UWAGA!

Realia uniwersum "Star Treka" zostały stworzone przez Gene'a Roddenberry'ego i wszelkie prawa do nich znajdują się obecnie w posiadaniu wytwórni Paramount Pictures.

niedziela, 7 kwietnia 2013

XLVIII.


Rozmowa o kłopotach wolkańskich załogantów wyszła jakoś inaczej, niż się obie damy spodziewały, a prawdę mówiąc wcale nie wyszła. Przede wszystkim kapitan nie było ani w jej kwaterze, ani w bibliotece, gdzie często pracowała. Napotkany na korytarzu Jasiek Gąsienica poinformował obie kobiety życzliwie, że jest ona na mostku. Trzeba było więc tam się udać i wyłuszczyć sprawę przy całej wachcie. Nie miały na to ochoty, jednak po krótkiej dyskusji doszły do wniosku, że sprawa jest zbyt poważna by czekać. A jednak poczekać musiała.
Na mostku przy fotelu kapitan Zakrzewskiej stała akurat Keras i robiła straszną awanturę. Allandra Michałow słuchała jej dłuższą chwilę, nim zorientowała się, że tak naprawdę był to normalny sposób dyskusji w wykonaniu rodowitej Klingonki. Nawet więcej niż normalny, bo powściągliwy, gdyż ostatecznie nie poszedł jeszcze w ruch batleth, co łacno mogłoby się przydarzyć w przypadku różnicy zdań między Klingonem a kimkolwiek innym. Kapitan Zakrzewska, jako osoba obdarzona sporym temperamentem, nie tylko słuchała wywodów Keras, ale też odpowiadała na nie w podobnym duchu, zatem na mostku panował wrzask niegorszy niż na tureckim bazarze podczas wyjątkowo ruchliwego dnia targowego. Na konsoli łączności urywał się sygnał wywołania, ale dyżurująca przy niej Inga Lausch nie miała szans usłyszenia czegokolwiek, zaś zobaczyć migającej kontrolki nie mogła, siedziała bowiem odwrócona tyłem i z zainteresowaniem śledziła kontrowersję między dowódcą a panią Zajczikową. Obaj sternicy oglądali się co chwila, włączywszy przytomnie automatyczne czujniki zbliżeniowe i nie zwracając uwagi na to, że pilotowany przez nich Hermasz leci zygzakiem, jak przysłowiowy mały fiat z żywym karpiem w bagażniku.
Pani kapitan! – krzyknęła w końcu pani psycholog – PANI KAPITAN!
– Czego do kuchty nędzy?! Trochę kultury, rozmawiamy!
– Lilianna odwróciła się do Allandry, wściekła i zaczerwieniona z emocji.
– O co tu chodzi? Może będę mogła pomóc.
– Potrafi pani zmienić klingoński charakterek? Bo jeśli nie to może pani wracać do siebie, nic tu po pani.
– Ale co się właściwie stało? Może to jakieś głupstwo?
– Zupełne głupstwo, nawet powiedziałabym że duperela. Pani Zajczik twierdzi, że ma dosyć naszego paskudnego żarcia i żąda gaghu.
– Przepraszam, czego żąda?
– Proszę. Gaghu.
– A co to u diabła jest?
– Widziała pani kiedyś wija? No, stonogę? Albo skolopendrę?
– Brr, paskudztwo!
– No właśnie. Gagh wygląda podobnie. Są różne gatunki, ale wszystkie podaje się do stołu żywe. Najlepsze są wtedy, gdy mają dość wigoru, by nawiać z półmiska, mają wszystkie nogi i nieuszkodzone czułki...

Allandra zzieleniała i doktor T’Shan z niepokojem chwyciła ją za ramię.
– Proszę głęboko oddychać. Pani kapitan, może bez tych szczegółów, bo nasza psycholog chyba brzydzi się podobnych stworzeń.
Keras prychnęła pogardliwie coś, co w żadnym wypadku nie mogło być komplementem pod adresem pani Michałow i skrzyżowała swe muskularne ramiona na dumnych piersiach.
– Keras, niechże pani będzie rozsądna choć trochę – westchnęła kapitan – Skąd ja pani wezmę gagh w tej dzikiej okolicy? Replikatory go nie zrobią.
– Albo dostane gagh, albo zjem wszystkie pająki na pokładzie!
– wrzasnęła Klingonka, tupiąc nogami w pokład.
– Nie waż się, pokrako! – Kaziek Piskorz, mający akurat dyżur na mostku, wymownie zwinął dłoń w pięść. Jego Czikita była co prawda bezpiecznie zamknięta w terrarium, ale znając Keras można było spodziewać się wszystkiego, łącznie ze splądrowaniem prywatnych kabin. Pani Zajczik, wyższa od Kazika o głowę i o dobrą dłoń szersza w barach, zmierzyła go ironicznym spojrzeniem i nawet nie raczyła odpowiedzieć.
– Q, ratuj. – jęknęła kapitan Zakrzewska – Daj jej to paskudztwo, bo tak czy siak to wszystko twoja wina. Słyszysz mnie, Q?!
– Słyszę, czego tak ryczysz, kobieto?
– odezwał się ironiczny głos – Teraz to ratuj, tak?
– Nie prowokuj mnie, bo szlag mnie trafi i nici z poszukiwań tej Janeway.
– Dobra, dobra.

