Wchodząc do mesy kapitan Picard przede wszystkim potknął się o kędzierzawego bruneta, który czołgał się na czworakach, ścierając podłogę staromodną szmatą.
– Nie możesz uważać gdzie leziesz, łysy? – warknął nieprzyjaźnie brunet, unosząc się na kolana i wyżymając szmatę nad wiadrem.
– Zachowuj się, Sixto! – krzyknęła gniewnie Lilianna – To kapitan Jean Luc Picard, dowódca bratniej jednostki!
Brunet wzruszył ramionami i odgarnął loki z czoła.
– No to uważaj jak leziesz, kapitanie Jean Luc Picard, łysy dowódco bratniej jednostki.
– Morda w kubeł, kretynie, jeśli nie umiesz się zachować! Przepraszam, Jean Luc, on już taki jest. A dlaczego w ogóle łazisz na czworakach, krwiopijco, skoro mamy półautomaty?
– Krwiopijco? – zaniepokoił się Picard, postanawiając puścić mimo uszu przytyki na temat swej łysiny. Sixto uśmiechnął się, ukazując długie, charakterystyczne kły i kapitan USS Enterprise mimowolnie się cofnął.
– Nie siej pan cykorii, nie ma powodu – z półmroku wyłonił się zażywny, ale pełen gracji mężczyzna w tradycyjnej kucharskiej czapie – Z półautomatami wszystko w porządku, ten łobuz sprząta za karę. Jak się ścierą namacha, odechce mu się brykać. Witam gości. Matias von Braun, do usług.
– Wozicie ze sobą wampira? – spytała z niedowierzaniem Troi. Sixto dźwignął się na nogi, wytarł dłonie o spodnie, po czym ujął rękę Doradczyni i ucałował ją elegancko.
– Polecam się, piękna damo, zwłaszcza jeśli cierpisz na niejakie nadciśnienie.
Kucharz trzepnął go karcąco w plecy.
– Do roboty albo nie dostaniesz kolacji.
Picard spojrzał na kapitan Zakrzewską, która machnęła ręką i wyjaśniła mu pokrótce, skąd na pokładzie jej statku wziął się tak nietypowy załogant.
– Tolerujecie na Ziemi takich odmieńców? – spytał Worf ze zdziwieniem równie głębokim jak jego bas. Cały czas nie odrywał oczu od Keras, która w końcu nie wytrzymała i pokazała mu język.
Sixto prychnął z lekceważeniem, a von Braun zmierzył Klingona wzrokiem.
– Nie rozumiem, skąd to pytanie – powiedział zaczepnym tonem – Jeśli Gwiezdna Flota przyjmuje Klingonów do służby, to chyba wszystko się może zdarzyć...
– Gdy głowa pełna marzeń... – zawtórował mu z głębi mesy przeciągły śpiew. Z półmroku wyłonił się postawny mężczyzna z sześciopakiem piwa w jednej dłoni i półmiskiem przysmażonych kiełbas w drugiej.
– Zobacz, Ali, co zdobyłem dla nas na podwieczorek.
Cywilna załogantka pokiwała głową z politowaniem.
– Co jak co, ale piwo to na drugim końcu galaktyki zobaczysz. Za kogo ja wyszłam...
– No jeśli ty tego nie wiesz, to my tym bardziej.- parsknęła jadowicie jedna z tancerek.
– O ty Karol, gdzie to zwinąłeś? – najeżyła się kapitan Zakrzewska.
– Nie zwinąłem, uczciwie wygrałem w karty od Matiasa. To jego prywatny zapas, prawdziwy Żywiec.
Lilianna prychnęła i zwróciła się do Picarda:
- To mój główny inżynier, Karol Michałow. Jego żona Allandra jest naszym psychologiem. Słuchaj no, kochany, zdejmij ten mundur, dział obsługi ci go wypierze. Karol, masz jakiś zapasowy kombinezon?
– Jasne – odparł ochoczo inżynier – Jasiek, kopnij się ino do maszynowni, niech Lepek ci da czysty kombinezon nr 5.
– Wy mi nie rozkazujeta, panocku!
– Jasiek, jazda do maszynowni, bo ci dupę skopie i buraków nasadzę! – wrzasnęła wściekle Lilianna i jasnowłosy olbrzym zniknął niczym spłoszony motyl.
– Nie trzeba... – wydusił z siebie Picard, ale energiczna Polka przerwała mu od razu:
- Właśnie że trzeba. Przebierzesz się i pogawędzimy sobie przy jakimś koktajlu. Przepraszam na chwilę.
Zwróciła się ponownie do swego inżyniera, który tymczasem częstował wszystkich zgromadzonych gorącymi kiełbaskami. Nie stanowiło to z jego strony zbyt wielkiego wyrzeczenia, jeśli weźmie się pod uwagę, że mogłoby ich wystarczyć dla całego plutonu Czarnych Beretów.
