UWAGA!

Realia uniwersum "Star Treka" zostały stworzone przez Gene'a Roddenberry'ego i wszelkie prawa do nich znajdują się obecnie w posiadaniu wytwórni Paramount Pictures.

wtorek, 16 grudnia 2014

LXXX,


Na mostku Hermasza, wbrew przyjętej tradycji, panował ład i porządek. Pierwszy oficer Żydek siedział na fotelu dowodzenia i czujnym okiem obserwował podwładnych. Józek Podgumowany pilnował konsoli maszynowni (tym razem miał podbite prawe oko), sternicy Czerep i Milcz wymieniali wyłącznie fachowe uwagi, Jędrek Karpiel, który akurat miał dyżur przy stanowisku naukowym, pilnie patrzył w skaner, i tylko Inga Lausch darła się do mikrofonu łączności niczym zarzynana rytualnie kura.
– Kapitan na mostku! – obwieścił Arek donośnie.
– Raczej dwaj kapitanowie – poprawiła go Lilianna – Czego Inga tak wrzeszczy? Usiadła na pineskę?
Seksowna oficer łączności wyjęła słuchawkę z ucha.
– Mamy łączność z Enterprise, ale strasznie kiepsko słychać. – poskarżyła się płaczliwie.
– Trzeba dostroić.
– Już próbowałam.
– No to przełącz panna na ekran główny, kierując sygnał przez aparaturę zapasową działu łączności.-
poradził jej Podgumowany – To wzmocni i oczyści sygnał.
– Baju baju, będziesz w raju.
– burknęła Inga, ale posłusznie zaczęła pstrykać przełącznikami. Po chwili okazało się, że technik wiedział, co mówi, bo główny ekran zamigotał i pojawił się na nim zaśnieżony co prawda jak wszyscy diabli, ale mimo to czytelny obraz mężczyzny z krótką brodą oraz pewną nadwagą.
– Biber! – wyrwało się radośnie Milczowi. Skarcony wściekłym wzrokiem swej przełożonej skurczył się i zamilkł.
– Halo, halo! – krzyczał brodaty – Słyszy mnie kto?!
– Słyszy to jest mało powiedziane, również widzi
– uświadomiła go z powagą kapitan Zakrzewska – Czym można służyć?
– To mój pierwszy oficer, William T. Riker.
- wtrącił się Picard.
– Halo! My was nie widzimy, dźwięk kiepski – zaraportował Riker niezbyt zadowolonym głosem – Zidentyfikujcie się. Czy mówicie kodem?
– Jakim znowu kodem?
– zbaraniała Lilianna.
- Zamiast standardowego powitania usłyszeliśmy, cytuję „Rym cym cym, z dupy dym.”

Kapitan rzuciła surowe spojrzenie Indze, która spłoniła się jak róża i pisnęła:
- Były same trzaski, skąd mogłam wiedzieć, że ktoś słucha.
Lilianna machnęła na nią ręką i zwróciła się do Rikera:
- To był tylko test mikrofonu. Czy... czy usłyszeliście jedynie rym cym cym i dupę, czy też może ciąg dalszy?
– Jaki ciąg dalszy?
– To znaczy, że nie slyszeliście. To bardzo dobrze.
– Dlaczego bardzo dobrze?
– chciał wiedzieć kapitan Picard.
– Bo całość to jest pewien toast weselny, absolutnie nie nadający się do powtórzenia w trzeźwym towarzystwie – wyjaśniła mu Lilianna życzliwie – Halo Enterprise! Tu statek federacyjny Hermasz, aktualnie we naprawie. Mamy kilku waszych ludzi, łącznie z kapitanem. Póki co mają się dobrze, ale wrócić nie mogą, chyba że sami ich namierzycie i ściągniecie. Nasz sprzęt nie działa.
– Nie możemy namierzyć nawet waszego statku, o sygnaturach biologicznych nie wspomnę. Gdzie wy właściwie jesteście?
– Bbba, żebym to ja wiedziała...
– A czy mógłbym porozmawiać z kapitanem Picardem?

Lilianna ustąpiła miejsca dostojnemu gościowi, który w krótkich słowach wytłumaczył swemu Pierwszemu, jak wygląda sytuacja. Jeszcze nie skończył, gdy nastąpiło spięcie, coś trzasnęło w konsoli łączności i miejsce sympatycznego brodacza zajęła na ekranie plansza „Przerwa techniczna – prosimy nie regulować odbiorników”. Potem znów zatrzeszczało, komunikator pani kapitan wyemitował z siebie taki pisk, jakby sto noży drapało cienką szybę i dźwięk z niego przeskoczył znienacka na kanał główny. Z głośnika sypnęły się straszliwe groźby, z których najłagodniejsza dotyczyła ciężkiego uszkodzenia ciała. Lilianna zabrała odrętwiałemu Picardowi mikrofon i z całych sił dmuchnęła. Wykorzystawszy ciszę wywołaną zaskoczeniem tych po drugiej stronie zawołała:
- Co jest, do jasnej polędwicy?! To pan, Michałow?
Odpowiedź głównego inżyniera w wersji traslatora Picarda była kompletnie bez sensu, mówiła bowiem coś o tym, że „organ prokreacyjny wystrzelił w miniaturowe ładunki wybuchowe”, jednak Lilianna najwyraźniej pojęła, o co chodzi.
– Jest pan pewny? – spytała.
– Co za pytanie?! Oczywiście że tak! Brakuje topalinu!
– Jak to?
– Byłam pewna że topaliny nie ma i wyszło na moje!
– odezwał się z daleka kobiecy głos – W spisie figuruje, ale fizycznie go nie ma.
– Musi być
– odpowiedział głos męski – Jestem pewny, że całkiem niedawno widziałem ten towar.
– Akrat, fajtłapo! Jak zwykle, w dupie żeś był i gówno żeś widział. Inżynierze, pan nie wierzy temu pijaczynie!
– Azalia, ty mnie nie denerwuj i przestań cyganić! Jest ten topalin czy nie ma?
- Mówi się topalina.
- Pieprzona feministka, gdzie to jest?!
- Mówię że nie ma, to nie ma, wszystko przeszukałam!
– Ale musi być...

Z głośnika ponownie posypały się klątwy i wyzwiska.
– Spokój tam! – ryknęła kapitan – Jeśli ten topalin był, to musi gdzieś być nadal, przecież nie wyszedł na czterech łapkach jak pies tresowany do brania uroków! Szukajcie go! Colorado musi coś wiedzieć.
– Jak ja nim potrząchnę, to przypomni sobie nawet dzień własnych chrzcin, cygańskie nasienie!
– I bez ksenofobii mi tutaj, bo sięgnę po środki dyscyplinarne!
– Weź se raczej antykoncepcyjne, kobieto, i nie próbuj mi teraz przeszkadzać, bo skończy się to ogólnym mordobiciem, jak mi warp miły!
– Ten osobnik obraża swego dowódcę.
- rzekł kapitan Picard z oburzeniem.
– Rzeczywiście, a w Pińczowie dnieje. – parsknęła Lilianna.
– Dlaczego na to pozwalasz?
– Chcesz wiedzieć? Bo tylko on jeden zna się na obwodach tego statku. Hermasz to Michałow i bez niego bylibyśmy ugotowani. Niech kłapie jadaczką, skoro musi, ważne że pracuje jak maszyna i można na niego liczyć.

