogramowywanie głównego rdzenia, z którego ładowano aktualizacje do translatorów osobistych całej załogi. Mając w perspektywie spędzenie cudownego wieczoru ze swą ukochaną pracował z niemal ponadnaturalną szybkością i ledwie skończył, pospieszył do ambulatorium. T’Shan już na niego czekała, ubrana w swoja najładniejszą wolkańską szatę, a chorąży Kinderman trzymał małą T’Alię na kolanach i z przejęciem opowiadał jej bajkę o trzech świnkach. Mieszał przy tym nieco wątki tej opowieści, chwilami nazywał świnki koziołkami lub gąskami, a wilka lisem, ale dziewczynce wcale to nie przeszkadzało. Ssała sennie kciuk, a oczka same się jej zamykały.
– Idziemy? – spytał R’Cer z pewną obawą. Bywało już wcześniej, że T’Shan umawiała się z nim i wszystko potem odwoływała, ale tym razem lekarka była zdecydowana.
– Idziemy. – powiedziała, uśmiechając się do kochanka – Już zamówiłam piękny program w holokabinie.

Gdy w mesie bawiono się nadal, a R’Cer i T’Sham zamknęli się w holodeku, kapitan Zakrzewska – z braku lepszego zajęcia - „maglowała” na mostku porucznik Bibianę Nowak.
– Skąd von Braun wziął te porozbierane aż po samą kość ogonową kelnerki? – pytała surowo.
– Nie wiem, skądś tam...- plątała się panna Nowak, czerwieniejąc coraz mocniej.
- Żadna z nich nie figuruje w spisie załogi. Prawda? – naciskała dalej kapitan.
– Prawda. – przyznała rozpaczliwie kadrowa, na odmianę blednąc.
– Więc na statku oprócz Allandry Michałow były trzy dziewczyny spoza listy załogi i ja nic o tym nie wiem?!
– No nie wie pani....
– To jak panna do cholery wykonujesz swoją pracę?!
– Ja nic nie wiem...! Proszę na mnie nie krzyczeć!
– tu Bibiana uciekła się do starego, wypróbowanego przez całe pokolenia kobiet sposobu, to znaczy zaczęła płakać, rozmazując po twarzy szminkę i tusz z mocno podczernionych rzęs. Kapitan Zakrzewskiej opadły ręce.
– Co ja mam z panią zrobić?
– Nie wiem
– wychlipała żałośnie kadrowa – Zresztą, co bym nie powiedziała, to pani i tak zrobi po swojemu.
Krzysztof Majcher parsknął śmiechem od sterów.
Chcesz zostać ukarany miesiącem czyszczenia kanałów plazmowych?! – natarła na niego Lilianna – Co to za chichoty? Żadnej dyscypliny w tej załodze! Wydaje się wam, że możecie mi na głowę wleźć?! Już ja was wszystkich nauczę!
Zdjęła z fotela dowodzenia Adama i usiadła w nim z naburmuszoną miną. Adam, przyzwyczajony do tak bezceremonialnego traktowania, owinął się wokół jej ramienia niczym żywa bransoletka, a dla człowieka mniej poetyckiego – jak żywa kiełbasa.
– To co, mogę iść? – odważyła się spytać porucznik Nowak – Chce mi się spać.
– A idź panna na zbity łeb
– warknęła kapitan – Tylko mordę umyj przed pójściem do łóżka, bo całą poduszkę panna uślicznisz na cacy.
Bibiana wytarła twarz, potem nos i zeszła z mostka, kierując się do swej kwatery. Najpierw jednak zajrzała do ambulatorium, bo od awantury z panią kapitan rozbolała ją głowa. W ambulatorium nie było jednak nikogo z personelu medycznego. Chorąży Kinderman, kołyszący na rękach śpiącą T’Alię, zagroził co prawda personalnej wszystkimi możliwymi torturami, jeśli obudzi dziecko, ale wysłuchawszy jej narzekań wskazał łaskawie szafkę z lekarstwami do samodzielnego stosowania. Bibiana połknęła tabletkę i ułożyła się na jednym z biołóżek, doszedłszy do na poły racjonalnego wniosku, że taka migrena może być symptomem jakiejś choroby, więc lepiej będzie zostać w dziale medycznym, póki sprawa się nie wyklaruje. Jak wszyscy na pokładzie wiedzieli, była prawdziwą, rzetelną hipochondryczką i najlepiej czuła się wtedy, gdy w rzeczywistości czuła się bardzo źle.