– Co z napędem?
- Będzie gotów, gdy tylko Grzesiek skończy kalibrować injektory. Zresztą co ja się tłumaczę... Jaka była umowa? Kapitan trzyma nos na mostku i do maszynowni go nie wścibia, tak? Mnie nie trzeba przypominać o moich obowiązkach, ja swoje wiem.
– Mam nadzieję – kapitan Zakrzewska zwróciła się do reszty załogantów – A wy tu czego?! Co to, cyrk czy kabaret? Jazda na swoje odcinki do zadań, ale już! Keras może zostać, jeśli chce pogadać z rodakiem, reszty za pięć sekund ma tu nie być.
– Na jakiego Fek'lhr mi gadać z tym DenIb Qatlh? z tym Magh?
- Zdrajcą.- przetłumaczył odruchowo von Braun.
– Zdrajcą? - zdziwiła się Lilianna.
– Służy we Flocie, więc musi nim być.
– W zasadzie ty też teraz służysz we Flocie.
– ghuy'cha, a czy ja mówię że jestem wierna swemu Imperium? Co nie znaczy, że muszę szanować każdego odszczepieńca i wyrodka.
Klingonka okręciła się na pięcie i odeszła korytarzem, dumnie kręcąc muskularną pupą. Reszta też się rozeszła według rozkazu, a w mesie zostali tylko goście, kapitan Zakrzewska, von Braun i Sixto, nadal zmywający podłogę. Po chwili zjawił się zdyszany Jasiek i wręczył Picardowi niebieski kombinezon. Kapitan Enterprise udał się na zaplecze, skąd po chwilki wrócił przebrany w suchy strój i wręczył Jaśkowi przemoczony wódką mundur, od którego odpiął komunikator.
– Bydzie gotowe za piyńć minut.- obiecał góral i ponownie znikł.
Jedna z tancerek przyniosła szklanki pełne jakiegoś kolorowego napoju i kilka miseczek z przekąskami. Coraz bardziej zdezorientowany Picard pociągnął łyk ze swej szklanki i aż zakaszlał.
– Co to, żyletki w płynie?!
– Nie, nasz bimber z dodatkami – odparła Lilianna, spróbowawszy – Jak to się mówi, i smak ma, i witaminy. Matias, daj cos bezalkoholowego dla naszych gości!
– A co oni, z przedszkola są?
– Nie mędrkuj, do jasnej zmory!
– Macie tu sok śliwkowy? – zasięgnął informacji Worf. Matias parsknął wzgardliwie, ale po chwili na blacie stołu pojawił się zestaw najrozmaitszych soków. Troi z wprawą zmieszała przygotowane drinki z sokami i wodą, aż stały się możliwe do picia. Sądząc po jej uśmiechu, dziwny statek coraz bardziej się jej podobał.
UWAGA!
Realia uniwersum "Star Treka" zostały stworzone przez Gene'a Roddenberry'ego i wszelkie prawa do nich znajdują się obecnie w posiadaniu wytwórni Paramount Pictures.
niedziela, 29 czerwca 2014
poniedziałek, 24 marca 2014
LXIX
Przed drzwiami delegacja z USS Enterprise D została powitana przez uzbrojony patrol ochrony, najwyraźniej wezwany przez technika z przesyłowni. Patrol składał się z trzech dziewczyn w mundurach z zamierzchłej epoki, Różniły się one od noszonych wówczas przez załogantki Gwiezdnej Floty mundurowych sukienek biało-czerwonymi wstawkami i orzełkami przy kołnierzu, ale równie śmiało jak tamte odsłaniały zgrabne nogi młodych kobiet.
– Jesteśmy aresztowani? – zasięgnął informacji kapitan Picard, usiłując nie patrzeć poniżej rąbka sukienek, bo był to widok nad wyraz rozpraszający.
– Ależ skąd – odparła uprzejmie jedna z załogantek – Potraktujcie nas jako asystę honorową. Ja jestem Maura Gwizdak, porucznik, szef ochrony Hermasza.
– Przysłał was dowódca tego statku? – spytał Worf obrażonym basem.
– W pewnym sensie. Lalunia poinformował o was, Pierwszy spytał, co robić, a kapitanka na to wrzasnęła, żebym się wami zajęła i nie zawracała jej głowy do odwołania. Sztorcuje teraz dział naukowy, a w kolejce stoi jeszcze główny inżynier, personalna i kucharz.
– Kucharz też? – wyrwało się Dacie.
– Też – przytaknęła Maura – Jak się nasza stara wścieknie, to nie ma dla niej nic świętego. Proszę za mną, oprowadzę was, zanim kapitanka nie skończy z rozstawianiem załogi po kątach. A to może potrwać, ona jest bardzo wymowna.