Kapitan Zakrzewska zastanowiła się i rzuciła do mikrofonu:
- Halo, Karolu, słyszy mnie pan? Proszę przyjść na mostek razem z Colorado Kwiekiem. To rozkaz.
Głośnik burknął co prawda coś takiego, że translator Picarda wcale nie chciał tego przełożyć, ale mimo to główny inżynier pojawił się wkrótce na mostku, wlokąc za kark szczupłego, śniadego mężczyznę z niewielkim wąsikiem. Przy nodze inżyniera biegł Vuvu, co chwila podskakując i usiłując ugryźć śniadego więźnia gdzie się dało. Mężowi towarzyszyła zdenerwowana Azalia. Za nimi wszystkimi szedł wyraźnie zaintrygowany Data.
No dobra – powiedziała kapitan na ich widok – To teraz sobie porozmawiamy i postaramy się ustalić, co się stało z topalinem.
– Byle szybk
o – burknął Michałow – Zostało nam niewiele czasu. Moja ekipa montuje już nowe elementy systemu, ale bez topalinu nic nie ruszy.
- Bez topaliny. - poprawiła go Azalia, brązowoskóra, czarnowłosa kobietka w mundurze dyskretnie ozdobionym kolorowymi dżetami.
- Płeć obojętna, w chromosomy nie będziemy mu zaglądać - rzekła energicznie Lilianna - A zatem, panie Kwiek? Gdzie ten towar?
- Nie wiem
- jęknął Colorado - Jestem Cyganem, ale przysięgam, że go nie ukradłem. Owszem, widziałem paczkę kilka dni temu, ale nawet nie pamiętam przy jakiej okazji.
Z oczu i głosu zaopatrzeniowca biła taka szczerość, że kapitan Zakrzewska zdecydowała się przeprowadzić przesłuchanie w zgoła niekonwencjonalny sposób.
-

niedziela, 23 listopada 2014

LXXIX.

Niewiele mogłoby się równać z piekłem, jakie zrobił Karol Michałow po usłyszeniu, że wbrew jego wyraźnym żądaniem części do kluczowych systemów „poniewierają się” w dziale zaopatrzenia, zamiast być „pod ręką”, to znaczy w magazynie maszynowni. W końcu kapitan Zakrzewska wyciągnęła Picarda na korytarz, żeby przypadkiem nie oberwał, a za nimi wyskoczyła Allandra.
– O co mu chodzi?
- O to że nie wiedział, co jest w magazynie. I że to w ogóle było w magazynie, a nie w pakamerze maszynowni, jak chciał.
- wyjaśniła pani psycholog – Mój mąż jest bardzo apodyktyczny.
– A to taka różnica?
– Dla normalnego mechanika może nie, ale Michałow to inna para kaloszy.
- mruknęła kapitan Zakrzewska - Ma zacięcie MacGyvera, a to znaczy, że jak złapie fazę, to potrafi przerobić oscylator neutrinowy na maszynkę do drinków, zupełnie się przy tym nie troszcząc, skąd weźmie drugi w razie potrzeby. Już ja go znam. Uwielbia takie przerabianki. Wolałam się zabezpieczyć i jak sam widzisz, miałam rację.
Kapitan Picard obejrzał się na drzwi maszynowni z mieszaniną podziwu dla siły płuc głównego inżyniera i wyraźnej obawy o stan jego umysłu.
– Rozumiem, ale dlaczego ten człowiek teraz tak wrzeszczy? Przecież dobrze się złożyło.
– Dobrze, ale on się teraz uważa za zrobionego w mikado...

Dalszą rozmowę kapitanów przerwał potworny ryk Worfa, który najwyraźniej doszedł do wniosku, że czas uspokoić atmosferę. Zaraz potem zapanowała podejrzana cisza. Lilianna ostrożnie zajrzała do środka i ujrzała niecodzienną scenę. Jasiek siedział pod ścianą z wyjątkowo głupią miną, a na jego czole rósł z olimpijską szybkością sinofioletowy guz. Worf trzymał Michałowa za gardło i potrząsał nim jak terier wiewiórką. Na szerokich ramionach Klingona uwiesili się Małpeczka i Lepek, a Jolka Stern wisiała mu na plecach i kopała go w tyłek, na co Worf nie zwracał żadnej uwagi.
– Kurza twarz, zostaw pan w spokoju mojego inżyniera, albo zaraz wylecisz za śluzę! – wrzasnęła Lilianna z oburzeniem.
– Ale śluzy przecież są zablokowane! - pisnął Lepek, puszczając ramię Worfa.
– Znajdę sposób!
Worf puścił posłusznie gardło Michałowa, uznając zwierzchność drobnej kapitan na tym statku, zaś inżynier siadł z rozmachem na podłodze i przez chwilę obmacywał sobie szyję.
– No nie, ja się tak nie bawię – wychrypiał wreszcie – Co to ma być, inwazja Klingonów?
– Jak na razie jednoosobowa –
Lilianna podeszła do niego, wyciągnęła rękę i pomogła mu wstać – Bierzcie się lepiej do systemu podtrzymania, bo czasu coraz mniej. Inne sprawy mogą poczekać. Przypominam, że chodzi o życie nas wszystkich, a załoga tej maszynowni coraz bardziej przypomina mi nie profesjonalny zespół, a dzieci obrzucające wszystkich zgniłymi pomidorami.
O, to się Michałowowi nie spodobało. Wyrwał rękę z dłoni Lilianny z taką miną, jakby podejrzewał swoją kapitan o molestowanie seksualne.
– Żebym tu miał choć jeden zgniły pomidor, a choćby i zdrowy, wiedziałbym w kogo nim rzucić. – oznajmił – Jest pani wrzodem na moim tyłku od samego początku, a jeszcze na dodatek podważa pani moje rozkazy! Wyraźnie mówiłem, że części do kluczowych systemów mają być w mojej pakamerze!!!
Szef maszynowni zaczął swą przemowę ostro, ale skończył na najwyższych możliwych obrotach. Wszyscy dookoła niego kulili się, wciągając głowy w ramiona, a gdy Michałow wreszcie przerwał, kapitan Picard nie mógł powstrzymać się, by nie spytać:
- Czy tu nikt nigdy nie mówi spokojnie?
– Ja wiem? Rzadko, ale się zdarza
– Lilianna podeszła do swego ordynansa i trzepnęła go w kark – Wstawaj, leniu! Panie inżynierze Michałow, pytam krótko i jasno, weźmie się pan do napraw czy nie?
Zainterpelowany w ten sposób Michałow burknął w odpowiedzi coś, co tylko głuchy mógłby nazwać komplementem, ale zebrał swoich ludzi i kuksańcami popędził ich przed sobą do działu zaopatrzenia.
Można mu ufać? – chciał wiedzieć Picard, ale nim kapitan Zakrzewska zdążyła odpowiedzieć, od strony korytarza nadpłynęła nagle chóralna pieśń o wybitnie religijnym zabarwieniu. Zaciekawiony obejrzał się i zobaczył, co było dla niego większym zaskoczeniem niż cokolwiek innego. Środkiem korytarza maszerował niewysoki, a to bardzo gruby mężczyzna w bogato zdobionych szatach, już z daleka wyglądający na kapłana. Wymachiwał metalową puszką na trzech łańcuchach. Z puszki walił wonny dym, a za kapłanem kroczyli ludzie trzymający drążki baldachimu oraz cały orszak, śpiewający nabożną pieśń. Lilianna oczywiście też to osłyszała. Wyskoczyła z maszynowni, omijając zamienionego w słup soli Picarda i wrzasnęła, tupiąc w pokład:
- Natychmiast rozwiązać to zgromadzenie i zgasić kadzielnicę! Czy ojciec już do reszty na głowę upadł?! Grozi nam brak tlenu, a ojciec zatruwa tu resztkę powietrza!
– Mówiłam, że to głupi pomysł.
– powiedziała spokojnie chuda kobieta w czarnej sukni i z wysokim, czarnym stroikiem na głowie, wyłaniając się zza pleców procesji – Zawsze walniesz jak chory w basen, Tadziu, a potem z tego mamy shitstorm.
– Jak ty się wyrażasz, Ofelio?!
– oburzył się ksiądz, posłusznie wszelako zakładając pokrywę na kadzielnicę – A ty, moja córko, naprawdę mnie rozczarowujesz. Przerywasz święty obrządek i...
– Obrządek może ojciec odprawić jutro, jeśli pożyjemy tak długo.

Groźba szybkiej śmierci nie przeraziła jakoś dobrze odżywionego kapłana.
Ktokolwiek chce uzyskać absolucję przed zgonem, proszony jest do zakrystii! – oznajmił gromkim głosem – Za pięć minut zaczynam dyżur.
Kapitan Zakrzewska zwróciła się do Picarda, wciąż stojącego z otwartymi ustami.
– Chodźmy wreszcie na ten mostek – westchnęła – Hej, Hermasz do Jean Luca! Rusz się, człowieku, bo inaczej doktor Żmijewski gotów zrobić ci autopsję. Później będziesz się dziwił, na razie mamy robotę. Trzeba jakoś opanować tę klatkę pełną wiewiórek.

sobota, 8 listopada 2014

LXXVIII.