czwartek, 20 grudnia 2012

XLI

Podczas gdy w mesie trwał suto zakrapiany „ubaw”, kapitan Zakrzewska tkwiła na mostku, usiłując rozszyfrować dane, dostarczone przez Q wprost do pamięci głównego komputera. W pojęciu tej dziwnej istoty dane były pewnie i konkretne, i przejrzyste, ale ludzkiemu oku przedstawiały się co najmniej osobliwie. Razem z Lilianną biedzili się nad tym R’Cer i Karol Michałow. Przy konsoli maszynowni siedział naburmuszony jak zwykle Podgumowany, a przy sterach nierozłączna para, Krzysztof Majcher i Weronika Bąk. Całości zespołu dopełniała Inga Lausch, pilnie nasłuchująca wszystkiego, co dawało się wyłowić z eteru.
– A tom wdepnęła w co kot napłakał... – wzdychała kapitan, cytując Jolantę Wygrzmocony, jedną z bohaterek swej ulubionej powieści „Docent Basset” – O co tu do cholery chodzi?
– Na mój rozum to, co pani teraz ogląda, to schemat replikatora nowej generacji –
powiedział Karol Michałow, zaglądając bez ceremonii Liliannie przez ramię – O, to jest cyrkulator topaliny... a tu dyfuzer molekularny. Cholerka, zmyślne! O wiele wydajniejszy niż nasze, tylko że nie złożę go z tego, co mamy. Brakuje mi o, tej części... i tych dwóch. Bez nich nie dam rady, a to specjalistyczne elementy, bardzo precyzyjne. Nie da się ich wykonać chałupniczo... chyba.
– No dobra, ale ta reszta to co? Wygląda na mapę, ale ten psi pysk nie zaznaczył na niej żadnych punktów odniesienia. Weź się i ugryź, człowieku, nic nie wiadomo.