Kapitan Picard pomyślał, że jest skłonny w to uwierzyć. Nie bardzo wiedział, jak ma się zachować, ale na szczęście póki co nie musiał podejmować żadnych decyzji. Porucznik Gwizdak zachowywała się jak profesjonalny pilot wycieczek, oprowadzający grupę obcokrajowców po Starówce – w zasadzie po rozmachu i wystroju statku klasy Galaxy Hermasz mógł się wydać eksponatem muzealnym. Goście nie bardzo mieli ochotę na taką wycieczkę, dali się jednak sterroryzować i wędrując za uzbrojonymi ślicznotkami słuchali pokornie objaśnień Maury. Dotarli wreszcie na czwarty pokład, gdzie natknęli się wreszcie na kapitan Zakrzewską. Prawdę mówiąc słyszeli ją z daleka, bo wydzierała się tak, że aż ściany drżały, tupiąc jednocześnie w pokład z energią stada młodych bawołów.
– Chyba coś się wydarzyło. Coś poważnego. – powiedział niepewnie Data, spoglądając na Maurę. Ta wzruszyła ramionami.
– Nie, nie sądzę... Raczej chodzi o to, że rano tancerki z baru pobiły się ze stałymi bywalcami. Pani Michałow miała zrobić im sesję terapeutyczną i pewnie coś poszło nie tak. Zaraz zobaczymy.
Przyspieszyła kroku. Po chwili oczom wszystkich ukazało się całe zgromadzenie: trzy dziewczyny w skąpych łaszkach, kilku mężczyzn, kobieta po cywilnemu i... wysoka Klingonka w tradycyjnym, skórzanym stroju. Wszyscy byli upaprani aż po oczy czymś, co wyglądało jak bita śmietana z dodatkami i stali, stłoczeni w pokorną grupkę, a przed nimi piekliła się kapitan Zakrzewska. Kapitana Picarda zaskoczył fakt, że jest ona jeszcze niższa, niż się spodziewał, prawdziwa kruszyna w mundurze. Wielki, pewnie dwumetrowy mężczyzna o rozwichrzonych jasnoblond włosach próbował ją powstrzymać, ale nie zwracała na niego uwagi.
– Nie dość że wkręciłyście się tu na waleta, małpy zielone w kratkę kopane, to jeszcze awantury urządzacie po pijaku?! - ryczała mała kapitan, wygrażając pięścią wszystkim dookoła – Ja wam dam! Ja wam pokażę! W najbliższej bazie przegonię was na cztery wiatry, a razem z wami waszego protektora z piekła rodem i tego krwiopijcę, co śpiewaka udaje! Dość tego dobrego!
- Lilianno, niechże się pani opanuje – przerwała jej zimno kobieta po cywilnemu, zgarniając z twarzy krem i zlizując go z palców – Nie stało się nic takiego. To typowa sytuacja. Ludzie muszą czasem upuścić trochę pary, celem zachowania zdrowia psychicznego.
– To wina tego nędznego bahtag! – wrzasnęła Klingonka – To nie kucharz tylko targ!
– Ki diobeł targ? – zainteresował się wysoki blondyn.
– Klingońska świnia.- wyjaśniła mu krótko jedna z tancerek.
– O, to barzo brzyćko wos nazwoła, panocku!
– Wiem to i bez ciebie – odezwał się wściekły głos z wewnątrz pomieszczenia, które musiało być mesą – Ja zaraz pokażę tej małpie!
– Keras, padnij! – krzyknęła kapitan Zakrzewska i gwałtownie szarpnęła Klingonkę w dół. Skutkiem tej akcji butelka, która właśnie wyleciała z mesy, nie trafiła w kobietę, za to spadła na głowę nie spodziewającego się niczego Picarda, pękła w kawałki i zlała go około litrem przejrzystego płynu, wydzielającego nader swojską woń. Z pewnością nie był to żaden syntehol a autentyk prosto z Ziemi. Picard przysiadł na podłodze, bardziej ze zdziwienia niż z bólu, bowiem butelka była z cienkiego tworzywa szkłopodobnego i nie mogła wyrządzić mu krzywdy.
Z mesy wyjrzała poczciwa, okrągła twarz.
– O, strasznie przepraszam – speszył się właściciel twarzy – Chciałem trafić w Keras. Pan się nie martwi, to tylko wódka, podobno dobra na porost włosów.
- Nie gadałbyś głupstw, von Braun – ofuknęła go Lilianna, podeszła do Picarda i pomogła mu wstać – Gdyby to była prawda, co najmniej połowa moich załogantów miałaby brody od podniebienia do samej podłogi. Dałbyś lepiej jakąś ścierkę albo co.
Jedna z tancerek pobiegła na zaplecze i wróciła z rolką papierowego ręcznika. Kapitan Picard zaczął się wycierać, myśląc jednocześnie, jak trudno zachować godność gdy człowiek wonieje wódką i jest cały mokry.
– Ładnie się tu bawicie.- mruknął niechętnie.