Wyszedłszy z maszynowni kapitanowie natknęli się na Allandrę Michałow, niosącą butelkę z jakimś czarnym płynem, najwyraźniej gazowanym.
- Co to? – spytała Lilianna, przystając.
– To? – pani psycholog uniosła butelkę – Coca cola. A w każdym razie coś, co ją bardzo przypomina. Jak tam mój mąż?
– No właśnie nie wiem... Był dla mnie bardzo miły.
– Poważnie?
– Owszem.
– Niedobrze.

Allandra zostawiła Liliannę na korytarzu i wpadła jak burza do maszynowni. Kapitan Picard spojrzał na małą Polkę pytająco, ale ta wzruszyła tylko ramionami i zwróciła wyczekująco twarz w stronę, gdzie znikła Allandra. Po chwili zza drzwi rozległy się straszliwe klątwy i mrożące krew w żyłach obietnice, dotyczące uszkodzenia ciała oraz ogólnego demontażu całego pomieszczenia. Lilianna otworzyła drzwi, zdecydowana interweniować.
– Co tu się znowu dzieje?!
Allandra pozbierała się z podłogi i ze złością grzmotnęła w kark Małpeczkę.
– Potknęłam się o tego idiotę! Karol! Karol! Chodź no tutaj, albo pożałujesz!
W tubie Jeffriesa zachrobotało i wyhynęła z niej głowa naczelnego inżyniera.
– Witaj, kochanie.
– Dam ja ci kochanie! Albo natychmiast powiesz mi, co się dzieje, albo dostajesz dymisję od stołu i łoża!
– To jeść pan też nie umie, szefie?
– zdziwił się niewinnie Małpeczka. Michałow rzucił w niego śrubokrętem, chybiając zaledwie o włos.
– Dobra, jak tam chcecie – oznajmił ze złością i zeskoczył zgrabnie na podłogę – Chciałem uniknąć paniki, ale skoro jak zwykle nikt nie docenia moich dobrych chęci...
– Gadaj, człowieku, bo się wścieknę, a tego na pewno nie chciałbyś oglądać!
– wrzasnęła kapitan Zakrzewska, która najwyraźniej miała już wszystkiego dość.
– A proszę bardzo! – obraził się inżynier – Ten Qrwi syn uszkodził nam system podtrzymania życia. Jolka i Lepek nie montują kryształów, tylko próbują naprawić główne ogniwo, na razie bez skutku. Pomaga im ten plastikowy komandor, co się tu wmeldował.
– Data.
– domyślił się Picard.
– Niech będzie, mnie to rybka. Ważniejsze, że już teraz wzrosło stężenie dwutlenku węgla, oczyszczanie nie działa, transporter nie działa, śluzy zablokowane, łączności nie ma, a nasz centralny moduł, czyli cholerny Hermasz, przeszedł w stan uśpienia i nie możemy liczyć na jego pomoc. Dotarło do tej blond główki, czy szkolenia trzeba?
Zarówno słownictwo, jak i sposób mówienia Michałowa tak dalece odbiegały od czegoś, co można by nazwać szacunkiem dla przełożonego, że kapitan Picard wstrząsnął się mimowolnie.
– Gdyby mój podwładny tak się do mnie zwrócił...
– Nikt cię nie pytał o zdanie, łysa pało! A jeśli chodzi o mnie...
– Michałow zmierzył Picarda wzrokiem z trudnym do opisania obrzydzeniem – to na pewno nie zasięgałbym opinii kogoś w takim pedalskim trykocie. Aż szkoda, że toto nie ma znaku tęczy na piersi...
– Karol!
- wrzasnęła Allandra.
– No co? Facet wygląda jakby się urwał z Teatru Opery i Baletu, a śmie się mądrzyć.
– Natychmiast morda w kubeł i przeproś gościa!
– Jasiek!
– ryknęła kapitan Zakrzewska takim głosem, jakby połknęła kilo gwoździ. Picard odruchowo skulił się, wciągając głowę w ramiona, a do maszynowni wpadł zaalarmowany Worf i, zorientowawszy się w sytuacji, popatrzył na małą a hałaśliwą kapitan z respektem. Tuż za nim wmeldował się do środka Jasiek, po drodze potykając się o Małpeczkę, niestrudzenie grzebiącego w konsoli komputera i konsekwentnie robiącego za zawalidrogę. A konkretnie o jego bardzo kościsty łokieć.
– Ło krucafuks... co jest, panicko? – jęknął, rozcierając sobie dyskretnie goleń.
– Jak ktoś się odezwie bez mego pozwolenia, wal go łeb nie łeb, bez różnicy płci i szarży!
– Haj! Słyszeliśta?

Kapitan Zakrzewska fuczała przez chwilę jak rozzłoszczony kot, potem rozejrzała się po maszynowni i spytała:
- Ile zostało nam czasu? Mów pan, Michałow.
Inżynier wzruszył ramionami.
– Najdalej za godzinę zaczniemy się dusić, a temperatura spadnie o dziesięć stopni.
– Uciec nie można?
– Odciął nam wszystkie drogi. Nie mamy nawet łączności.

Picard dyskretnie dotknął swego komunikatora, po to tylko by przekonać się, że jest on martwy jak stare drzewo. Bezczelny facet w cywilnym ubraniu miał rację.
– Pana ekipa da radę coś z tym zrobić czy nie? Tylko szczerze, bez tego pipciolenia, że „robimy co w naszej mocy”.
– No więc nie. Zadowolona?
– Wiecie chociaż, co się konkretnie stało?

Zanim główny inzynier zdążył odpowiedzieć, do maszynowni weszła Jolka Stern i Andrzej Lepek, oboje uszargani od stóp do głów. Za nimi z wypróbowanym wdziękiem stąpał Data, na którego głowie siedział Mruczek, iberyjski ryś doktora Żmijewskiego, i wniebogłosy syczał, usiłując nastraszyć swego mimowolnego rumaka.
– Szefie, posłusznie melduję: tam nie ma już co naprawiać. - zameldowała zmęczonym głosem Jolka.
– Wszystko działa?! – krzyknął z radosną nadzieją Michałow.
– Odwrotnie. Rozpiździło cały kram w cholerę. Jedna kasza.
– A perłowo cy grycano?
– zainteresował się Jasiek.
– Manno... to znaczy, manna – burknął Lepek – Nie ma co zbierać.
– Nie widziałbym tego tak tragicznie –
zauważył Data. Zdjął parskającego wściekle rysia z głowy i postawił go na podłodze – Wydaje mi się, że mamy tu do czynienia ze swego rodzaju rebusem skonstruowanym przez Q, który...
- Jeszcze raz ktoś wymieni imię tego osobnika, a nie odpowiadam za siebie
– wysyczała kapitan Zakrzewska – Nie obchodzą mnie jego zagadki ani zamajtki, jasne? Ja chcę wiedzieć, czy mamy szansę wyłabudać się z tej zasranej sytuacji?!
- Tak właściwie... tak właściwie to nie.
- odparł Data po rzetelnym namyśle – Czasu za mało.
– Aha. No to już mniej więcej coś wiemy –
Lilianna wyraźnie się uspokoiła i podeszła do ściennego panelu komunikacyjnego – Zaopatrzenie! Hej, Cyganki, śpicie?!
– No co też pani, na służbie?
– odezwał się godny, z lekka zaciągający głos Azalii Kwiek.
– Mam nadzieję. Macie części do systemu podtrzymania?
Wszystkim opadły szczęki, bo rozwiązanie było tak proste, że aż niemożliwe do pomyślenia.
– Nie tylko części, a cały zapasowy system. Melduję posłusznie, że sama pani go kupiła za cztery skrzynki oryginalnej „Soplicy”.
– Tak?
– kapitan Zakrzewska podrapała się po głowie z zażenowaniem – Co pani powie, nic nie pamiętam. A trzeźwa wtedy byłam?
– Czy ja wiem, kapitanko? Tak średnio.
– To dużo wyjaśnia
– Lilianna spojrzała po stojących jak słup soli inżynierach – No co się gapicie?! Jazda wszyscy do zaopatrzenia i montujcie nowy system!