Aspekt kartograficzny zainteresował Krzyśka Majchra, który zostawił stery Weronice, a sam podszedł do stanowiska dowodzenia.
– Popatrzmy.... No, nie taki on głupi, zaznaczył położenie statku w momencie naszego przeniesienia do tego kwadrantu – pokazał palcem na jeden ze świecących punktów – To Hermasz. Jeśli się nie mylę, od tamtej chwili lecieliśmy trasą tędy... i tędy.
– Jeny, gdzie ty to widzisz, Krzychu?
– Michałow wytrzeszczył oczy na mapę i zmarszczył czoło – Dla mnie to jedna mazaja.
– I dlatego ty jesteś inżynierem, a ja nawigatorem. Dla mnie schematy obwodów to plątanina nie do ogarnięcia, a mapa gwiazd jest tak jasna, jakby przy każdej planecie był drogowskaz.
– No dobra, a czy ten cały Qtas zaznaczył też położenie Voyagera? Nie mogę go jakoś wypatrzyć. –
spytała kapitan, pomijając zręcznie milczeniem fakt, że mimo zdania egzaminów na Akademii zna się na mapach gwiazdowych równie dobrze jak na, przykładowo, obróbce brązu w czasach wojen punickich. Majcher (który świetnie o tym wiedział), ponownie schylił się nad wykresem z nieprzeniknioną miną. Studiował przez chwilę wzajemne położenie obiektów kosmicznych, oglądając je z różnych stron i pod różnym kątem.
– O, tutaj – rzekł po chwili – Albo tu. Gość zaznaczył kilka przykładowych lokalizacji. Widocznie sam nie jest pewien, ale wszystkie one mają wspólny mianownik. Statek zmierza możliwie najkrótszą drogą do kwadrantu Alfa.
– To logiczne
– wtrącił się R’Cer, który analizował mapę na swojej konsoli i mimo wysiłków rozumiał z niej nie więcej niż pani kapitan – Załoga chce jak najszybciej wrócić do domu. Nasza sytuacja też jest wysoce niekomfortowa.
Nie chciał tego mówić głośno, nawet przed sobą bał się do tego przyznać, ale bardziej niepokoił się o T’San i T’Alię niż o legalną żonę i syna. Jego żona miała zresztą własne życie, a syn był już dorosły. W zeszłym roku skończył Wolkańską Akademię Nauk i starał się o wolontariat w jednym ze szpitali. Nie potrzebował już ojca, a T’Alia była taka mała...
– Nie pamiętam, kiedy nasza sytuacja była jakoś znacząco lepsza – mruknął Michałow – Kapitanko, mogę poprosić o kopię tego schematu replikatora? Spróbuję go jakoś zbudować.
– Prześlę na komputer maszynowni. Krzysiek, dasz radę wyznaczyć kurs przechwytujący na podstawie tej mazaniny?
– Spróbuję. Proponuję też cały czas wysyłać sygnały na częstotliwości Gwiezdnej Floty. Gdy je odbiorą, będą wiedzieli że jest tu ktoś im bliski.
– Gdyby wiedzieli, kto konkretnie, to by się posrali.-
stwierdził ponuro Józek Podgumowany, nudzący się przy konsoli maszynowni. Myślami był w mesie, gdzie trwała zabawa – bez niego. Oczami duszy widział wszystkich męskich załogantów, nadskakujących jego puszczalskiej żonie i zgrzytał zębami ze złości.
– Inga, słychać coś? – zwróciła się kapitan do swego łącznościowca, chcąc uniknąć reagowania na tę uwagę.
Wiele rzeczy, ale w jakichś dziwacznych językach – poskarżyła się płaczliwie panna Lausch – Nasze translatory nie wyrabiają, nie tłumaczą nawet połowy.
– Trzeba je będzie zoptymalizować. Rasy zamieszkujące tę przestrzeń mogą być mało przyjazne i poza tym nic o nich nie wiemy. Dobrze by było, gdybyśmy choć rozumieli, co mówią.
– Zajmę się tym, jeśli pozwoli mi pani pójść do działu naukowego.
– zaproponował R’Cer. Lilianna skinęła głową przyzwalająco, Wolkanin odmeldował się więc i opuścił mostek. Po drodze postanowił jeszcze zajrzeć do ambulatorium, gdzie – jak wiedział – będzie miała dyżur doktor T’San, nie lubiąca wesołych imprez.
Nie pomylił się. Lekarka siedziała przy biurku, przeglądając raporty zdrowotne załogi, a na podłodze T’Alia bawiła się lalką Barbie z linii Barbie-Andorianka.
– Kto jej dał to paskudztwo? – spytał R’Cer głosem pełnym obrzydzenia – Wiesz, że jestem przeciwny zabawkom budzącym w dziewczynkach poczucie rywalizacji w dziedzinie wyglądu fizycznego.
– Bez obaw, czułki jej przecież nie wyrosną
– odparła T’San obojętnie, nie odrywając wzroku od ekranu komputera – Chyba przywiązujesz za duże znaczenie do zwykłej dziecięcej zabawki. Poza tym nie wiem, kto jej dał tę lalkę. Mógł to być ktokolwiek z tej załogi.
R’Cer pochylił się i spróbował odebrać córce lalkę. T’Alia zareagowała oburzonym wrzaskiem, który zmusił wreszcie lekarkę do odwrócenia głowy.
– Zostaw ją w spokoju! – zawołała gniewnie – Niech się bawi.
– To wyrobi w niej fałszywe wzorce.
– Nie rób z siebie psychologa. Nic sobie nie wyrobi, powtarzam, że to tylko zabawka. R’Cer, po co przyszedłeś?

Wolkanin spojrzał na nią i wzruszył lekko ramionami.
– Chciałem... chciałem cię zobaczyć i tyle. – wyznał wreszcie. T’San mimo woli roześmiała się.
– Wiesz jak wyglądasz? Jak dzieciak, który nie dostał na kino
– powiedziała – Mam pomysł. Zawołam chorążego Kindermana, niech się zajmie małą, a my zrobimy sobie miłą, intymną kolacje we dwoje. Co ty na to?

sobota, 8 grudnia 2012

XL

- Naprawdę mamy mieć kabaret? – Karol Michałow patrzył na swą żonę takim wzrokiem, jakby podejrzewał ją o jakieś niestosowne żarty. Allandra wzruszyła ramionami.
– Powtarzam tylko to, co słyszałam. Ten kucharz, co udaje dyplomatę... albo dyplomata, co udaje kucharza... napalił się na ten pomysł. To dlatego tyle czasu nie mieliśmy mesy ani uczciwych posiłków, ale teraz wszystko ma wrócić do nienormalności.
– I bardzo dobrze. Jak wszystko idzie zbyt gładko, zawsze nabieram podejrzeń, ze się spieprzy szybciej niż sądzimy.