Rozległ się głośny dźwięk, przypominający pstryknięcie palcami. Na środku mostka błysnęło, a potem zmaterializowało się tam duże pudło, w którym coś nader nieprzyjemnie chrobotało. Keras otworzyła je i wyciągnęła ze środka dużą, wijąca się wielonóżkę.
– Pierwszy gatunek. – stwierdziła, po czym z wielkim zadowoleniem odgryzła jej głowę.
Allandra Michałow odskoczyła nerwowo w tył i wybiegła, zupełnie już zapominając, po co tu przyszła. T’Shan ruszyła za nią, odkładając na później wszelkie wyjaśnienia. Sama zresztą, ku wielkiemu swemu niezadowoleniu, poczuła nieprzyjemne sensacje w żołądku i miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje.
Dopiero w ambulatorium, po zażyciu potężnej dawki torecalinum, obie panie doszły do siebie na tyle, by coś powiedzieć. Pierwsze słowa pani Michałow były zresztą nie tylko znamienne, ale i bardzo charakterystyczne dla załogi statku Hermasz:
- Sodoma i Gomora...

piątek, 22 lutego 2013

XLVII


Życie nie układało się po różach ani Keras, ani Allandrze Dreistein, alias Ali Michałow. Być może dlatego obie panie, choć pochodzące z różnych ras i światów, bardzo szybko się dogadały i zaprzyjaźniły. Uzupełniały się zresztą znakomicie – jedna rozpatrywała wszystko z punktu widzenia psychologii, a druga uznawała tylko proste rozwiązania, wśród których tak zwana „fanga w nos” była najpopularniejszym argumentem stosowanym w gorętszej dyskusji. Allandra od samego początku zrozumiała, że jakakolwiek terapia psychoanalityczna (której domagała się dla Keras część załogi) mijałaby się z celem. Klingonka nie miała żadnych zaburzeń osobowości. Przeciwnie nawet, jej umysł znajdował się w stanie idealnej równowagi. Po prostu normalne zachowanie mieszkanki pięknej planety Qo’noS było właśnie takie – gwałtowne, agresywne i nie znoszące sprzeciwu w nawet najbardziej wyszukanej formie.
– Ale do cholery ona nam tu urządza jakiś najazd Mongołów dzień w dzień! – złościł się Cezary Figielek z ambulatorium, do którego należało opatrywanie drobniejszych urazów.
– Właśnie! – poparł go docent Polikarp Hołuj, któremu bojowa Klingonka podbiła poprzedniego dnia oko w mesie, gdzie było najłatwiej o nieporozumienia – Nawet na Szepta nawrzeszczała tak, że biedak wlazł pod stół i nie chciał wyjść.
– Kapibary nie należą do przesadnie odważnych zwierząt.
– zauważyła pani psycholog spokojnie.
– No dobra, ale co jej biedny Szept zawinił? Niechże ją pani trochę spacyfikuje, tę Hellraiserkę!
– Moi panowie, wkroczyłabym, gdyby pani Zajczik zachowywała się inaczej niż teraz –
oświadczyła Allandra stanowczo – Jednak póki co jej reakcje dowodzą perfekcyjnej równowagi psychicznej, biorąc pod uwagę charakterystykę jej gatunku. Niech pan się cieszy, że nie przerobiła pańskiego pupila na targa w sosie własnym. Kapibary są przecież jadalne. Byłoby to zupełnie normalne zachowanie przedstawicielki rasy wojowników.
– Co takiego?!
– Jest to typowa struktura psychiczna Klingonki, teraz jasne? Keras nie jest Wolkanką, żeby medytować i zakładając ręce za plecy ględzić o pojęciu prawdy koherentnej. Nie wchodźcie jej w drogę, a nie oberwiecie, chyba że rykoszetem.

Jako następna odwiedziła Allandrę doktor Zofia Foremna. Co prawda energiczna lekarka nie potrzebowała porady psychologa, jednak od jakiegoś czasu martwiła się o szefową sekcji. T’Shan stała się roztargniona, nieuważna i co gorsza niestabilna emocjonalnie. Sprawiała wrażenie, jakby kompletnie przestała myśleć o córeczce, którą po całych dniach zajmowali się chorążowie ochrony, Rozenberg i Kinderman, wychowując małą Wolkaneczkę, jak sami chcieli. Foremna od początku uważała, że takie rozwiązanie to zły pomysł, ale początkowo nie próbowała się w to wtrącać. Jednak gdy tego dnia rankiem T’Allia wbiegła do ambulatorium w pogoni za prychającym Mruczkiem, wesoło recytując „Pieśń nad Pieśniami”, i to najniemożliwsze fragmenty tego prastarego psalmu, pani doktor uznała za konieczne interweniować.
– Czy ma pani pojęcie? Mało trupem nie padłam, gdy zobaczyłam tego szkraba wyśpiewującego „ Niech mię pocałuje pocałowaniem ust swoich, bo lepsze są twe piersi nad wino, a wonność olejków twoich nad wszystkie wonności...” a potem... wyobraź sobie pani... szczebiocze „Golenie jego jako słupy marmurowe, które postawiono na podstawkach złotych, ozdoba jego jako Liban wyborny, jako cedry”. Jedyna pociecha, że mała nic z tego nie rozumie!
- Sądzi pani, że tych dwóch żydowskich gajowych ją tego nauczyło?
– No a kto niby? Ciągle ją niańczą, bo pani T’Shan jest kompletnie nieobecna.
– Czy poza tym zachowuje się jakoś bardzo źle?
– Nawet nie. Swoje obowiązki spełnia dobrze, jednak nieustannie się martwię, ze popełni jakiś kardynalny błąd. Tej kobiecie naprawdę coś dolega.

Allandra zapisała coś w swoim notatniku, po czym powiedziała urzędowym tonem:
- Niech ją pani do mnie poprosi. Jakby nie chciała przyjść, proszę powiedzieć, że przyślę po nią ochronę i będzie gorzej.
Nie wiadomo, czy doktor Foremna przekazała polecenie pokładowego psychologa w takiej właśnie formie, czy też zdobyła się na inną, w każdym razie piękna Wolkanka zjawiła się w gabinecie psychologa dwadzieścia minut później.
– Słucham, o co pani chodzi? – spytała nieprzyjaźnie – Jestem zajęta, prowadzę szpital.
– Szpital nie mercedes, nie wpadnie na drzewo, gdy kierowca wysiądzie na moment –
odparła Allandra – Muszę z panią porozmawiać. Podobno ostatnio w ogóle nie zajmuje się pani swoim dzieckiem. Mogę wiedzieć, czemu?
– Ja, a co to panią obchodzi?
– Jestem odpowiedzialna za pani stan psychiczny, tak samo jak za stan każdego innego załoganta. Pani jest nieswoja. Niewolkańska. Proszę o wiarygodne wyjaśnienia, albo odsunę panią od sprawowanej funkcji. Posiadam takie uprawnienia
.
T’Shan kręciła się przez chwilę niespokojnie, wyraźnie usiłując znaleźć jakiś wykręt po czym nagle zdecydowała się i odparła:
- Jestem tak wolkańska, że już bardziej nie można. Tylko że nie w tę stronę.
– Co takiego?
- Wolkanie są z natury inni niż się pani wydaje. Kochają, ale inaczej niż ludzie. Miłość człowieka uskrzydla, a u Wolkanów oznacza rozstrój nerwowy.
– Aha, taką umysłową biegunkę. Rozumiem. Jest pani zakochana?
– Uhm.
– W R’Cerze?
– Uhm.
– Co za problem? On też panią kocha.
– No właśnie. I dlatego oboje nie nadajemy się teraz do służby. Ani, prawdę mówiąc, do niczego innego.