niedziela, 12 października 2014

LXXVII

Kapitan Picard kontemplował dziwaczny list, póki nie przerwał mu odgłos wiercenia się i ziewania. Lilianna przeciągała się na fotelu, zaróżowiona i wyraźnie odprężona.
– No, teraz mogę już stawić czoła przeciwnościom, a zwłaszcza swoim ludziom. – stwierdziła z zadowoleniem, sprawdzając jednocześnie dłonią, czy jej kok nie rozpadł się w czasie drzemki.
– Nie chciałbym się wtrącać, ale twoja załoga wydaje się mało zdyscyplinowana. – powiedział Picard, ujmując swe przemyślenia jak mógł najdelikatniej. Polska kapitan popatrzyła na niego kpiąco.
– Ilu masz ludzi pod sobą, Jean Luc?
– Na dzień dzisiejszy tysiąc osiemdziesięciu sześciu. Co to ma do rzeczy?
– Ma. Klnę się na wszystkich bogów kwadrantu Alfa, że znacznie łatwiej jest być kapitanem dla ponad tysiąca załogantów, niż pełnić rolę dowódcy dla stu pięciu kapitanów. Popracowałbyś na moim stanowisku trzy dni, a zgłupiałbyś, bracie, na amen.

Picard pomyślał, że nie zaprzeczy, bo w gruncie rzeczy nie ma pojęcia, o czym ta dziwna kobieta mówi. Zaczynał na serio powątpiewać w równowagę umysłową załogi Hermasza, wolał jednak póki co tego nie rozgrzebywać,
Wyszedłszy z biblioteki kapitanowie natknęli się na jakąś dobrze umorusaną postać w ledwie widocznych spod smaru barwach pionu inżynieryjnego. Postać klęczała przy rozgrzebanym panelu dostępu i w takt wyjątkowo dosadnych przekleństw, przerywanych głośną czkawką, dłubała przy mikroobwodach.
– To Stelmach, ten co go doktor Foremna obiecała otrzeźwić – powiedziała Lilianna i zwróciła się do klęczącego - Co jest, Józuś?
To, co odpowiedział uszargany w smarze mechanik, translator kapitana Picarda przetłumaczył jako „samczy narząd płciowy, odbyt z pośladkami i stos odłamków skalnych”, ale dowódca Enterprise-D nie był wcale pewny, czy chodziło właśnie o to. Osobno te słowa miały jakiś sens, razem stawały się nie do zrozumienia. Spojrzał na towarzyszącą mu Polkę, z lekka zdezorientowany, ale ta najwyraźniej nie widziała w tej absurdalnej wypowiedzi nic osobliwego, bo nie kwapiła się z wyjaśnieniami. Zamiast tego spytała:
- Prędko skończysz?
Mechanik spróbował rozpaczliwie wstrzymać powietrze, skutkiem czego beknął jeszcze donośniej, po czym odparł z wyraźną urazą:
- Skończę kiedy skończę.
– Miałeś być przy napędzie warp, co robisz tutaj?

Stelmach najwyraźniej miał dość tego przesłuchania, bo zerknął spode łba i warknął przez zęby:
- Słuchaj no, laska, to jest mój dzień wolny, głowa mnie napieprza jak trędowata cholera, bez przerwy chce mi się rzygać, a mam naprawić wszystkie jeb... przekaźniki mocy. Nie czuję się na siłach odstawiać tu wersalu i tłumaczyć jak chłop krowie na rowie, co konkretnie puściło! Dość, że jeśli tego nie naprawię, będziemy tu tkwić do usranej śmierci.
– A napęd?
– wtrącił się lekkomyślnie Picard, na co usłyszał tylko zwięzłe i groźne:
- Spieprzaj, dziadu!
Godny oficer zaniemówił z oburzenia, ale Lilianna pociągnęła go tylko za rękaw.
– Teraz się z nim nie dogadamy – wyjaśniła cicho – Jak dojdzie do siebie, wlepię mu kilka dni aresztu, teraz jednak musi naprawić ten pasztet. Chodźmy do maszynowni, tam się wszystkiego dowiemy.
– Dlaczego pozwalasz, by podwładny zwracał się do ciebie per „laska”?!
– Robi to tylko, gdy jest napity. W naszej sytuacji to mój najmniejszy problem.

Picard pospieszył za nią, myśląc przy tym, że jego dotychczasowa opinia o tej załodze była jednak stanowczo zbyt pochlebna. Bardzo był ciekaw, co zastanie w maszynowni, ale wbrew jego oczekiwaniom wyglądała na równie uporządkowaną co jego własna – jeśli nie liczyć fotosów roznegliżowanych panienek na ścianach. Pod jednym widniał nawet odręczny napis: „Zimna Doda zdrowia doda”. Nie miał pojęcia, co to mogło znaczyć, ale na wszelki wypadek postanowił nie pytać. Zresztą nie bardzo było kogo, bo w maszynowni był tylko jeden człowiek, zarośnięty grubasek, który klęczał przy rozbebeszonej konsoli i grzebał w jej wnętrzu, wypinając na kapitanów na wpół goły zadek. Llianna zignorowała go, rozejrzała się i zawołała:
– Karol! Karol! Gdzie pan jesteś, mordo ty moja?!
– Tutaj!

Z najbliższej tuby Jeffriesa wychyliła się przyzwoicie potargana głowa w nasadzonych krzywo mikroskopowych okularach.
– Już kończę, cholera ciężka. – powiedziała głowa.
– Jest aż tak źle?
– Jeszcze gorzej. Tym razem Qrczak się popisał, wszystko nam rozpieprzył. Grzesiek siedzi w rozdzielni, bo tam jest najgorzej, a Lepek i Jolka montują nową armaturę do kryształów dylitu, choć to nie ich wachta.
– A dlaczego Małpeczka tak się na nas aluzyjnie wypina?
– Kazałem mu nie wstawać, póki nie naprawi konsoli sterującej. Niech zrobi choć tyle
- No dobra. A teraz powiedz mi pan coś jeszcze: dlaczego Stelmach naprawia przełączniki, zamiast zająć się polem siłowym?

Główny inżynier prychnął lekceważąco.
– Pole mamy już z głowy. Słabe jakieś było, Józek raz dwa sobie z nim poradził, choć przy okazji puścił pawia na fotel. Werka Bąk tak mu nawymyślała, ze chyba na samej Andorii było słychać.
– Puść pan pawia, puść
Po co tłamsić go i dusić?
Puść pan pawia, puść
Przecież może pan się zmusić
i wyczarować dla mnie to...
Puść pan pawia, no!

– zanucił niewinnie wypięty grubasek. Kapitan Zakrzewska kopnęła go w pośladek celem uspokojenia i zwróciła się do Michałowa:
- No dobrze, wracaj pan do pracy. Od pana zależy czy się stąd ruszymy.
– Raczej od całego zespołu, kapitanko. Jak zawsze. I od pani też.

Lilianna aż otworzyła usta, bo pierwszy raz główny inżynier odezwał się do niej tak ciepło, ale szybko zamknęła je i zwróciła się do swego towarzysza:
- Chodźmy na mostek. Może tam dowiemy się czegoś konkretnego.