Główny inżynier mówił szczerze. Cała jego ekipa wiedziała o jego nastawieniu i żartowała a niego między sobą. Najbezpieczniej się czuł podczas samej awarii i w czasie, gdy była usuwana, a kiedy wszystko działało jak w zegarku, zrzędził, narzekał i w końcu stawał się nie do zniesienia.
Tymczasem cała załoga, zamiast martwić się pobytem w zupełnie nieznanej przestrzeni i niemożliwym do wykonania zadaniem, plotkowała tylko o kabarecie. Nie mieli pojęcia, jak to będzie wyglądało, wiedzieli tylko, że będzie tam występował Sixto jako piosenkarz. Fakt, że pasażer na gapę był autentycznym wampirem, jakoś nikogo nie przerażał, jedynie ojciec Maślak wygłosił kilka kazań o „sługach nieczystego”, ale w żadnym z nich nie sprecyzował, o jakiego nieczystego mu chodzi.
– Co to znaczy „nieczysty”? – spytała Keras po jednym z takich kazań. Wciąż miała kłopoty ze zrozumieniem niektórych ludzkich idiomów.
– To taki, co się nie myje. – odpowiedział jej Arek na odczepnego.
- To tak źle? A dlaczego? – zdziwiła się naiwnie Klingonka. Jej rodacy nie słynęli z higieny osobistej, niezależnie od płci i wieku. Jedyni ci, których okoliczności zmuszały do kontaktów z ludźmi czy Wolkanami, dokonywali pewnych zabiegów na swym ciele, acz z rzadka i bardzo niechętnie. Pierwsi klingońscy rekruci w Akademii Gwiezdnej Floty tak długo nie chcieli się myć, aż koledzy zmówili się i zrobili im klasyczną „kocówkę”. Dopiero to ręczne tłumaczenie pomogło, choć nie w warstwie zrozumienia tematu.
Arek machnął więc ręką, a urażona Keras poszła do Allandry Michałow, z która ostatnio bardzo się zaprzyjaźniła. Ta wyjaśniła jej ogólną ideę duchów nieczystych, a przy okazji znaczenie higieny dla przetrwania rodzaju ludzkiego i jej kulturowe znaczenie.
– Ojej – zmartwiła się Keras – Muszę więc częściej brać prysznic. Osip nic mi nie mówił, że dla was brzydko pachnę!
- No, specyficznie. I tak myje się pani częściej niż pani rodacy, z którymi miałam do czynienia. Daje się przy pani wytrzymać.

Efekt był taki, że prosto z gabinetu psychologa Keras poszła do łazienki i umyła się dokładnie, co zresztą mogło dać tylko nieznaczny skutek, gdyż woń własna Klingonów rzeczywiście jest dość „specyficzna”. Na szczęście jednak, nim pani Zajczikowa ukończyła zabiegi toaletowe, do łazienki weszła doktor Foremna.
– O kuchta mać zagwazdrana! – wrzasnęła, gdyż już za progiem wlazła niechcący na porzucone mydło. Próbując bezskutecznie złapać równowagę przejechała na nim przez całą łazienkę, zerwała zasłonę prysznica i z impetem wpadła na dokładnie namydloną Klingonkę.
– O, przepraszam bardzo... – wymamrotała konstatując mimochodem, że Keras ma mięśnie, których nie powstydziłby się kulturysta w szczytowej formie.
– Doktorko, czuć mnie jeszcze? - spytała zgnębiona Zajczikowa, nie zwracając uwagi na jej zmieszanie – Mam wrażenie, że cuchnę jak targ.
– Nigdy nie widziałam targa, bywałam tylko na targach poznańskich i na ulicy Targowej w Warszawie –
Feremna wytarła twarz z piany – To raczej problem psychologiczny, jeśli coś pani czuje od siebie. Nigdy nie zauważyłam, by wydzielała szanowna pani zapach gorszy niż przeciętny pasażer polskiej komunikacji miejskiej. E, do cholery z "panią". Nie wygłupiaj się, kobieto, jeśli nasz Ośka się w tobie zakochał to znaczy, że nie przeszkadza mu twój zapach. Może nawet go lubi.
– Ale inni nie lubią.
– To używaj antyperspirantu.
– Czego?
– To taki preparat, który hamuje wydzielanie własnych woni. Powiem biochemii, żeby zsyntetyzowali odpowiedni dla ciebie. A na razie spłucz te pianę i ubierz się jak należy, bo i ja musze doprowadzić się do porządku.