Allandra patrzyła przez chwilę na swą interlokutorkę, postukując stylusem w stół.
– O ile wiem, to pan komandor jest taki jak zwykle, tylko marudzi bardziej. – rzekła wreszcie.
– Tak się wam wszystkim wydaje, ale ja wiem, że jest inaczej. R’Cer nie jest sobą i boję się, że okaże się to w najmniej odpowiednim momencie.
– Musimy więc powiedzieć o tym kapitan Zakrzewskiej.

Allandra wstała, zaciskając usta w wąską linię. Zastanawiała się właśnie, jakimi słowami powiadomi srogą kapitan, że ma na pokładzie parę niestabilnych emocjonalnie Wolkan zamiast dwóch wolkańskich filarów załogi.
– Pójdę z panią – westchnęła T’Shan – Wrogowi nie życzyłabym takiej rozmowy....


niedziela, 10 lutego 2013

XLVI


W hali transportu rozegrała się scena tysiąclecia, jak określił to z uciechą Lalewicz.
- Kapitan Zakrzewska darła się jak diabeł w święconej wodzie – napisał potem w liście do brata – Do tego, co powiedziała, słowa nie dałoby się dodać, bo by się nie zmieściło. Zaczęła od je#%^&%nych złodziei, a na złamanych ch^%$ skończyła. W środku było tyle, że nawet nie podejmuję Ci się tego opisać. Biorąc jednak pod uwagę zwyczaje tych potworków, trudno się jej dziwić. Mogli rozebrać naszego szefa ochrony na części zamienne, a to taka ładna dziewczyna. Szkoda, że facetów nie lubi...
Trzeba przyznać, że przybyli na pokład Viidianie nie bez oporu dali się sterroryzować energicznej Ziemiance. Jednak Lilianna zdominowała ich bez trudu, szczególnie że sekundował jej z jednej strony Jasiek Gąsienica, wymachujący pożyczonym od Keras batleth’em, a z drugiej Hermasz, wykrzykujący przez radiowęzeł obraźliwe uwagi i kopiący intruzów prądem w różne delikatne części ciała. Chyba to najbardziej zdetonowało Viidian – nigdy dotąd nie spotkali się z inteligentnym statkiem. Hermasz został przez swych konstruktorów wyposażony w broń defensywną, która w założeniu miała być używana przez ludzi, ale zwariowany komputer przejął nad nią kontrolę i sam decydował, kiedy i jak jej użyć.
– Nasz statek to klasa NX – kontynuował swój list Lalewicz – Rzecz w tym, że po pierwsze, jest on dużo większy niż były standardowe statki tej klasy, a po drugie dodano mu wiele ulepszeń. W końcu technika poszła mocno naprzód, a polscy inżynierowie zawsze mieli dobre pomysły. Viidianie nie mogli o tym wiedzieć i dlatego zgłupieli, co było nam bardzo na rękę. Te istoty są niezwykle rozwinięte technicznie, więc tak naprawdę pokonaliśmy ich tylko bezczelnością. Chyba bali się sprawdzić, co jeszcze mamy w zanadrzu...
Taki sam wniosek nasunął się też R’Cerowi, który długo i bezskutecznie tłumaczył swojej kapitan, że powinna być ostrożniejsza. Kapitan Zakrzewska, jak to ona, słuchała jego wywodów jednym uchem, wypuszczała je drugim, w ogóle się nad nimi nie zastanawiając. Wolkanin gadał jak nakręcony, a Lilianna sprawdzała w tym czasie mapy obszaru, starając się odgadnąć, gdzie szukać Voyagera. W pewnym momencie na wykresie wyświetlił się delikatny szlak i, nim zniknął, zdążyła go zapamiętać.
– Durny Q nareszcie wziął się do jakiejś roboty – mruknęła – Miał nam dyskretnie pomagać, a tymczasem tak się udyskretnił, że w ogóle go, złamasa, nie widać.
– Nie taka była umowa –
zabrzmiał obrażony głos i na mostku pojawił się Q – Wiesz dobrze, że nie mogę się w nic mieszać. Kontinuum jest w tej sprawie niewzruszone.
– Właściwie czemu? Taki wszechmocny a nic mu nie wolno?
– Krzysiek Majcher obejrzał się od sterów i omal nie wpakował statku na przelatującą asteroidę. Mścisław Czerep, klnąc od maci, wyrównał kurs i obsztorcował kolegę. Kapitan rzuciła pod ich adresem kilka popularnych rusycyzmów, po czym znowu zwróciła się do nieproszonego gościa:
- Naprawdę nic mnie nie obchodzą wasze sprawy. Gdzieś mam kontinuum, ten kwadrant i tę jakąś kapitan Janeway, o której ciągle słyszę. Chcę tylko przeprowadzić swoją załogę i statek suchą nogą przez to całe cholerne bagno.
– Królewno, a gdzie ja niby mam nogi? –
zasięgnął informacji przepity baryton Hermasza. Lilianna machnęła niecierpliwie ręką i popatrzyła surowo na Q.
– Pomógłbym, ale nie mogę – oświadczył tenże z całym spokojem – Takie są zasady.
– Tak? No to zabieraj pan te swoje zasady z mojego mostka, bo taką panu litanię wyczytam, że uszy panu zwiędną, cwaniaczku! Ja nie jestem burdelmama, żebym jaśnie panu szukała panienki do towarzystwa, jasne?! Trzymajcie mnie, bo ja nie odpowiadam za siebie!