wtorek, 30 września 2014

LXXVI. Znaleziony list

Autorką tego odcinka jest Anna Maria Vanitachi



Kilka kwestii porządkowych z uwagi na dzień dzisiejszy

1. Analiza pojęciowa
Nie wiem, czy byłoby słuszne twierdzić, że mam dobrą pamięć. Przywiązuję dużą wagę do nazwisk i dat, porządkowanie tego typu informacji nie nastręcza mi trudności. Zaobserwowałem jednak, że działania, które wydają mi się oczywiste, sprawiają niektórym członkom załogi wiele kłopotów, co każe mi podejrzewać wpływ warunkowania genetycznego i różnic dzielących nasze rasy na struktury pamięciowe. Dziś są Pańskie imieniny. Biorąc pod uwagę wszystkie wynikające z tej daty konsekwencje, dwa miesiące temu rozpocząłem przygotowania mające na celu ustosunkowanie się do propozycji, którą zwykł Pan składać nie wcześniej niż sześć dni przed planowanym bankietem. Trwające około trzech godzin, przeprowadzane codziennie sesje medytacyjne umożliwiły mi, w miarę moich możliwości, na wgląd we własną strukturę osobowości, zwłaszcza mechanizmy wolitywne, świadomie rozpoznane motywacje oraz plusy i minusy Pańskiej oferty. Proszę wybaczyć ewentualnie błędy i nieścisłości – metoda fenomenologiczno-intuicyjna stanowi dla mnie bardzo wymagające narzędzie pracy.
Pojęcia „bankiet imieninowy” użył Pan na określenie cyklicznie powtarzanej procedury, umiejscowionej w okolicach 5 dnia drugiego miesiąca roku. Wyznaczenie konkretnej daty zależy od aktualnie obranej trasy „Enterprise’a” i przyświecających nam priorytetów. Na marginesie niniejszych rozważań – pragnę wyrazić uznanie dla Pańskiej roztropności. Dotychczas wybierał Pan optymalny okres, w którym ani powierzona nam misja badawcza, ani sytuacja na pokładzie nie kolidowały z dodatkowo wygospodarowanym czasem wolnym dla załogi. Nie mam podstaw, by podważać także tegoroczną decyzję.
Wcześniejsze doświadczenia pozwalają mi przewidzieć, że, jak w latach ubiegłych, zaczynająca się o godzinie 21.00 uroczystość zostanie przeciągnięta do późnych godzin popołudniowych dnia następnego z uwagi na chronicznie powtarzające się objawy zatrucia organizmu części załogi, nazywane przez was kacem. Żywię przekonanie, że nie wymaga Pan ode mnie szczegółowego uzasadnienia, dlaczego tak popularny wśród załogantów wyścig (slalom korytarzem na trasie świetlica – toalety) nie budzi mojego szczególnego entuzjazmu. Uznaję jednak, że tego typu ceremoniały służą budowaniu więzi społecznych, analogicznie do otwartych wykładów i sympozjów na Vulcanie, które budzą podobne zainteresowanie miejscowej populacji. Dziedzictwo ludzkiego materiału genetycznego nie oddziałuje widać dość silnie, bym takie zachowania uważał za niezbędne, niemniej postanowiłem uszanować naszą odrębność kulturową i nie komentować zachowania załogi. Dla Pana uczynię wyjątek. Rok temu, po oficjalnym zamknięciu uroczystości, przyszedł Pan do mojej kabiny, twierdząc, że wpadł na nowy pomysł udoskonalenia napędu nadświetlnego, odrzucił Pan moją sugestię, że lepiej porozmawiać o tym z inżynierem, następnie zaczął Pan opowiadać o hodowli bydła w stanie Iowa i zasnął z głową na moich kolanach. Proszę, aby następnym razem uprzedził mnie Pan o swoich planach. Dzięki temu będę mógł przygotować się psychicznie. Umieszczę też w najbliższym otoczeniu książkę (dla siebie) i koc (do przykrycia Pana).
Nie posiadam gruntownego wykształcenia muzycznego, dlatego powstrzymam się od oceny towarzyszącej spotkaniu oprawy muzycznej. Pragnę jednak zaznaczyć, że śpiewanie „Happy Birthday” na imieninach nie jest zbyt logiczne. Fenomenem ludzkiej kultury, który do dziś pozostaje dla mnie zagadką, jest rytuał karaoke. Niemniej, o ile wolno mi się odwołać do nieco mgliście definiowanych wrażeń natury estetycznej, uważam, że ma Pan bardzo ładny głos. Pod pojęciem „ładny” rozumiem, że wywołuje pozytywną reakcję emocjonalną, której natury, niestety, nie jestem w stanie doprecyzować.
Jak być może Pan wie, moja rasa żywi szczególny szacunek wobec życia i stara się nie odbierać go bez specjalnego powodu żadnej istocie czującej. Zaspokajanie potrzeb natury kulinarnej nie jest, w naszych oczach, dostateczną motywacją. Dlatego większość oferowanych w czasie bankietu potraw mi nie odpowiada. Zwłaszcza Pański ulubiony kurczak z grilla. Nie jadam mięsa i nie widzę potrzeby zmieniania tego, dodam – głęboko umotywowanego filozoficznie – zwyczaju. Wiem jednak, że nie przyświecały Panu złe intencje, a odmienna od vulcańskiej kuchnia wynika z innego definiowania życia. Nie zamierzam przekonywać Pana do naszego systemu etycznego. Niniejszy paragraf ma jedynie na celu uzasadnić, czemu widok grillowanego kurczaka nie wydaje mi się atrakcyjny. Korzystając z okazji, pragnę podziękować, że wziął Pan pod uwagę naszą rozmowę na ten temat przeprowadzoną dwa lata temu i zaopatrzył nas Pan w sojowego grillowanego kurczaka. Nie jadłem go, ale postanowiłem zachować swoja porcję na pamiątkę. Wykazałem tym samym zastanawiające roztargnienie, zapominając sprawdzić, kiedy mija data przydatności produktu do spożycia. Przepraszam za pretensje, jakie pod Pańskim adresem kierował w związku z tą sytuacją nasz kucharz. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że, po pierwsze, data przydatności produktu do spożycia nie jest tożsama z datą zdatności produktu do bycia przechowywanym z innymi produktami nadającymi się do spożycia, a ta druga data nie została podana; po drugie, kultywowany w niektórych ludzkich szczepach zwyczaj wymiany podarunków zakłada, że przyjętego daru nie wolno wyrzucić bez narażenia się na ryzyko wywołania negatywnej reakcji emocjonalnej darczyńcy. Wspomniany sojowy grillowany kurczak był pierwszym prezentem, jaki otrzymałem od Pana, i nie mogłem znaleźć w sobie dość sił, aby go, cytuję, „wypierniczyć z lodówki”. Nie przypadła mi też do gustu kierowana wzburzeniem emocjonalna argumentacja naszego kucharza, wedle której kurczak, cytuję, „zasmradza całą lodówkę”. Chociaż po przedstawieniu logicznych argumentów zezwoliłem na jego usunięcie, zaznaczam, że poczułem się osobiście dotknięty takim dyskredytowaniem Pańskiego podarunku.
Pozostaję świadomy faktu, że istoty ludzkie odczuwają silną potrzebę ekspresji, a jednym z najpowszechniejszych katalizatorów zachowań ekspresyjnych są substancje alkoholowe. O niektórych konsekwencjach spożywania ich pisałem w trzecim akapicie niniejszego paragrafu. Alkohol służy uwalnianiu emocji. Z przyczyn dla Pana oczywistych jest dla mnie wysoce niewskazany.
Jeśli z listy aktywności charakterystycznych dla bankietu imieninowego wykreślimy picie, jedzenie grillowanego kurczaka, karaoke i rozmowy prowadzone na zaniżonym poziomie intelektualnym (z uwagi na odurzenie alkoholowe i przewagę komunikatów niewerbalnych), pozostaje taniec. Proszę wybaczyć moją niekompetencję. Widocznie podczas rekrutacji do Gwiezdnej Floty uznano, że znajomość 8 języków obcych rekompensuje całkowitą ignorancję w tym zakresie.