Teraz jednak nikt nie myślał o „duchach nieczystych”, a zresztą Sixto wcale nie był uważany w załodze za jakiegoś demona. Co prawda jedyna na całym pokładzie główka czosnku osiągnęła już cenę czterystu pięciu kredytów plus cztery butelki „Stolicznej”, ale chyba bardziej jako rzadka ciekawostka niż rzeczywista broń przeciw krwiożerczym zapędom wampira. Zwłaszcza, że jak dotąd nikt z załogi nie został pokąsany, oprócz profesora Trekowskiego, który w roztargnieniu złapał Ewę w niewłaściwy sposób, zlekceważył jej ukąszenie i zjawił się w ambulatorium w ręką spuchniętą jak bania. Kuba Żmijewski orzekł zakażenie krwi, podał leki i wystawił profesorowi zwolnienie od pełnienia obowiązków. Trzeba przyznać, że cały podległy Trekowskiemu dział przyjął to z prawdziwą wdzięcznością.
Punktualnie z wybiciem pokładowej północy rozległy się dźwięki muzyki z operetki „Wesoła wdówka” i drzwi mesy stanęły otworem przed licznie zgromadzonymi na korytarzu załogantami. Dobrze im znane pomieszczenie było zmienione nie do poznania. Ściany pokrywały orientalne wzory i złocenia, z sufitu zwieszały się migotliwe żyrandole, cały wystrój przypominał prawdziwy paryski lokal rozrywkowy z przełomów XIX i XX wieku. Pod jedną ze ścian stała estrada pokryta granatowym pluszem w złote gwiazdy, chwilowo nieoświetlona. Między stolikami stały skąpo ubrane kelnerki, a za barem królował rozpromieniony Matias von Braun.
– Prosimy! – zawołał – To wasz bar! Jedzcie, pijcie i bawcie się.
Z dyskretnie schowanych głośników zagrała muzyka, na estradę padł snop światła, a w nim ukazał się Sixto w naszywanym cekinami stroju i z werwą rozpoczął piosenkę „Always look on the bright side of life”. W mgnieniu oka bar zapełnił się do ostatniego miejsca i rozpoczęła się prawdziwie szampańska zabawa.

sobota, 1 grudnia 2012

XXXIX

Początkowo rozmowy z napastnikami nic nie dały. Co prawda dziwne istoty, podobne do człekokształtnych gadów, zaprzestały ostrzału, ale za to mostek Hermasza dosłownie zalała fala wściekłego wymyślania. Translatory nie nadążały z przekładem, a oficerowie słuchali z zaciekawieniem, wyławiając nieznane im związki frazeologiczne i komentując je szeptem między sobą.
– No dobra, dobra – powiedziała wreszcie ugodowo kapitan Zakrzewska – Rozumiem wasz gniew, ale powiedzcie wreszcie, o co chodzi. Czemu strzelaliście do tych tam... Talaxianów? Wyglądają mi na spokojnych, żeby nie rzec tchórzliwych. Co wam zrobili?
Dowódca obcego statku sapał przez chwilę z wściekłością, wreszcie wyrzucił z siebie warkliwą odpowiedź:
- Ukradli wyniki badań naszego zespołu archeologów! Stare artefaktu są dużo warte na czarnym rynku, a to przemytnicy. Ścigamy ich od trzydziestu jednostek planetarnych, a przez was nam uciekli!
– A kim wy właściwie jesteście?
– Jesteśmy Voth, a wy?
– Pochodzimy z Ziemi. Szukamy naszych.
– Ziemianie? Znamy ich statek. Taka poobijana blaszanka. Kapitan to prawdziwa wariatka, a załoga też dobra sobie. Wiecznie wtykają nos w nie swoje sprawy. Już niejeden przez to ucierpiał.
– Ładne rzeczy. Gdzie ten cholerny statek?
– Nie mamy pojęcia, widzieliśmy go dość dawno. Może być wszędzie. A my musimy dalej szukać tych przeklętych Talaxian, co nam przez was uciekli. Oni też mogą teraz być gdziekolwiek.
– Nie przesadzajmy. Jeśli handlują tymi rzeczami, jak twierdzicie, to znajdziecie tych typków na najbliższym targu. Zamiast latać za nimi jak pies z wywieszonym ozorem, trochę pomyślcie. No i co z tym ma wspólnego ten jakiś Neelix? Przecież oni też nie wiedzą, gdzie jest.