Tu krewka kapitan wyszła z nerwów do tego stopnia, że zamachnęła się i z całej siły strzeliła niczego się nie spodziewającego Q prosto w papę. Przedstawiciel tajemniczego kontinuum aż przysiadł na konsoli i złapał się za twarz.
– Marna istoto, jak śmiałaś?! – zagrzmiał z oburzeniem.
– Kobieto, puchu marny, ty wietrzna istoto... – zaczął recytować Czerep, ale ucichł pod wściekłym spojrzeniem Lilianny i wymamrotał tylko ledwie słyszalnie – Urody twojej zazdroszczą anieli...
- Wazeliniarz.
– mruknął z pogardą Majcher.
– To nie ja, to Mickiewicz.
– Milczeć, szoferacy! A ty zjeżdżaj stąd, pókim dobra! Możesz wyczyniać różne sztuczki i rzucać nami od ściany do ściany, ale jeśli chcesz, żebym ci pomogła, to przynajmniej nie przeszkadzaj! Inaczej zawracam w stronę Ziemi i szoruję tam jak maszyna razem ze swoją załogą, a na twoją Janeway nie zwrócę uwagi, choćbym na niej usiadła, jasne?!
– A czy wiesz, nędzna Ziemianko, że jednym pstryknięciem palców mogę unicestwić ciebie i twój stateczek?!
– Więc albo to zrób, albo spierniczaj w podskokach, bo mam cię dość! Odkąd wlazłeś w moje życie, wszystko stanęło tu na głowie i to tylko twoja wina!
– kapitan Zakrzewska na dobre odrzuciła już grzecznościowe formy i ruszyła do ataku – Módl się do kogo tam potrafisz, żebym nie znalazła na ciebie jakiegoś haka, bo wtedy marne twe widoki.
– A co ty możesz mi zrobić, robaczku?
– Na razie nic, ale zapamiętaj moje słowa, że i robak potrafi ugryźć! Zjeżdżaj, albo znajdź sobie innych frajerów do szukania twojej dziewczyny.

Tyle zajadłości brzmiało w głosie pani kapitan, że Q postanowił załagodzić sytuację. W innych warunkach może dałby się ponieść gniewowi, ale teraz nie miał wyboru – Hermasz i jego nieznośna kapitan stanowili jego ostatnie karty, którymi mógł zagrać.
– Lećcie w kierunku, który wskazałem – rzekł z rezygnacją – Raczej nic wam już w drogę nie wejdzie. Znajdźcie Voyagera, to dla mnie bardzo ważne.
Pstryknął palcami i znikł, jakby go nigdy nie było. Dopiero teraz R’Cer odetchnął głębiej.
– Nie powinna go pani drażnić – rzekł z wyrzutem – Takie istoty jak on potrafią w gniewie zniszczyć całą rasę, co dopiero jeden statek?
– Pilnuj pan swoich uszu
– padła odpowiedź – Nikt nie będzie mi właził na głowę w moim własnym domu. Nawet sam Jowisz Gromowładny. Majcher, Czerep, ustawcie statek na tym kursie i lecimy. Nie wiem, co tak temu Qtasowi zależy na owej Janeway, ale znajdźmy ją, przewiążmy czerwoną kokardką i dostarczmy mu na srebrnej tacy. Może wtedy skończy się ten cały koszmar.
Kapitan usiadła na swoim fotelu, niechcący przygniatając Gizię, która zapiszczała i ugryzła ją w pupę. Lilianna była w takim stanie ducha, że prawie nie zwróciła na to uwagi, sięgnęła tylko po niesforną ulubienicę i posadziła ją sobie na ramieniu.
– Na co czekacie? Naprzód, warp 5. – ponagliła sterników, którzy pospiesznie wypełnili rozkaz, choć mieli własne zdanie co do tego, czy warto lecieć według tych wytycznych. Gdy ich kapitan była w tym stanie, należało stulić uszy i podporządkować się wszystkim jej poleceniom. Inaczej można było wpaść w nie lada kłopoty.

piątek, 1 lutego 2013

XLV


Zdezorientowany i przerażony R’Cer nie zdobył się na to, by towarzyszyć swej kapitan do hali transportu. Zamiast tego poszedł do oranżerii, gdzie napotkał T’Shan i małą T’Allię, bawiącą się skakanką.
– Czemu jesteś taki markotny? – spytała lekarka. R’Cer machnął beznadziejnie ręką, niechcący trafiając Michałowa, który też wybrał się do tego kącika rekreacji.
– Hej, panie spiczasty, zważaj se pan! Weź pan te gałęzie! – wrzasnął inżynier ze złością.
– O, przepraszam...
– Przepraszam? Upuść pan szklankę, potem pan przeproś i zobacz, czy się pozbiera!
– Co takiego?
– Nie dosłyszał pan? Uszy pan sobie przeczyść! Wiem, że w waszym wypadku to dużo czasu zajmuje, ale się, kurza melodia, przydaje!

Widząc, że nie przegada inżyniera, R’Cer zmienił temat.
– Panie Michałow, niech pan powie mi szczerze, czy w razie gdyby ci Viidianie nie dali się zastraszyć, nasza kapitan dotrzymałaby swej groźby?
Główny inżynier parsknął wzgardliwie i opadł na jedną z ławeczek.
– Jasne. A jakby tego nie zrobiła, ja bym to zrobił. Ale myślę, że by ich wywaliła przez śluzę bez mrugnięcia okiem. To nie mazgaj, a prawdziwa Sarmatka.
W głosie Michałowa brzmiało rzeczywiste uznanie. Może po raz pierwszy w rozmowie z kimś wyraził podziw dla swej kapitan, ale tym razem nie mógł się powstrzymać. Viidianie wzbudzili w nim nieopanowany wstręt, nie tylko swym wyglądem, który w końcu nie zależał od nich, ale przede wszystkim sposobem myślenia. Najchętniej osobiście poprowadziłby ostrzał okrętu tych istot.
– Okropność – szepnął R’Cer – Jakie to dzikie... jakie niecywilizowane...
– A to, co oni robią, jest cywilizowane? My mamy takie przysłowie ‘Chcesz bić się z chamem, to bądź cham.’ Nie da się inaczej. Jak kto leci na ciebie z maczugą, to nie możesz mu robić wykładu z Kanta i Nietzschego, tylko sam musisz złapać za maczugę. Do kuchty nędzy, dziecko by to zrozumiało!