2. W odpowiedzi na Pańskie zaproszenie
Wszystkie przedstawione powyżej argumenty wskazują, że powinienem odrzucić Pańskie zaproszenie. Co też czynię. Jednak, aby zachować wobec Pana pełną uczciwość, muszę nadmienić o kilku innych, niekoniecznie logicznych, przesłankach, które zdecydowały o moim wyborze. Uwagi wstępne ograniczę do pewnej prośby. Niech Pan nie zakłada, że jestem uparty. Nie kieruję się przyjętymi uprzednio założeniami, które uważam za niepodważalne. Przeciwnie, co roku podejmuję tę decyzję od nowa, a fakt, że odpowiedź brzmi „nie”, oznacza, że po dokonaniu aktualizacji moich oczekiwań, nie mam podstaw wnioskować, by inna reakcja była bardziej uzasadniona.
Po pierwsze, Pański argument „cała załoga jest zaproszona” wywołał odczucia, których nie mogłem przewidzieć. Sprawił mi przykrość. Nie tylko dlatego, że nie znajdował potwierdzenia w rzeczywistości: część obsługi woli inaczej spożytkować czas wolny i pojawia się tylko na pierwsze 15 minut, by złożyć Panu życzenia, o czym doskonale Pan wie (w przeciwnym wypadku zaopatrzyłby Pan kuchnię w większy zapas grillowanego kurczaka; z moich obliczeń wynika, że jedzenia nie starczyłoby dla 428 osób). Poczułem się urażony, że odnosi się Pan do mnie jak do wszystkich pozostałych pracowników. Wiem, że to nieracjonalne. Nie widzę żadnych powodów, by miał mnie Pan traktować lepiej niż każdego innego z 426 swoich podwładnych. Znam swoje miejsce. Powoływanie się na moje kompetencje nie ma specjalnie sensu, ponieważ nie znajdują one żadnego zastosowania podczas bankietu imieninowego. A jednak zrobiło mi się smutno.
Po drugie, żadna miarą nie mogę zaprzeczyć, że sprawia mi intelektualną przyjemność rozmowa z Panem oraz nasza gra w szachy. Ale jako bohater wieczoru będzie Pan zobowiązany, a nawet niejako zmuszony, do zabawiania gości. Prawdopodobieństwo, że znajdzie Pan czas na rozmowę ze mną, wynosi poniżej 1%. Nie mogę mieć o to pretensji. Nie mam prawa mieć o to pretensje. Ale z jakiegoś powodu je mam.
Zobaczę wokół Pana tłum ludzi znanych mi co najwyżej z nazwiska, w niektórych wypadkach trudnych nawet do identyfikacji (zapamiętywanie twarzy przychodzi mi z trudem – pod tym względem ludzkie struktury umysłowe działają znacznie sprawniej). Będzie pan rozmawiać z nimi o sprawach wykraczających poza mój zakres doświadczeń. Będzie Pan jeść grillowanego kurczaka, pić wino i tańczyć z minimum 17 kobietami. Będzie się Pan dobrze bawić. Beze mnie.
Uczucie suchości w gardle, przyspieszony puls, pocące się ręce oraz kilka innych reakcji, obserwowalnych na poziomie czysto fizjologicznym, pozwala mi przypuszczać, że ten widok byłby dla mnie bardzo przykry. Prowadzi to do bardzo zaskakujących wniosków. Nie życzę Panu szczęścia. Mógłbym pokusić się o doprecyzowanie: nie życzę Panu szczęścia, w którym nie ma mojego udziału. To znaczy, że nie jestem Pana przyjacielem. Widzę w swojej relacji względem Pana element zaborczości, który mnie zastanawia. Nie znajduję dla niego racjonalnego uzasadnienia. Odczułem ochotę posłużenia się frazą „proszę mnie dobrze zrozumieć”, ale miałbym do tego prawo tylko wówczas, gdybym sam rozumiał siebie i był w stanie nakreślić Panu spójny obraz całej sytuacji. Nie potrafię tego uczynić.

3. Uwagi końcowe
Być może zastanawia się Pan, jak daleko sięgają zdolności adaptacyjne mojej rasy. Jestem Panu wdzięczny, że już po miesiącu naszej współpracy zrezygnował pan z uwag typu „czemu nie możesz się zachowywać jak wszyscy pozostali?”. Jednak niespełna dwanaście miesięcy temu niedwuznacznie sugerowaliście, że „przecież nic” by mi „nie zaszkodziło”, gdybym przyszedł na Pański bankiet. Mam nadzieję, że powyższe objaśnienia pomogą nieco zweryfikować tę przyjętą a priori tezę. Gdyby wysłał mnie pan na przeszpiegi w odległy zakątek Romulusa, prawdopodobnie potrafiłbym się wkraść na podobnie wyglądające przyjęcie i zachowywać w sposób uniemożliwiający odróżnienie mnie od pozostałych uczestników zabawy. Czy życzy Pan sobie takiego przedstawienia? Wbrew obiegowej opinii, jestem dobrym aktorem, a fakt, że nie dostosowuję swojej gestykulacji i mimiki do zachowań i oczekiwań reszty załogi, wiąże się z tym, że oceniłem takie postępowanie za bezproduktywne marnowanie energii. Mam również potwierdzone empirycznie przekonanie o trafności dokonanego przeze mnie wyboru. Gdybym miał wyrazić w podsumowaniu tego rozdziału jakieś swoje oczekiwania czy życzenia… Nie wydaje mi się to konieczne. Uważam Pana za osobę inteligentną i w miarę domyślną. Ale, ponieważ ostatnimi czasy bardzo Pan nalegał, spróbuję zastosować się do Pańskich wskazówek.
Chciałbym móc uważać się za Pańskiego przyjaciela, jednak nie wiem, czy to możliwe. Przyjaciele nie mają przed sobą sekretów. Tak przynajmniej odczytuję ziemski przekaz kulturowy. Tego warunku nie spełniam. Nie ukrywam przed Panem niczego, o czym powinien Pan wiedzieć, ale nie mam dość pewności siebie, by przesunąć granice wzajemnego zaufania poza grunt zawodowy. Są takie momenty, kiedy staram się. Zapewne odgadł Pan, że sprawia mi to dużo trudności. Udzielanie informacji o sobie, poza tymi, które Pan, jako kapitan, musi posiadać, wydaje mi się nieuprawnionym zawłaszczaniem Pańskiej uwagi. Ma Pan pod swoją pieczą ponad 400 ludzi. Każdy z nich może wskazać swój ulubiony kolor, potrawę czy najsmutniejsze wspomnienie z dzieciństwa. Nie rozumiem, czemu pyta mnie Pan o takie kwestie. Być może wynika to z konwencji językowych, których sobie nie uświadamiam. Starałem się odpowiadać szczerze. Potem odkryłem jednak, że na pytanie „Jak leci?” oczekuje Pan zwięzłej i raczej umownej odpowiedzi. Zacząłem podejrzewać, że stosuje Pan wobec mnie politykę indywidualnego traktowania podwładnych – metodę, której skuteczność wydaje mi się wątpliwa. Być może ludzie faktycznie czują się bardziej zobowiązani do lojalności i pracują efektywniej, jeśli kapitan interesuje się ich życiem osobistym, ja jednak nie jestem w stanie starać się ani bardziej, ani mniej, podczas wypełniania moich obowiązków, więc niepotrzebnie traci Pan czas.
Rzeczy, o których Panu nie mówię…Owszem, kilku kwestii wolałbym nie poruszać. Nie jest mi obca psychologicznie potwierdzona intuicja, że to, co nienazwane, nie istnieje. Oczywiście nie dotyczy tego niewielkiego fragmentu rzeczywistości, który możemy badać eksperymentalnie, znajduje jednak szerokie zastosowanie wówczas, gdy w grę wchodzą procesy na poziomie mentalnym. Odnoszę się tutaj do poglądu, że definiowanie stanów emocjonalnych wzmacnia ich oddziaływanie.
Nie chcę obarczać Pana swoimi problemami. Z tym, czego nie mogę zmienić, muszę się pogodzić, zaś to, co mogę zmienić, powinienem zmienić. Opowiadanie panu o rozgoryczeniu spowodowanym procesami, na które nie mam wpływu, wydaje się równie nielogiczne, jak oczekiwanie, że rozmowa o trudnościach pomoże w ich pokonaniu. Sytuację dodatkowo komplikuje czynnik ambicjonalny. Nie lubię przyznawać się przed Panem do własnych ograniczeń. Uczciwość wymaga, bym informował Pana, gdy nie posiadam odpowiednich kwalifikacji do wypełnienia powierzonego mi zadania, co zawsze czynię, jednocześnie starając się o nieustanne podnoszenie swojego zasobu informacji i umiejętności (zacząłem nawet, zgodnie z Pańską sugestią, chodzić na salę gimnastyczną i ostatnio, co przyznaje z nieskrywaną i jakże ludzką dumą, w czasie meczu ping-ponga udało mi się pokonać trzema punktami doktora McCoya). Kiedy jednak moje problemy mają charakter osobisty, wolę o nich nie mówić. W nieco paradoksalny sposób czuję, że to podważyłoby Pańskie zaufanie do mnie. Trudno ufać komuś, kto sam sobie z sobą nie radzi. Tak to jednak wygląda w moim przypadku. Nie zamierzam Pana wtajemniczać w szczegóły.
Przepraszam, jeśli moja adnotacja nie spełnia kryteriów merytorycznych. Gdybym potrafił, napisałbym więcej albo mniej. Swoją sytuację potrafię oddać jedynie przy pomocy metaforycznego wyrażenia „pogubiłem się”. Swoje nadzieje mógłbym wyrazić tylko dopowiedzeniem „…i mam nadzieję, że mnie Pan znajdzie”. Co nadal nie oznacza, że przyjdę na Pański bankiet imieninowy. Ale jeśli, kiedy już ucichnie muzyka, goście wrócą do siebie, a na stole nie pozostanie ani jedno grillowanie udko, miałby pan ochotę przyjść i opowiedzieć mi o tym, jak wykorzystać cytrynówkę do rafinacji nowego typu paliwa, to przygotowałem koc.