– Bywa jeszcze lepiej – odparła spokojnie kapitan Zakrzewska - Skoro już pan tu jest ze swymi przydupasami, to załatwmy to po co pan przyszedł, bo ja mam jeszcze pół maszynowni do obsztorcowania. Napije się pan czegoś?
- Brrr, nie!
– Bez obaw, mamy też napoje całkiem niewinne. Chodźmy do mesy, półautomaty już ją pewnie wysprzątały.
– Jesteśmy aresztowani? – zasięgnął informacji kapitan Picard, usiłując nie patrzeć poniżej rąbka sukienek, bo był to widok nad wyraz rozpraszający.
– Ależ skąd – odparła uprzejmie jedna z załogantek – Potraktujcie nas jako asystę honorową. Ja jestem Maura Gwizdak, porucznik, szef ochrony Hermasza.
– Przysłał was dowódca tego statku? – spytał Worf obrażonym basem.
– W pewnym sensie. Lalunia poinformował o was, Pierwszy spytał, co robić, a kapitanka na to wrzasnęła, żebym się wami zajęła i nie zawracała jej głowy do odwołania. Sztorcuje teraz dział naukowy, a w kolejce stoi jeszcze główny inżynier, personalna i kucharz.
– Kucharz też? – wyrwało się Dacie.
– Też – przytaknęła Maura – Jak się nasza stara wścieknie, to nie ma dla niej nic świętego. Proszę za mną, oprowadzę was, zanim kapitanka nie skończy z rozstawianiem załogi po kątach. A to może potrwać, ona jest bardzo wymowna.
Kapitan Picard pomyślał, że jest skłonny w to uwierzyć. Nie bardzo wiedział, jak ma się zachować, ale na szczęście póki co nie musiał podejmować żadnych decyzji. Porucznik Gwizdak zachowywała się jak profesjonalny pilot wycieczek, oprowadzający grupę obcokrajowców po Starówce – w zasadzie po rozmachu i wystroju statku klasy Galaxy Hermasz mógł się wydać eksponatem muzealnym. Goście nie bardzo mieli ochotę na taką wycieczkę, dali się jednak sterroryzować i wędrując za uzbrojonymi ślicznotkami słuchali pokornie objaśnień Maury. Dotarli wreszcie na czwarty pokład, gdzie natknęli się wreszcie na kapitan Zakrzewską. Prawdę mówiąc słyszeli ją z daleka, bo wydzierała się tak, że aż ściany drżały, tupiąc jednocześnie w pokład z energią stada młodych bawołów.
– Chyba coś się wydarzyło. Coś poważnego. – powiedział niepewnie Data, spoglądając na Maurę. Ta wzruszyła ramionami.
– Nie, nie sądzę... Raczej chodzi o to, że rano tancerki z baru pobiły się ze stałymi bywalcami. Pani Michałow miała zrobić im sesję terapeutyczną i pewnie coś poszło nie tak. Zaraz zobaczymy.
Przyspieszyła kroku. Po chwili oczom wszystkich ukazało się całe zgromadzenie: trzy dziewczyny w skąpych łaszkach, kilku mężczyzn, kobieta po cywilnemu i... wysoka Klingonka w tradycyjnym, skórzanym stroju. Wszyscy byli upaprani aż po oczy czymś, co wyglądało jak bita śmietana z dodatkami i stali, stłoczeni w pokorną grupkę, a przed nimi piekliła się kapitan Zakrzewska. Kapitana Picarda zaskoczył fakt, że jest ona jeszcze niższa, niż się spodziewał, prawdziwa kruszyna w mundurze. Wielki, pewnie dwumetrowy mężczyzna o rozwichrzonych jasnoblond włosach próbował ją powstrzymać, ale nie zwracała na niego uwagi.
– Nie dość że wkręciłyście się tu na waleta, małpy zielone w kratkę kopane, to jeszcze awantury urządzacie po pijaku?! - ryczała mała kapitan, wygrażając pięścią wszystkim dookoła – Ja wam dam! Ja wam pokażę! W najbliższej bazie przegonię was na cztery wiatry, a razem z wami waszego protektora z piekła rodem i tego krwiopijcę, co śpiewaka udaje! Dość tego dobrego!
- Lilianno, niechże się pani opanuje – przerwała jej zimno kobieta po cywilnemu, zgarniając z twarzy krem i zlizując go z palców – Nie stało się nic takiego. To typowa sytuacja. Ludzie muszą czasem upuścić trochę pary, celem zachowania zdrowia psychicznego.
– To wina tego nędznego bahtag! – wrzasnęła Klingonka – To nie kucharz tylko targ!
– Ki diobeł targ? – zainteresował się wysoki blondyn.
– Klingońska świnia.- wyjaśniła mu krótko jedna z tancerek.
– O, to barzo brzyćko wos nazwoła, panocku!