Wskazała na T’Allię, która bawiła się z jego nieodłącznym Vuvu, wydając przy tym radosne piski. W odróżnieniu od T’Shan, która bała się zwierząt, T’Allia darzyła je wszystkie bezkrytycznym uwielbieniem i miłością. Jeździła na Miśku jak na włochatym koniu, pieściła Vuvu i Gizię, gdy tylko udawało się jej któreś z nich dopaść i goniła po korytarzach Mruczka, który uciekał przed nią, prychając z oburzeniem. Nie bała się nawet węży profesora Trekowskiego i ptaszników, stanowiących żywe maskotki wielu załogantów. Pewnego dnia, gdy T’Shan zobaczyła, jak jej córeczka przygląda się z zachwytem siedzącej na jej tłustej łapce Czikicie, przeżyła tak silny szok, że zemdlała i doktor Foremna musiała ocucić ją silnym policzkiem. Sprawił jej on zresztą niekłamaną satysfakcję, bo od pierwszego dnia była z szefową działu medycznego na stopie wojennej.
– Mojej córki proszę w to nie mieszać. – zażądał R’Cer, niezbyt do rzeczy, ale był teraz zbyt zdezorientowany, by logicznie myśleć.
– Ależ ja jej nie mieszam, ja tylko stwierdzam fakt. T’Allia lepiej by zrozumiała, ze takim nie wolno pobłażać. – Michałow wstał z ławki i przeszedł się po alejkach między rzędami pięknie utrzymanych roślin.
– Szczęśliwie nie muszę brać sprawy w swoje ręce – dodał, wynurzając się po drugiej stronie (oranżeria nie była zbyt duża) – Dowódca tych szmaciarzy uwierzył, że nasza Lila nie cofnie się przed niczym, aby tylko odzyskać członka załogi i niech mi kto powie, że nie jest to świętym obowiązkiem każdego kapitana.
– Nie wiem... Pierwsza Dyrektywa mówi...
– Dotyczy cywilizacji prewarpowych i zresztą do mnie nigdy nie przemawiała. Jakiż kapitan mógłby poświęcić statek i załogę z powodu paru wieśniaków, którym nie można pokazać radia i telefonu, bo uznają to za czary? Chyba nienormalny! Ja bym takiego wsadził w kaftan bezpieczeństwa.

R’Cer nie potrafił już na to odpowiedzieć. Czuł wbrew sobie, że główny inżynier ma trochę racji, ale jego praworządna katra buntowała się przeciwko sposobowi myślenia polskich oficerów. Usiadł i zakrył twarz dłońmi, jakby zwaliły się na niego wszystkie nieszczęścia tego świata. Michałow poklepał go pocieszająco po karku.
– Ale, ale, nos do góry – rzekł wesoło – Niech pan lepiej pomyśli, panie Wolkan, co by pan czuł, gdyby na miejscu Maury Gwizdak była na przykład T’Allia...
Torpeda trafiła w cel. R’Cer aż stracił oddech na samą myśl, a T’Shan wydała nieartykułowany okrzyk oburzenia, chwytając córeczkę, która zaprotestowała z urazą. Karol Michałow zaśmiał się sardonicznie, i opuścił oranżerię wesoło pogwizdując, a za nim podreptał Vuvu. Byli w wyraźnie dobrym nastroju. Za to Wolkanie długo jeszcze nie mogli się pozbierać.

środa, 23 stycznia 2013

XLIV


- Hermasz, działaj! – zawołała Lilianna, nie tracąc przytomności umysłu. Reszta była nie tyle przerażona, co zdziwiona. Lalewicz znany był z tego, że nigdy nie krzyczał, ba, nawet nigdy nie zmieniał sennego wyrazu twarzy. Coś musiało go rzeczywiście przerazić. Z głośnika dobiegały teraz jakieś łomoty i obce głosy, bełkoczące coś niezrozumiałego.
=/\= Ochrona do hali transportu! Czerwony alarm! – wrzasnęła kapitan, przełączając na kanał ogólny, po czym rzuciła się do drzwi. Razem z nią ruszyli Arek i R’Cer i mało brakowało, a utknęliby całą trójką w drzwiach turbowindy. Udało się im jednak wpakować do środka i zjechać na poziom hali transportu. Wybiegłszy na korytarz natychmiast wpadli w bezładną grupę żołnierzy, klnących i najwyraźniej nie wiedzących, co mają robić.
– Spokój! – ryknęła Lilianna – Gdzie Maura Gwizdak?!
– Nie ma!
– padła nieomal chóralna odpowiedź.
– Jak to nie ma?!
– Nie wiemy!

Kapitan zostawiła wyjaśnienia na później, za to z impetem wpadła w drzwi hali transportu. Jej oczom ukazał nieoczekiwany widok. W kącie kulił się mamroczący bezładnie urywki jakichś modlitw technik, a na środku kotłowały się cztery ogarnięte paniką dziwaczne stwory nieokreślonej płci, uwięzione pod bańką pola siłowego.
– Uśpić ich, królewno? – zasięgnął informacji główny komputer.
– Nie, nie ma takiej potrzeby – odparła kapitan przyglądając się z ciekawością czterem intruzom – Przynajmniej na razie... Ej wy! Umiecie mówić?
Goście znieruchomieli, potem spojrzeli na nią z mieszaniną lęku i poczucia winy. Wyglądali dziwacznie, ale to nie było wszystko - narośla i nacieki na ich skórze sprawiały wrażenie zmian chorobowych.
Kim jesteście i co tu robicie? – indagowała dalej kapitan.
– Ttte paskudy zzzzabrały Maurę...- wystękał Lalewicz płaczliwie.
– Co takiego?!
– Potrzebujemy świeżych narządów.
– wymamrotał przepraszająco jeden z gości.
– Czego potrzebujecie?!
– Narządów... jesteśmy Viidianie. Słyszeliście pewnie o nas...
- Ni wuja.