PS. I przep
raszam za tamtego kurczaka.

niedziela, 21 września 2014

LXXV

Przez chwilę trwała cisza, potem kapitan Zakrzewska zaklęła szpetnie i stwierdziła:
- Założę się, że to sprawka tego Qtasa.
- Kogo? –
zainteresował się gwałtownie kapitan Picard.
– A, takiego jednego.
– Q? Istota Q?
– Znasz tego dupka?
– Chciałbym powiedzieć, że nie. Ma coś do ciebie?
– Nie potraktowałam go z wyszukaną kurtuazją, jeśli o to chodzi. Faktycznie mógł się obrazić.
– No to macie problem, ten osobnik jest mściwy
– powiedziała Deanna Troi ze współczuciem – To pole siłowe może być trudne do usunięcia.
– Zobaczymy
– Lilianna podeszła do ściany, wzięła przypięty do stylowej zawieszki mikrofon i krzyknęła do niego - =/\= Michałow do mnie, i to w tej chwili!
Głośnik zazgrzytał i po chwili dał się z niego słyszeć obrażony głos:
=/\= W tej chwili to w Brazyli, a w Polsce jak kto chce! Przyjdę jak będę chciał.
– Ależ dyscyplina w tej żałosnej załodze.-
mruknął z pogardą Worf. Zaraz jednak pożałował swego wtrącalstwa, bo Keras tak go grzmotnęła oburącz w kark, że aż przysiadł.
– Słuchaj no, przybłędo! – wrzasnęła wściekle – Ta żałosna załoga jest MOJĄ żałosną załogą i każdemu, kto ośmieli się ją krytykować w mojej obecności, wepchnę swój osobisty d'k tahg przez gardło aż do samej dupy! Czy to jasne?!
– Ja... jasne...- wydukał Worf, a z jego miny wyraźnie można było wyczytać że zastanawia się, czemu ściany dookoła tak kołują. Keras roztarła ręce i zwróciła się do swojej kapitan:
- Może już pani kontynuować.
Lilianna z cała powagą skinęła głową i znowu zbliżyła mikrofon do ust.
=/\= Inżynierze, nie czas na fochy. Kto jest u nas specjalistą od pól siłowych?
Przez głośnik słychać było, jak Michałow mamrocze coś z niezadowoleniem, potem burknął:
=/\= Józek Stelmach jest w tym debeściak.
=/\= No to dawaj go tu.
=/\= Nie mogę. Jest pijany w cztery dupy.
– Karol, nie wyrażaj się.
– dobiegł z głębi maszynowni karcący głos Allandry.
– Dupa, dupa, dupa! – rozdarł się inżynier – Jak będę chciał, powiem jeszcze więcej! Nikt mi nie będzie zakazywał, nawet rodzona żona!
=/\= Rany julek, otrzeźwcie tego idiotę, skoro się schlał.
- jęknęła Lilianna – I w ogóle jak on śmiał na służbie?
=/\= A kto powiedział że na służbie? Skończył wachtę i poszedł zalać robaka, takie jego zbójnickie prawo. Po służbie każdy ma prawo być pijany.
=/\= No to odpijańcie, jasne?! Za pięć minut ma być trzeźwy!
=/\= Gdybym wiedział jak to się robi, zostałbym znachorem na Fidżi i tłukłbym kasę, aż by dym leciał... na pewno nie gniłbym jako inżynier na tej skorupie.
– No no no, tylko nie skorupie! –
obraził się Hermasz, który jak zwykle wszystko podsłuchiwał.
– Jak wy możecie żyć z tym wiecznym nadzorem? – chciała wiedzieć Troi. Hermasz tak bardzo różnił się w swych reakcjach od Daty, że zastanawiała się w skrytości ducha, czy aby na pewno ta inteligencja jest sztuczna. Myśląc o tym zorientowała się nagle, że nie widziała androida już od jakiegoś czasu. Gdzie też mógł się podziać?
– Przywykliśmy – odparła z roztargnieniem Lilianna – Kurcze blade, trzeba jakoś przywrócić tego idiotę Stelmacha do stanu używalności....
W głośniku szczęknęło i na linię włączył się dział medyczny. Przez roztargnienie pani kapitan przełączyła hebelek opcji na “Telekonferencję” i w efekcie caly statek słyszał jej rozmowę z Michałowem. Również ambulatorium.
=/\= Pani mi da piętnaście minut – powiedziała doktor Foremna – Już ja się zajmę tym typkiem, że nie tylko wytrzeźwieje, ale i “Pana Tadeusza” z pamięci będzie recytował.
=/\= Dobra, ma pani wolną rękę
– westchnęła kapitan z rezygnacją – Jak Stelmasz odzyska sprawność umysłu, ma zająć się problemem tego pola siłowego, które nas otacza i jak najszybciej je zlikwidować. Pani mu powtórzy, że nie obchodzi mnie czy to wykonalne czy nie. Ma to zrobić. Ja będę w bibliotece z naszymi gośćmi, jakby co.
Prawdę mówiąc chciała po prostu chwilę odpocząć od powstałego zamieszania, a nie mogła wyrzucić dostojnych gości przez śluzę, na co – prawdę mówiąc – miała w tym momencie wielką ochotę.
– Ja pójdę poszukać Daty – powiedziała Deanna z własciwym sobie wyczuciem chwili – Worf, zechcesz mi towarzyszyć?
– Zechcę.-
warknął Klingon, wciąż rozcierając bolący kark i popatrując przy tym na Keras, która ukradkiem pokazała mu zwiniętą pięść. Wyraz jej twarzy był łatwy do odczytania i Worf przyrzekł sobie, że będzie trzymał usta na kłódkę, póki nie opuści pokładu tego dziwacznego statku.
Kapitan Zakrzewska i Jean Luc Picard przeszli do pokładowej biblioteki, urządzonej po staroświecku i kapitan Enterprise aż gwizdnął na widok zgromadzonych tam tomów.
– Wolicie retro?
– A tak jakoś.... Papierowa książka ma duszę, czego nie da się powiedzieć o formie elektronicznej.
– Ambasador Spock by w tym momencie powiedział, ze to wysoce nielogiczne stwierdzenie.
– zachichotał Picard.
– Ambasador? To ten spiczastouchy jeszcze żyje i jest teraz ambasadorem?
– Tak, na Romulusie. Widzieliśmy się całkiem niedawno.
– O, to fajnie
– ucieszyła się Lilianna – Mam tu coś co do niego należy.
Wyjęła z szuflady ciężkiego biurka kilka złożonych kartek.
– Kiedyś gościliśmy tu kapitana Kirka i jego wolkańskiego przydupasa – wyjaśniła – Zostawili to przez zapomnienie, a ja tak nosiłam w te i wewte... Co ich spotkałam, to zapominałam oddać, bo coś się działo no i tak mam toto do dziś. Może jeśli kiedyś zobaczysz jeszcze Spocka, to mu oddaj.
– Tradycyjny list?
– Widać Spock to nie taki znowu przeciwnik starych rozwiązań.

Picard przyjął machinalne podane mu kartki, nie przerywając rozglądania się po bibliotece.
Mogę tu trochę poszperać? – spytał. Lilianna ziewnęła.
Rób co chcesz – przyzwoliła – Wiesz co? Bądź aniołem i pozwól mi się trochę zdrzemnąć, choć kwadrans. Jestem wykończona. Jakby co się działo, to mnie obudź, ale lepiej nie.
- Dobra. Ja sobie znajdę coś do czytania, a ty się prześpij.