– Wiem to i bez ciebie – odezwał się wściekły głos z wewnątrz pomieszczenia, które musiało być mesą – Ja zaraz pokażę tej małpie!
– Keras, padnij! – krzyknęła kapitan Zakrzewska i gwałtownie szarpnęła Klingonkę w dół. Skutkiem tej akcji butelka, która właśnie wyleciała z mesy, nie trafiła w kobietę, za to spadła na głowę nie spodziewającego się niczego Picarda, pękła w kawałki i zlała go około litrem przejrzystego płynu, wydzielającego nader swojską woń. Z pewnością nie był to żaden syntehol a autentyk prosto z Ziemi. Picard przysiadł na podłodze, bardziej ze zdziwienia niż z bólu, bowiem butelka była z cienkiego tworzywa szkłopodobnego i nie mogła wyrządzić mu krzywdy.
Z mesy wyjrzała poczciwa, okrągła twarz.
– O, strasznie przepraszam – speszył się właściciel twarzy – Chciałem trafić w Keras. Pan się nie martwi, to tylko wódka, podobno dobra na porost włosów.
- Nie gadałbyś głupstw, von Braun – ofuknęła go Lilianna, podeszła do Picarda i pomogła mu wstać – Gdyby to była prawda, co najmniej połowa moich załogantów miałaby brody od podniebienia do samej podłogi. Dałbyś lepiej jakąś ścierkę albo co.
Jedna z tancerek pobiegła na zaplecze i wróciła z rolką papierowego ręcznika. Kapitan Picard zaczął się wycierać, myśląc jednocześnie, jak trudno zachować godność gdy człowiek wonieje wódką i jest cały mokry.
– Ładnie się tu bawicie.- mruknął niechętnie.
– Bywa jeszcze lepiej – odparła spokojnie kapitan Zakrzewska - Skoro już pan tu jest ze swymi przydupasami, to załatwmy to po co pan przyszedł, bo ja mam jeszcze pół maszynowni do obsztorcowania. Napije się pan czegoś?
- Brrr, nie!
– Bez obaw, mamy też napoje całkiem niewinne. Chodźmy do mesy, półautomaty już ją pewnie wysprzątały.
piątek, 7 marca 2014
LXVIII
Po dłuższej naradzie z wyższymi oficerami kapitan Picard doszedł do wniosku, iż "wie, że nic nie wie" i połączył się z kwaterą główną Gwiezdnej Floty.
- Coś podobnego! - powiedziała kwatera, wysłuchawszy jego relacji - Merytorycznie rzecz biorąc, ten statek nadal należy do Floty, musi pan więc dogadać się z jego kapitanem i nakłonić go, żeby poleciał na Ziemię. Trzeba zwołać naradę w sprawie tak niezwykłego znaleziska i określić jego dalsze losy.
- Problem w tym, że ten kapitan to jakaś nawiedzona baba.
- Wyczuwał seksizm.- wtrąciła się Deanna Troi.
- I nie sądzę, by posłuchała jakichkolwiek rozkazów, które się jej nie spodobają - ciągnął dalej Picard - Doradzałbym maksymalną ostrożność. Czytałem o załodze PSS Hermasz w pamiętnikach admirała Kirka i mam niedobre przeczucia.
- Na razie proszę udać się na ten statek i oficjalnie poinformować dowódcę o jego powinności zameldowania sie kwaterze głównej.
- Raczej nas nie wpuści po dobroci.
- Nie powie mi pan, że nie da się sforsować osłon sprzed stu lat nowoczesnym transporterem!
- Ale...
- Nie ma "ale", wykonać. Chyba uczestniczył pan w trudniejszych zadaniach.
- Nie jestem tego taki pewny. - mruknął Picard, gdy ekran zgasł. Pamiętniki Jamesa T. Kirka jednoznacznie określały kapitan Zakrzewską jako osobę pozbawioną wszelkiego szacunku dla dowództwa Gwiezdnej Floty, a jej załogę jako zbieraninę spod najciemniejszej gwiazdy.
- Żeby choć Pulasky tu była, ona może by się z nimi dogadała.
Wstał z fotela, rozejrzał się po swych ludziach i zdecydował:
- Pan Worf, pani Troi i komandor Data idą ze mną. Tymczasowo mostek obejmuje pierwszy oficer Riker.
- Nie będzie nas czasem zbyt mało? - wyraził swym głębokim basem wątpliwość Worf. Picard spojrzał na niego i skrzywił się nieznacznie.
- Gdybyśmy się mieli z nimi bić, to pewnie byłoby nas za mało. Ale na zwykłą wizytę będzie dość.
- Przeczuwam, że ta wizyta zwykła nie będzie. - zaśmiała się Deanna Troi, idąc razem z Datą do turbowindy. Za nimi podążył Worf, mrucząc coś o tym, że warto by wziąć ze sobą porządną broń, a za nimi sam kapitan, który miał taką minę, jakby szedł na gilotynę.