Zacinając się i poprawiając co chwila Viidianin opowiedział historię swej rasy, trapionej przez straszliwą chorobę. Jedynym ratunkiem dla ofiar były przeszczepy cudzych narządów, przystosowywanych w specjalnym procesie. Jeszcze nie skończył, gdy Lilianna zacisnęła pięści i rozdarła się na cały pokład:
- Ach wy złodzieje cudzych flaków, pulpa wasza mać, niech Maurze jeden włos z głowy spadnie, a wszystkich was wyślę w próżnię!
– Regulamin Flo...
- zaczął R’Cer i pisnął jak szczeniak, bo Malwinka Kręcik nadepnęła mu z całej siły na stopę.
– Regulamin?! Chromolę regulamin! Jeśli skrzywdzą Maurę, ci czterej będą fruwać bez skafandra po całej kosmicznej okolicy! Nie żartuję! Hermasz, nie wypuszczaj ich! Lalunia, natychmiast przestań się mazać, to rozkaz! Malka, nawiąż łączność z macierzystym okrętem tych pokrak! Ale już!
Malwinka skinęła energicznie głową, zasalutowała i runęła do pokoju łączności. Szalejąca z wściekłości kapitan tymczasem strzelała rozkazami niczym kulami ze staroświeckiego karabinu. W ciągu kilku minut osłony zostały wzmocnione do maksimum, działka fazerowe i wyrzutnie torped przygotowane do akcji, a cała załoga na stanowiskach. Krzysztof Majcher, Osip Zajczik i reszta snajperów siedzieli w „wieżyczce”, Keras i Jasiek Gąsienica samorzutnie zajęli miejsce za plecami pani kapitan, postanawiając bronić jej do ostatniej kropli krwi.
– Chociaż, moim zdaniem, ona w razie czego i siebie i ich by obroniła. – podsumował to Karol Michałow. Podobnie jak inni załoganci był do głębi oburzony niecnym postępkiem Viidian, choć prywatnie uważał, że Maura jest zbyt jadowita na to, by przeszczep jej narządów komukolwiek wyszedł na zdrowie.
Po kilkunastu minutach udało się wreszcie nawiązać połączenie ze statkiem Viidian i na ekranie ukazał się jego kapitan. Podobnie jak na innych, tak i na nim widać było niszczące piętno choroby, starał się jednak zachowywać godnie.
– Mam nadzieję, że rozumie pani naszą sytuację... – zaczął ugodowo, ale Lilianna przerwała mu brutalnie:
- Nie, panie ładny, nie rozumiem i rozumieć nie chcę. Proszę natychmiast oddać mojego szefa ochrony, albo pana załoganci zostaną straceni bez sądu.
– Jak to? Byłaby pani taka okrutna?
– zdziwił się kapitan obcego statku – Kapitan Janeway jest bardziej cywilizowana, a zdaje się, że należycie do tej samej rasy.
– Pieprzę to, co robi lub robiłaby kapitan Janeway! Ja stawiam ultimatum i możecie być pewni, wy łajzy, że ręka mi nie zadrży!
– Nasza choroba...
– To tylko wasza sprawa. Nie macie żadnych praw do tego, by w imię własnego przetrwania krzywdzić innych i jeśli jeszcze tego nie wiecie, to ja was nauczę. Zajczik, salwa ostrzegawcza!
=/\= Tak toczno!

Działka dziobowe Hermasza zionęły ogniem, aż statkiem Viidian zatrzęsło. Osip Anegdotycz, będący prawdziwym fachowcem, trafił dokładnie tam, gdzie chciał - we wrogą wyrzutnię, pozbawiając przeciwników możliwości kontrataku.
- Miała być ostrzegawcza... - jęknął R'Cer, ale Lilianna rzuciła mu tylko spojrzenie pełnie politowania.
- Eto była ostrzegawcza. No pa ruski. - oświadczył dumnie przez głośnik Osip Anegdotycz. Natomiast kapitan viidiańskiego statku stracił resztę pewności siebie.
– Pani kapitan, proszę przestać! Nie rozumie pani....!
– Ja wam dam „nie rozumie”. Mam zacząć zabijać pana załogantów? Ochrona, wybrać pierwszego zakładnika!
– Nie, proszę zaczekać!
– Viidianin był wyraźnie i przerażony, i zdumiony tak nagłą groźbą – Oddam pani tę kobietę.
– O proszę, jak poszkutkowało.
– mruknął Jasiek Gąsienica.
– Zatem proszę natychmiast odesłać moją szefową ochrony, a ja odeślę pana piratów.
– To nie są piraci.
– Jak zwał tak zwał. Dla mnie piraci, złodzieje i mordercy na dobitkę. Jeśli odsyłam ich żywych, to tylko ze względu ma Maurę. Jest dla mnie więcej warta niż wasze dupy.
– Jest pani barbarzyńcą. Skazuje pani na śmierć kilku naszych, którzy nie doczekają przeszczepu!
– Jak powiedziałby Rhett Butler: „Wybacz kochana Scarlett, ale mam to gdzieś”. To tylko wasz problem. Czekam w hali transportu i niech was wszyscy wasi bogowie bronią przed wywinięciem jakiegoś numeru.