Vothański kapitan podrapał się po łuskowatej głowie. Z powodu odmiennej, twardej skóry miał mimikę bardziej ograniczoną niż Talaxianie, ale i tak było widać, że jest zafrasowany.
– Neelix był kiedyś ich łącznikiem – wyjaśnił wreszcie niechętnie – Teraz lata z Ziemianami i się ukrywa, bo prawdę mówiąc ma sporo na sumieniu Na niejednej planecie trafiłby prosto do więzienia.
– Ładne rzeczy. To kapitan jak jej tam? Janeway przyjmuje takich do załogi?
– spytał R’Cer ze zgorszeniem.
– Żeby tylko takich! – zapalił się Voth – Ona tam ma żywą Borg! Zamiast zatłuc gadzinę, to wozi ją ze sobą i nazywa członkiem załogi!
– Członkiem? Znaczy się czym,...? –
wyrwał się Józek Stelmach, ale kapitan zdzieliła go na odlew ostrzegawczo po karku, aż pisnął.
– Kochani, gońcie tych waszych złodziei, kapitan Janeway zajmiemy się my – obiecała – Po co mamy do siebie strzelać, jeśli nic przeciw sobie nie mamy? No chyba żeby dla idei.
Wyglądało na to, że takie rozwiązanie nie odpowiadało obcej rasie. Po jeszcze kilku minutach wymiany uprzejmości ich krążownik zawrócił i wszedł w warp, znikając tam, gdzie przedtem ruszyli Talaxianie.
– Chwila rozrywki i znów szaro. – westchnął z rozczarowaniem Stelmach.
– Żeby ci się zaraz za kolorowo nie zrobiło, dziobaku – warknęła kapitan – Sławek, Weroniko, szukajcie do cholery tego statku. Im szybciej zrobimy to, czego od nas wymaga ten Q, tym szybciej wrócimy do siebie.
– Jeśli wrócimy. Ja bym mu nie wierzył.
– wypowiedział się otwarcie R’Cer.
– Wierzył czy nie, i tak mamy niewielki wybór. Arek, przejmuje pan mostek, ja idę zesobaczyć Zajczika. Amorów mu się zachciało podczas czerwonego alarmu...
– Kiedy zaczynał migdalić się z Keras, to alarmu jeszcze nie było, a z Klingonką jak się zacznie, to pani wie, trudno przestać.-
stanęła w obronie zbrojmistrza Inga, ale Lilianna machnęła tylko ręką i zeszła z mostka.
Na korytarzu wpadła na Krzyśka Majchra, który szedł niedbałym krokiem, pogryzając kanapkę z wędzonką.
– I co? – spytał Krzysiek niewyraźnie, przeżuwając aktywnie.
– Nic. Przyjacielska wymiana ognia i rozstanie w zgodzie. A właściwie... chodź ze mną, Krzychu, muszę udzielić reprymendy Zajczikowi, a madame Zajczik może się okazać w opozycji.
– Nawet na pewno się okaże, jak znam Kligonów.