Lilianna zwinęła się jak kotka w jednym z głębokich foteli i natychmiast zasnęła. Kapitan Picard dokończył zwiedzanie biblioteki i sam zapadł w drugi fotel. Sam był bardzo zmęczony. Machinalnie rozłożył trzymane wciąż w ręku kartki i zaczął czytać. W miarę tej czynności jego oczy robiły się coraz bardziej okrągłe....


czwartek, 28 sierpnia 2014

LXXIV


Bliższe badanie skanów uszkodzonej wyrzutni i zapisów z monitoringu ujawniło, że przyczyną całego zamieszania było jednak nie czyjeś niedbalstwo, tylko odłamek meteora, kosmiczny śmieć wielkości paznokcia, który wbił się w zawias magnetyczny. Jak przedostał się przez deflektor, było na razie sprawą drugorzędną, w każdym razie zablokował wyrzutnię równie skutecznie jak zrobiłby to klin sabotażysty.
– Tak w każdym razie wynika z zapisów, panie Żydek.- zakończył swój raport Sytar, którego katra chwilowo dominowała w ciele Brzęczyszczykiewicza.
– Dlaczego tylko z zapisów, nie z wizji lokalnej? – spytał bezmyślnie Arek patrząc na wręczony mu padd, na którego ekranie widniały esy-floresy wolkańskich liter. Sytar pisał co prawda po szwedzku (Grzesiek wychowywał się w Szwecji i mimo hałaśliwie manifestowanego patriotyzmu język polski znał bardzo słabo), ale uparcie nie chciał używać normalnego alfabetu, skutkiem czego jego raporty były kompletnie nie do odczytania. Co niektórych dziwiło, nie radził sobie z tym nawet R’Cer, ale nie brali oni pod uwagę, że na ogół dobrze wykształcony Wolkanin nie rozumie ani słowa po szwedzku. Ze słowem mówionym radził sobie za pomocą translatora, tekst pisany mógł przełożyć komputerowy tłumacz – jednak szwedzkich słów zapisanych wolkańskimi literami nikt i nic nie mogło ruszyć.
Jakiej wizji lokalnej? – spytał sarkastycznie Sytar – To już nie jest wyrzutnia, tylko andoriańska jesień średniowiecza. Nic tam nie zostało. Cud, że przy okazji nie przebiło nam kadłuba.
– Zawołaj Michałowa do konferencyjnej.
– Szef jest zajęty. Ryczy na Małpeczkę. Prawie tutaj go słychać. Jola i Lepek schowali się ze strachu w wychodku, więc musi być naprawdę gorąco.
– W jednym wychodku? I co tam robią?
– W tak intymnej kwestii mogę dać tylko poufne wyjaśnienia.

Worf, przysłuchujący się tej wymianie zdań, pozwolił sobie na krótkie warknięcie mające oznaczać wyjątkową jak na Klingona wesołość. Stojąca za nim Keras walnęła go pięścią w okolicę pasa.
– Zachowuj się.
– A ty mnie nie podrywaj, masz męża.
– Co tam mąż! Mąż dziś jest, jutro go nie ma. A Klingonką będę zawsze i nie pozwolę na brak szacunku dla tego miejsca, póki tu jestem zastępcą dowódcy.

Arek popatrzył na nią błędnym wzrokiem, ale nie zaprotestował. Wybiegając z mostka kapitan Zakrzewska, skołowana jak nigdy dotąd, przez pomyłkę krzyknęła sakramentalne :
- Przejmujesz mostek! - w stronę Keras, zamiast swego pierwszego oficera. Pani Zajczik wzięła to poważnie i najpierw rozsiadła się w fotelu dowodzenia, a potem zrobiła regularny obchód mostku, sztorcując straszliwymi wyrazami każdego, kto według niej był nie w porządku. Przy tym zajęciu zastał ją Worf i zamienił się w przysłowiowy słup soli z podziwu. Zaraz po nim wparował w drzwi Brzęczyszczykiewicz i złożył Arkowi wspomniany wcześniej raport.
W tym samym czasie kapitan Zakrzewska, Jean Luc Picard i Deanna Troi sterczeli beznadziejnie w dziale przetwarzania danych, gdzie usiłowano ustalić położenie statku po wstrząsie wywołanym przez wybuch. Malwinka Kręcik płakała histerycznie przy konsoli, bo szefowa działu, doktor Wisława Lemowa, nazwała ją krzywonogą idiotką, a podporucznik Ula Zimniak i porucznik Kryczyński wydzierali się na siebie, zupełnie nie zwracając uwagi na obecność wyższych szarż. Chodziło im o to, że wyliczenia pani Zimniak nijak nie chciały się zgodzić z wyliczeniami “Barasia”, a on, jako dobry muzułmanin, nie mógł dopuścić możliwości, że jakakolwiek kobieta może liczyć lepiej niż on, i to podczas ramadanu. Lilianna kilkakrotnie próbowała przerwać tę kłótnię, aż wreszcie poddała się.
– Jasiu, ucisz ich. – zwróciła się do swego ordynansa. Ten skwapliwie chwycił za kark Kryczyńskiego, Ulę za koński ogon, potrząsnął nimi jak pies szczurem i zapowiedział groźnie:
- Bo jak prasnę wos po kufie, to wóm syćkie świnci nie pomogo! Cichojta, bezkurcyje!
Adwersarze zamilkli, głównie dlatego że im zęby zadzwoniły od tego potrząsania, tylko Malwinka dalej zawodziła. Że jednak robiła to względnie cicho, można było wytrzymać.
– Tak lepiej – powiedziała z uznaniem kapitan Zakrzewska – Dziękuję ci, Jasiu, możesz ich puścić. Baraś, mów teraz jak na świętej spowiedzi; o co chodzi? Tylko krótko i do rzeczy!
– Jakiej spowiedzi? Jestem muzułmaninem!
– Gadaj, bo...
– Ta odaliska z diabelskiego seraju twierdzi, że odrzuciło nas o sto pięćdziesiąt trzy kilometry, głupia owca.
– warknął obrażony porucznik.
– A o ile odrzuciło nas twoim zdaniem?
- No jak, o sto pięćdziesiąt pięć!

Liliannę aż podrzuciło i natychmiast zrobiła się pomidorowa z wściekłości.
– To o zasmarkane dwa kilometry tak się kłócicie, że cały dział się trzęsie i przejawiacie niesubordynację wobec wyższych szarż?! Trzymajcie mnie!
– Spokojnie...
– usiłował mediować Picard, ale rozjuszona Polka ani myślała go słuchać.
– Ochrona!!!
Deanna Troi mimo woli skuliła się, wciągając głowę w ramiona, bo ilość decybeli, jakie wydaliła z siebie kapitan Zakrzewska, mogła powalić wołu, a niezależnie od tego stężenie negatywnych emocji wzrosło do poziomów nienotowanych na pokładzie USS Enterprise-D. Do działu przetwarzania danych wpadł patrol.
– Uś, co się poszło zdarzyć, co? – spytał przestraszonym głosem Baruch Rosenfeld, piastujący tego dnia dumnie funkcje dowódcy drużyny.
– Natychmiast aresztuj te dwójkę! Do pierdla z nimi i mają tam siedzieć, póki się nie przeproszą!
– Git.

Dopiero po wyprowadzeniu obojga kłótników kapitan Picard zaryzykował i spytał:
- Odrzuciło was trochę, no dobrze, ale co z tego?
Szefowa działu wzruszyła ramionami i mimochodem podała coś szlochającej niestrudzenie Malwince.
– Panno Kręcik, mamy gości – powiedziała karcąco – I niechże pani się już raz nauczy: to jest rękaw munduru, a to chustka do nosa. W towarzystwie proszę tego nie mylić.
Dopiero teraz zwróciła się do Picarda i swojej kapitan:
- Problem nie w tym, że nas odrzuciło, państwo kapitanostwo.
– A w czym? –
warknęła Lilianna, rozpinając mundur i wachlując się dłonią.
– W tym, że znaleźliśmy się w bańce. Otacza nas pole siłowe i nie mam pojęcia, skąd się wzięło. Bo na pewno nie od naszej niewinnej torpedki.