piątek, 11 stycznia 2013

XLIII



Urządzony przez Matiasa von Braun lokal bardzo się wszystkim spodobał. Pokładowy reporter o pseudonimie „Wawelski” (tylko kapitan i Weronika Bąk wiedziały, że jest to Krzysiek Majcher) opisał w gazetce ściennej jego powstanie jako „prezent dla załogi” i nie szczędził pochwał założycielowi tego przybytku, śpiewającemu wampirowi i nawet kelnerkom. Sixto zresztą z punktu stał się ogromnie popularny w załodze, a kelnerki urosły do statusu pokładowych gwiazd. Nawet kapitan, mimo że nie miała teraz głowy do rozrywek, odwiedziła bar któregoś wieczora i raczyła przyznać, że jest to bardzo miłe miejsce. Dla świętego spokoju nie zgłębiała też, kto i kiedy pozwolił kelnerkom, w samej rzeczy nie figurującym w spisie załogi, na teleportację, ale to i tak wyszło na jaw. Winnym okazał się Waldek Poligon z ekipy doktor Lemowej, a dziewczyny – jego przyrodnimi siostrami. Skoro już ta wiadomość ujrzała światło dzienne, kapitan musiała wezwać Waldka, by się wytłumaczył. Docent Poligon, bardzo obrażony, wyjaśnił suchym jak pieprz głosem że matka powierzyła mu nieletnie rodzeństwo, udając się na misję humanitarną w okolice Psiej Gwiazdy...
– No więc co miałem zrobić?
– Wypisać się z lotu, psiakrew!
- Jeszcze czego! Zrezygnować z takiej frajdy przez trzy głupie smarkule i dwóch gówniarzy?
– Jakich znowu gówniarzy?
– kapitan siadła na fotelu dowodzenia z uczuciem, że zabrakło jej sił.
– Nooo... moich braci. Mama lubi te rzeczy, a notorycznie zapomina o pigułkach...
Tu Poligon urwał, bo Lilianna huknęła pięścią w poręcz fotela, aż odpadła klapka panela komunikacyjnego.
– Co tu się do cholery dzieje?!!!
Waldek przezornie cofnął się poza zasięg ramienia swego dowódcy i pospiesznie dokończył wyjaśnień:
- Przecież widzi pani, że bliźniaki są w porządku. Dotąd nawet pani nie wiedziała, że tu są...
– Arek, R’Cer! Pana Poligona do kapsuły!
– ryczała kapitan Zakrzewska, w ogóle go nie słuchając - Wystrzelić go w dowolnym kierunku! Nie chcę go widzieć na moim statku!
– Ale regulamin Floty...
– wystękał zaszokowany R’Cer.
– W nosie mam regulamin! W nosie mam Flotę! W nosie mam cały głupi świat! – szalała Lilianna, maltretując nieszczęsny panel na poręczy swego fotela i kopiąc w konsolę naukową, do której było jej najbliżej. Wszyscy obecni na mostku odsuwali się pospiesznie, nie próbując jej powstrzymywać. Zbyt dobrze ją znali, by nie wiedzieć, jak to się może skończyć. Lepiej było przeczekać atak szału i dopiero potem próbować mediacji.
Metoda okazała się skuteczna. Po jakimś czasie kapitan, sypiąca wszystkimi możliwymi przekleństwami niczym kulami ze staroświeckiego kałasznikowa, wyczerpała amunicję i opadła na fotel bezsilnie. Dopiero wtedy pierwszy oficer odezwał się łagodnie:
- Pani kapitan, nie przeczę, że docent Poligon zasługuje na karę, ale potrzebujemy go w dziale biologicznym. To niestety fakt.
- Uciąć mu...!
– jęknęła kapitan rozpaczliwie.
Doktor Lemowa nigdy by nam tego nie wybaczyła.
Lilianna spojrzała z zaciekawieniem na Poligona, który na próżno usiłował przybrać skruszoną minę.
– Lemowa z tym orangutanem? Chociaż gusta bywają różne – złość zaczęła przechodzić pani kapitan – No cóż, na razie do brygu. Nie, wróć! Najpierw chcę poznać tych pańskich braciszków. Pewnie takie same małpy jak pan...
Pan docent skwapliwie skinął głową i dopadł do panela ściennego.
=/\= - Jarek! Leszek! Na mostek! – wrzasnął. Od konsoli maszynowni rozległ się tłumiony chichot.
– Jarek i Leszek, już lepiej nie było można. – Józek Stelmach aż gryzł sobie palce z uciechy.
– Milczeć tam. – kapitan pogroziła mu pięścią. Inżynier umilkł, ale wyraz jego twarzy nie wskazywał na taką znów skruchę.
Po dłuższej chwili na mostku zjawiła się doktor Lemowa w towarzystwie dwóch identycznych, na oko dziesięcioletnich urwipołciów. Obaj nie byli ani trochę stremowani tym, gdzie ich przyprowadzono, ani tym, że srogi dowódca dowiedział się o ich obecności.
– Dzień dobry. – pisnął grzecznie pierwszy.
– Szanowanie, kapitan. – dodał drugi z szerokim uśmiechem.
Jak to się stało, wy turki zawojowane, że do tej pory ja was nie wypatrzyłam? – zadała Lilianna fundamentalne pytanie, wodząc oczami od jednego do drugiego.
– Bo my byli grzeczni, jak Waldi kazał, i schodzili my pani z oczu.
– No to robiliście to nadzwyczaj zręcznie. Który z was jest Leszek, a który Jarek?
– Jarek po lewej.
– podpowiedział jej Poligon.
– Jak pan ich odróżnia?
– Czy ja wiem? To moi bracia, znam ich od urodzenia. Mnie nie oszukają, ale nauczyciele mieli z nimi niezły taniec.
– Wierzę. No dobra. Pani doktor, skoro do tej pory kryła pani niesubordynację podwładnego i ukrywała w swoim dziale tych dwóch ancymonów, jest pani póki co odpowiedzialna za każdy ich ewentualny wybryk
– ogłosiła w końcu kapitan urzędowym tonem – A pan Poligon, do brygu. Tydzień aresztu, potem karna służba w maszynowni. Poczyści pan przewody plazmowe, to się panu prababcia przypomni. Panie R’Cer, na co pan czeka? Ochronę proszę wezwać!
Wolkanin posłusznie sięgnął do głośnika, ale nie zdążył połączyć się z sekcją ochrony, gdy głośnik włączył się sam i wrzasnął na cały mostek głosem Lalewicza:
=/\= Kapitanko, Jezus Maria, intruzi na pokładzie, ratunku!