Główny nawigator za jednym zamachem połknął resztę kanapki, wytarł usta rękawem i zawrócił, kierując się za swoją kapitan.
Osip Zajczik wychodził właśnie z holodeku, gdy natknął się na panią kapitan i Krzyśka. Zatrzymał się gwałtownie, a na jego dobrodusznej twarzy odbiło się poczucie winy.
– Ja... tego... – zaczął niepewnie.
– Właśnie widzimy, że tego.
Keras wynurzyła się zza pleców męża, przygładzając potargane włosy.
– Co się dzieje? – spytała.
– To się dzieje, że mąż szanownej pani nie wypełnia swych obowiązków – odparła Lilianna surowo – Panie Zajczik, marsz do brygu. Trzy dni aresztu za brak reakcji na ogłoszenie czerwonego alarmu.
- Jakiego alarmu?
– Keras była wyraźnie rozczarowana, że ominęła ją dobra zabawa.
– W holodeku nic nie słychać... – próbował się usprawiedliwiać zbrojmistrz, ale zamilkł, skofundowany. Popatrzył żałośnie na żonę i posłusznie poszedł do sekcji więziennej. Keras wyraźnie wahała się, czy stanąć w jego obronie czy też może do niego dołączyć, kapitan więc zdecydowała się przeciąć to wahanie.
– Pani Zajczik, ma pani zły wpływ na swego męża – powiedziała surowo – Zaczął zaniedbywać swe obowiązki. To nie po honorze.
– Panie kapitan, ja go przypilnuję –
obiecała gorąco Klingonka – To się więcej nie powtórzy.
– Mam nadzieję, pani Zajczik. Dla pani karna służba w kuchni. Proszę zameldować się porucznikowi Von Braun, i to w ciągu pięciu minut.
– O rany... Ja rozumiem, że chcesz ją ukarać, ale dlaczego przy okazji Maćka i cała załogę?
– spytał Krzysiek, gdy Keras pospiesznie znikła w głębi korytarza – Wątpię, czy ta Horpyna zna się na gotowaniu.
– Nie musi. Wystarczy, że pomoże przy prostych pracach. O ile tam pójdzie.

Keras czuła się jednak tak bardzo winna z powodu tego, że mąż zaniedbał przez nią swe obowiązki, że faktycznie zgłosiła się do mesy z odpowiednim wyjaśnieniem. Matias von Braun, zajęty wykańczaniem swego lokalu, nie przejął się tym zbytnio.
– Pomóż, kochana, Sixtowi rozstawiać meble – powiedział serdecznie – Potem zawiesicie girlandy. Dziś wieczorem inauguracja.

niedziela, 11 listopada 2012

XXXVIII

Statki były trzy. Przypominały, zdaniem Osipa Zajczika, "tarakany s naganami w miesto nog", nie posiadały żadnych oznaczeń i nie kwapiły się do bliższej znajomości.
- One się na nas gapią. - mruknęła Weronika, która na rozkaz Lilianny zastąpiła Milcza przy sterach. Potem zaczęła obgryzać nerwowo paznokcie, póki siedzący obok Majcher nie trzepnął jej karcąco po łapie.
- A niech się gapią ile chcą, dużo i tak nie zobaczą. Inga, łącz z tymi typami. - poleciła kapitan Zakrzewska, zasiadając godnie i wygodnie w fotelu dowodzenia. Na jej kolanach zaraz ulokowała się Gizia i zaczęła myć pyszczek. Inga zaczęła manipulować przełącznikami, aż ekran pojaśniał i ukazała się na nim jakaś wcale poczciwa, łaciata i włochata gęba. Na ekranie pomocniczym widać było statki w idealnie trójkątnym szyku.
- Tu kapitan Meilix, talaxiańska straż śledcza - przedstawiła się gęba - Nie znamy waszej specyfikacji, czy moglibyście się przedstawić?
- Kuźwa, jaki grzeczny.
- nie wytrzymał Józek Stelmach, wiercąc się jednocześnie przy konsoli maszynowni, jakby coś go gryzło po plecach.
- PSS Hermasz, Gwiezdna Flota Federacji Planet - odpowiedziała Meilixowi kapitan Zakrzewska, ukradkiem pokazując Stelmachowi zwiniętą pięść - Z Ziemi. Wy tu za ochroniarzy jesteście czy co? Mogliśmy naruszyć waszą przestrzeń, przyznaję, ale to niechcąco.
- Z Ziemi? Pani jest Kathryn Janeway?
- A uchowaj Boże... Lilianna Zakrzewska, do usług. A wy szukać Janeway? Mogę wiedzieć, z jakiego paragrafu?
- Hę?
- No, za co. Kradzież, rozbój, zaśmiecanie kosmosu, nieobyczajne zachowanie w miejscu publicznym...?
- Nie. To znaczy... nie chodzi nam o kapitan Janeway, tylko o jednego z członków jej załogi.
- Narozrabiał?
- Można tak to ująć.
- Nie wiem, czy macie jurysdykcję w stosunku do Ziemian.
- Kiedy to Talaxianin, jak my! Nazywa się Neelix. Przyłączył się do załogi USS Voyager i dlatego nie mogliśmy go wytropić.
- A co wam zrobił, że go szukacie?