W hali transportu okazało się, że technik na Hermaszu nie chce słyszeć o żadnym nieautoryzowanym przesyle, nie ma również zamiaru zawracać głowy swemu dowódcy takimi błachostkami jak rozkazy z kwatery głównej. Wobec jego nieprzejednanej postawy Jean Luc Picard zdecydował się na przesył z poziomu własnego statku. Na wszelki wypadek kazał trzymać fazery w pogotowiu, choć żywił nadzieję, że do zbrojnego starcia nie dojdzie.
Gdy tylko grupa zmaterializowała się na platformie, kędzierzawy blondynek o piwnych oczach włączył staroświecki comlink i zameldował znudzonym głosem, nawet nie racząc wstać z krzesła:
- Hej, mostek, mamy desant na pokładzie.
- A uzbrojony chociaż? - zasięgnął informacji ktoś z mostka.
- Czy ja wiem? - blondynek zmierzył gości taksującym spojrzeniem - Coś tam mają, ale niewiele tego.
- Wiele być nie musi, żeby nas podziurawić.
- Niech tylko spróbują - wtrącił się niespodziewanie głos, zdający się dochodzić zewsząd i znikąd zarazem - Rozładowałem zdalnie ich broń, ledwo się tu znaleźli. Nie ustrzelą nawet muchy.
- Kto to mówi? - zdenerwował się Worf.
- Ja, Hermasz. A coś ci się nie podoba, suszona wieprzowino?
Kapitan Picard sięgnął po swój fazer i przekonał się, że wskaźnik baterii rzeczywiście pokazuje zero. Tymczasem Data rozglądał się uważnie i wreszcie stwierdził:
- Kapitanie, wygląda na to, że stoimy na pokładzie obiektu obdarzonego własną inteligencją.
- Nie no, domyślił się - prychnął niewidzialny głośnik - Normalnie geniusz.
- Nie jestem geniuszem, tylko androidem i nazywam się Data.
- Podaj kogoś za to imię do sądu. Na mój gust dożywocie murowane.
- Przykro mi, ale nie rozumiem.
- Tak? No to dupa jesteś, nie AI.
- Gdzie jest kapitan tej jednostki?! - krzyknął Picard dużo głośniej niż zamierzał. Poczuł, że jeśli będzie jeszcze kilka minut słuchał tej wymiany zdań, zwariuje.
- Ostatnio piekliła się na pokładzie trzecim. - poinformował go spokojnie technik transportu, zakładając palcem stronę w czytanej właśnie staroświeckiej książce - Nie radzę tam iść.
- Niby czemu?
- No pomyśl pan logicznie, o co nasza stara mogła się pieklić na trzecim pokładzie?
Blondynek najwyraźniej zignorował fakt, że kapitan Picard nie był zorientowany w szczegółach konstrukcyjnych niezwykłego statku, na którym się teraz znajdował.
- Nie mam pojęcia. - przyznał z rezygnacją.
- Tam są laboratoria. Lemowa i Waldek Poligon robili jakieś doświadczenia z merkaptanami i zasmrodzili cały pokład tak gruntownie, że wejść tam teraz nie można...
Smakowita opowieść została przerwana szczękiem rozsuwanych drzwi. Do przesyłowni wpadła mała dziewczynka, której spiczaste uszy wyraźnie zdradzały wolkańskie pochodzenie, i schowała się za konsolą. Tuż za nią do hali wbiegła dorosła Wolkanka w barwach sekcji medycznej.
- T'Allia, ile razy mówiłam że masz mnie słuchać! - krzyknęła rozkazująco, nie zwracając najmniejszej uwagi na przybyszy - Natychmiast tu chodź i nie myśl, że odpuszczę ci zjedzenie obiadu!
- Niechże jej pani nie straszy, pani doktor, to niewychowawcze. - zwrócił jej uwagę technik, wyciągając rozbawione dziecko spod konsoli i podając je kobiecie.
- Pilnuj pan własnego nosa.
- Ooo, śmieszne buźki! - pisnęła T'Allia, pokazując paluszkiem na Worfa i Datę. Urażony Klingon zrobił najokropniejszą minę, na jaką mógł się zdobyć, i zawarczał, ale mała odpowiedziała na to jedynie wybuchem głośnego chichotu. Wolkańska lekarka zmierzyła przybyszy wzrokiem, mruknęła głośno:
- Mógłby tu ktoś do cholery posprzątać.
Po czym wymaszerowała z córeczką na rękach.
- Doradco? - Picard spojrzał na Troi, która wyglądała tak, jakby siłą powstrzymywała się od śmiechu.
- Cóż, mogę tylko powiedzieć że trafiliśmy w mocno niekonwencjonalne miejsce - powiedziała - Wyczuwam tu jednak same pozytywne emocje. Chwilami może zbyt silne, ale w zasadzie pozytywne.