czwartek, 27 grudnia 2012

XLII

Dochodziła druga w nocy czasu pokładowego. W mesie przerobionej na bar z kabaretem nadal trwała wesoła zabawa, gdy do środka wtoczył się Osip Zajczik, pijany jak bela.
– Kto?! – wrzasnął, przekrzykując muzykę – Kto z was, bladzie i jebuny, skazał mej żonie, szto ona smierdyt?!
Przytomny jak zwykle von Braun pstryknął wyłącznikiem nagłośnienia i zapanowała zdumiona cisza.
– Ty to powiedział! Prawda?! – Zajczik na chybił trafił wycelował palcem w pierwszego lepszego. Okazał się nim sanitariusz Cezary Figielek.
– Tak, to prawda – odparł uczciwie przedstawiciel białego personelu – Ale ja tego nie powiedziałem.
Zbrojmistrz machnął na oślep pięścią, chybiając Figielka, a trafiając za to dwóch chorążych ochrony i laborantkę z działu biochemii.
– Za co, łachudro, babę bijesz? – oburzył się profesor Trekowski, ujmując niedwuznacznym ruchem butelkę po winie za szyjkę. Źle się jednak wybrał, chcąc bronić niewieściej czci, bo po pierwsze laborantka, Joaśka Kurzepa, obraziła się straszliwie za „babę”, a po drugie Osip, widząc nareszcie kogoś uzbrojonego, wydał bojowy okrzyk (”Szajbu,szajbu!”) i rzucił się na profesora z niedwuznacznie agresywnymi zamiarami. Wyglądało już na to, że szykuje się typowo polskie widowisko pt „obszczaja rukopasznaja schwatka a la maniere russe”, gdy w sprawę wmieszały się cztery silne dziewczyny z ochrony, dowodzone przez Maurę Gwizdak. Obezwładniły one zarówno Zajczika jak i profesora, i zabrały obu do brygu, celem wytrzeźwienia, jako że profesor też był w stanie co najmniej wskazującym. Zabawa mogła trwać nadal.
W tym samym czasie R’Cer kończył pospiesznie przeprogramowywanie głównego rdzenia, z którego ładowano aktualizacje do translatorów osobistych całej załogi. Mając w perspektywie spędzenie cudownego wieczoru ze swą ukochaną pracował z niemal ponadnaturalną szybkością i ledwie skończył, pospieszył do ambulatorium. T’Shan już na niego czekała, ubrana w swoja najładniejszą wolkańską szatę, a chorąży Kinderman trzymał małą T’Alię na kolanach i z przejęciem opowiadał jej bajkę o trzech świnkach. Mieszał przy tym nieco wątki tej opowieści, chwilami nazywał świnki koziołkami lub gąskami, a wilka lisem, ale dziewczynce wcale to nie przeszkadzało. Ssała sennie kciuk, a oczka same się jej zamykały.
– Idziemy? – spytał R’Cer z pewną obawą. Bywało już wcześniej, że T’Shan umawiała się z nim i wszystko potem odwoływała, ale tym razem lekarka była zdecydowana.
– Idziemy. – powiedziała, uśmiechając się do kochanka – Już zamówiłam piękny program w holokabinie.

Gdy w mesie bawiono się nadal, a R’Cer i T’Sham zamknęli się w holodeku, kapitan Zakrzewska – z braku lepszego zajęcia - „maglowała” na mostku porucznik Bibianę Nowak.
– Skąd von Braun wziął te porozbierane aż po samą kość ogonową kelnerki? – pytała surowo.
– Nie wiem, skądś tam...- plątała się panna Nowak, czerwieniejąc coraz mocniej.
- Żadna z nich nie figuruje w spisie załogi. Prawda? – naciskała dalej kapitan.
– Prawda. – przyznała rozpaczliwie kadrowa, na odmianę blednąc.
– Więc na statku oprócz Allandry Michałow były trzy dziewczyny spoza listy załogi i ja nic o tym nie wiem?!
– No nie wie pani....
– To jak panna do cholery wykonujesz swoją pracę?!
– Ja nic nie wiem...! Proszę na mnie nie krzyczeć!
– tu Bibiana uciekła się do starego, wypróbowanego przez całe pokolenia kobiet sposobu, to znaczy zaczęła płakać, rozmazując po twarzy szminkę i tusz z mocno podczernionych rzęs. Kapitan Zakrzewskiej opadły ręce.
– Co ja mam z panią zrobić?
– Nie wiem
– wychlipała żałośnie kadrowa – Zresztą, co bym nie powiedziała, to pani i tak zrobi po swojemu.
Krzysztof Majcher parsknął śmiechem od sterów.
Chcesz zostać ukarany miesiącem czyszczenia kanałów plazmowych?! – natarła na niego Lilianna – Co to za chichoty? Żadnej dyscypliny w tej załodze! Wydaje się wam, że możecie mi na głowę wleźć?! Już ja was wszystkich nauczę!
Zdjęła z fotela dowodzenia Adama i usiadła w nim z naburmuszoną miną. Adam, przyzwyczajony do tak bezceremonialnego traktowania, owinął się wokół jej ramienia niczym żywa bransoletka, a dla człowieka mniej poetyckiego – jak żywa kiełbasa.
– To co, mogę iść? – odważyła się spytać porucznik Nowak – Chce mi się spać.
– A idź panna na zbity łeb
– warknęła kapitan – Tylko mordę umyj przed pójściem do łóżka, bo całą poduszkę panna uślicznisz na cacy.
Bibiana wytarła twarz, potem nos i zeszła z mostka, kierując się do swej kwatery. Najpierw jednak zajrzała do ambulatorium, bo od awantury z panią kapitan rozbolała ją głowa. W ambulatorium nie było jednak nikogo z personelu medycznego. Chorąży Kinderman, kołyszący na rękach śpiącą T’Alię, zagroził co prawda personalnej wszystkimi możliwymi torturami, jeśli obudzi dziecko, ale wysłuchawszy jej narzekań wskazał łaskawie szafkę z lekarstwami do samodzielnego stosowania. Bibiana połknęła tabletkę i ułożyła się na jednym z biołóżek, doszedłszy do na poły racjonalnego wniosku, że taka migrena może być symptomem jakiejś choroby, więc lepiej będzie zostać w dziale medycznym, póki sprawa się nie wyklaruje. Jak wszyscy na pokładzie wiedzieli, była prawdziwą, rzetelną hipochondryczką i najlepiej czuła się wtedy, gdy w rzeczywistości czuła się bardzo źle.