Talaxiański kapitan chciał odpowiedzieć, ale nie zdążył. Zza "pleców" jego formacji wynurzył się nagle jeszcze jeden statek, dużo większy i zdecydowanie wrogo nastawiony. Swoje stanowisko określił jasno, rozpoczynając bez ostrzeżenia ostrzał talaxiańskich okrętów. Na Hermasza nie zwrócił uwagi. Kapitan Meilix znikł z ekranu i słychać było, jak spanikowanym głosem wydaje rozkazy podniesienia osłon.
- Krucafuks, a to trepy kosmiczne! - wściekł się Majcher - Przygrzejemy im , Lil... to znaczy pani kapitan?
- Też pytanie
- Lilianna włączyła kanał łączności -=/\= Uwaga wieżyczka, jest tam kto?!
- =/\= Ja jestem, a bo co?
- odezwał się z głośnika głos T'engi.
- =/\= A Zajczik gdzie?
- =/\= Poszedł do kibla, ale to już będą ze dwie godziny...
- =/\= Czyli albo dostał monstrualnej sraczki, albo zrobił sobie wakacje. Hermasz, zlokalizuj Zajczika!

Głośnik zaskrzypiał, potem chrząknął, potem odparł z zażenowaniem:
- Osip Zajczik jest ze swą żoną... i wolałbym im nie przeszkadzać...
- Takie buty? Dobra, prokreacja rzecz święta. Krzysiek, zostaw stery i leć do wieżyczki. Przyślij nam tu Sławka albo Aśkę Kubicę
- tutaj kapitan nastroiła głos na ton marsowy i wrzasnęła do mikrofonu - =/\= Do całej załogi: czerwony alarm! Wszyscy na stanowiska! Snajperzy do wieżyczki! Obroną tymczasowo pokieruje porucznik Majcher!
I dodała normalnym już głosem:
- Inga, łącz z tymi bandytami.
Panna Lausch posłusznie przebiegła palcami po kontrolkach, po czym zameldowała:
- Kanał łączności otwarty, pani kapitan.
Jeszcze nie skończyła, gdy widoczny na ekranie osobnik o wyjątkowo nienachalnej urodzie warknął:
- Zjeżdżajcie, to was nie dotyczy.
Lilanna odkaszlnęła i powiedziała do mikrofonu łączności:
- Nie da się zrobić, panie ładny. Nie skończyłam jeszcze wymiany uprzejmości z kapitanem Meilixem, a wy się wtranżalacie bez zaproszenia i przerywacie rozmowę? Za brak tak zwanego towarzyskiego alibi zmuszeni jesteśmy dać wam fangę w nos, czyli przyłączyć się do tej wymiany zdań.
=/\= Krzysiek, lu! Anawa!

Porucznik Majcher nie czekał na powtórzenie rozkazu, tylko wygarnął z działka fazerowego, trafiając agresorów w prawą burtę. T'enga zawtórowała mu, posyłając duży ładunek w część rufową. Krążownik zakręcił się wokół własnej osi, po czym odpowiedział , trafiając w przednią osłonę Hermasza.
- Deflektor trzyma! - zameldował Stelmach.
- Dodatkowe wzmocnienie - nakazała kapitan. Jak zdążyła się zorientować, Talaxianie mieli wyjątkowo marne uzbrojenie, natomiast ich przeciwnicy dysponowali nie gorszymi działami niż Hermasz. Starcie zapowiadało się bardzo ciekawie.