- Zdaje się, że przed chwilą ktoś chciał nas sprzątnąć. To według pani jest pozytywne?
Betazoidka uśmiechnęła się łagodnie i podeszła do drzwi.
- Myślę, kapitanie, że powinniśmy wreszcie spotkać się z dowódcą tego okrętu. Weszliśmy co prawda bez zaproszenia, ale zachowajmy jakieś resztki dobrego wychowania.
- Coś podobnego! - powiedziała kwatera, wysłuchawszy jego relacji - Merytorycznie rzecz biorąc, ten statek nadal należy do Floty, musi pan więc dogadać się z jego kapitanem i nakłonić go, żeby poleciał na Ziemię. Trzeba zwołać naradę w sprawie tak niezwykłego znaleziska i określić jego dalsze losy.
- Problem w tym, że ten kapitan to jakaś nawiedzona baba.
- Wyczuwał seksizm.- wtrąciła się Deanna Troi.
- I nie sądzę, by posłuchała jakichkolwiek rozkazów, które się jej nie spodobają - ciągnął dalej Picard - Doradzałbym maksymalną ostrożność. Czytałem o załodze PSS Hermasz w pamiętnikach admirała Kirka i mam niedobre przeczucia.
- Na razie proszę udać się na ten statek i oficjalnie poinformować dowódcę o jego powinności zameldowania sie kwaterze głównej.
- Raczej nas nie wpuści po dobroci.
- Nie powie mi pan, że nie da się sforsować osłon sprzed stu lat nowoczesnym transporterem!
- Ale...
- Nie ma "ale", wykonać. Chyba uczestniczył pan w trudniejszych zadaniach.
- Nie jestem tego taki pewny. - mruknął Picard, gdy ekran zgasł. Pamiętniki Jamesa T. Kirka jednoznacznie określały kapitan Zakrzewską jako osobę pozbawioną wszelkiego szacunku dla dowództwa Gwiezdnej Floty, a jej załogę jako zbieraninę spod najciemniejszej gwiazdy.
- Żeby choć Pulasky tu była, ona może by się z nimi dogadała.
Wstał z fotela, rozejrzał się po swych ludziach i zdecydował:
- Pan Worf, pani Troi i komandor Data idą ze mną. Tymczasowo mostek obejmuje pierwszy oficer Riker.
- Nie będzie nas czasem zbyt mało? - wyraził swym głębokim basem wątpliwość Worf. Picard spojrzał na niego i skrzywił się nieznacznie.
- Gdybyśmy się mieli z nimi bić, to pewnie byłoby nas za mało. Ale na zwykłą wizytę będzie dość.
- Przeczuwam, że ta wizyta zwykła nie będzie. - zaśmiała się Deanna Troi, idąc razem z Datą do turbowindy. Za nimi podążył Worf, mrucząc coś o tym, że warto by wziąć ze sobą porządną broń, a za nimi sam kapitan, który miał taką minę, jakby szedł na gilotynę.
W hali transportu okazało się, że technik na Hermaszu nie chce słyszeć o żadnym nieautoryzowanym przesyle, nie ma również zamiaru zawracać głowy swemu dowódcy takimi błachostkami jak rozkazy z kwatery głównej. Wobec jego nieprzejednanej postawy Jean Luc Picard zdecydował się na przesył z poziomu własnego statku. Na wszelki wypadek kazał trzymać fazery w pogotowiu, choć żywił nadzieję, że do zbrojnego starcia nie dojdzie.
Gdy tylko grupa zmaterializowała się na platformie, kędzierzawy blondynek o piwnych oczach włączył staroświecki comlink i zameldował znudzonym głosem, nawet nie racząc wstać z krzesła:
- Hej, mostek, mamy desant na pokładzie.
- A uzbrojony chociaż? - zasięgnął informacji ktoś z mostka.
- Czy ja wiem? - blondynek zmierzył gości taksującym spojrzeniem - Coś tam mają, ale niewiele tego.
- Wiele być nie musi, żeby nas podziurawić.
- Niech tylko spróbują - wtrącił się niespodziewanie głos, zdający się dochodzić zewsząd i znikąd zarazem - Rozładowałem zdalnie ich broń, ledwo się tu znaleźli. Nie ustrzelą nawet muchy.
- Kto to mówi? - zdenerwował się Worf.
- Ja, Hermasz. A coś ci się nie podoba, suszona wieprzowino?
Kapitan Picard sięgnął po swój fazer i przekonał się, że wskaźnik baterii rzeczywiście pokazuje zero. Tymczasem Data rozglądał się uważnie i wreszcie stwierdził:
- Kapitanie, wygląda na to, że stoimy na pokładzie obiektu obdarzonego własną inteligencją.
- Nie no, domyślił się - prychnął niewidzialny głośnik - Normalnie geniusz.
- Nie jestem geniuszem, tylko androidem i nazywam się Data.
- Podaj kogoś za to imię do sądu. Na mój gust dożywocie murowane.
- Przykro mi, ale nie rozumiem.
- Tak? No to dupa jesteś, nie AI.
- Gdzie jest kapitan tej jednostki?! - krzyknął Picard dużo głośniej niż zamierzał. Poczuł, że jeśli będzie jeszcze kilka minut słuchał tej wymiany zdań, zwariuje.
- Ostatnio piekliła się na pokładzie trzecim. - poinformował go spokojnie technik transportu, zakładając palcem stronę w czytanej właśnie staroświeckiej książce - Nie radzę tam iść.
- Niby czemu?
- No pomyśl pan logicznie, o co nasza stara mogła się pieklić na trzecim pokładzie?
Blondynek najwyraźniej zignorował fakt, że kapitan Picard nie był zorientowany w szczegółach konstrukcyjnych niezwykłego statku, na którym się teraz znajdował.
- Nie mam pojęcia. - przyznał z rezygnacją.
- Tam są laboratoria. Lemowa i Waldek Poligon robili jakieś doświadczenia z merkaptanami i zasmrodzili cały pokład tak gruntownie, że wejść tam teraz nie można...
Smakowita opowieść została przerwana szczękiem rozsuwanych drzwi. Do przesyłowni wpadła mała dziewczynka, której spiczaste uszy wyraźnie zdradzały wolkańskie pochodzenie, i schowała się za konsolą. Tuż za nią do hali wbiegła dorosła Wolkanka w barwach sekcji medycznej.
- T'Allia, ile razy mówiłam że masz mnie słuchać! - krzyknęła rozkazująco, nie zwracając najmniejszej uwagi na przybyszy - Natychmiast tu chodź i nie myśl, że odpuszczę ci zjedzenie obiadu!
- Niechże jej pani nie straszy, pani doktor, to niewychowawcze. - zwrócił jej uwagę technik, wyciągając rozbawione dziecko spod konsoli i podając je kobiecie.
- Pilnuj pan własnego nosa.
- Ooo, śmieszne buźki! - pisnęła T'Allia, pokazując paluszkiem na Worfa i Datę. Urażony Klingon zrobił najokropniejszą minę, na jaką mógł się zdobyć, i zawarczał, ale mała odpowiedziała na to jedynie wybuchem głośnego chichotu. Wolkańska lekarka zmierzyła przybyszy wzrokiem, mruknęła głośno:
- Mógłby tu ktoś do cholery posprzątać.
Po czym wymaszerowała z córeczką na rękach.
- Doradco? - Picard spojrzał na Troi, która wyglądała tak, jakby siłą powstrzymywała się od śmiechu.
- Cóż, mogę tylko powiedzieć że trafiliśmy w mocno niekonwencjonalne miejsce - powiedziała - Wyczuwam tu jednak same pozytywne emocje. Chwilami może zbyt silne, ale w zasadzie pozytywne.
- Zdaje się, że przed chwilą ktoś chciał nas sprzątnąć. To według pani jest pozytywne?
Betazoidka uśmiechnęła się łagodnie i podeszła do drzwi.
- Myślę, kapitanie, że powinniśmy wreszcie spotkać się z dowódcą tego okrętu. Weszliśmy co prawda bez zaproszenia, ale zachowajmy jakieś resztki dobrego wychowania.
czwartek, 20 lutego 2014
LXVII.
Oj, nie miał kapitan Picard dobrego dnia. Ledwie rano wstał, już musiał zająć się ukaraniem Wesleya Crushera, który w nocy włamał się do ściśle tajnej części bazy danych i buszował tam jak u siebie. Potem musiał wysłuchać pretensji jego matki i ułagodzić ją jakoś, co nie było łatwym zadaniem. Beverly Crusher nie znała się na żartach, gdy szło o jej syna i nie znała wtedy też na regulaminie służbowym. Już samo to mogło zepsuć każdy na świecie dzień, a do tego doszły jeszcze nowe rozkazy z dowództwa Gwiezdnej Floty. Były one jasne i zrozumiałe, nie było w nich żadnej możliwości manewru. Enterprise został skierowany do systemu Gemini, gdzie trwało poważne napięcie między trzema głównymi planetami. Ich mieszkańcy od wieków byli ze sobą skłóceni i od czasu do czasu wojowali tak, że krew – w ich przypadku różowofioletowa – lała się strumieniami. Problem polegał na tym, że obrywało się wtedy mniejszym planetkom, żyjącym głównie z handlu i raczej pokojowym. Ich przedstawiciele poprosili Federację o pomoc, a ta, niewiele myśląc, desygnowała dowódcę Enterprise na rozjemcę. Oznaczało to że statek musi lecieć w bardzo odległe rejony kwadrantu Alfa i że zostanie tam zapewne bardzo długo.
– Nie miała baba kłopotu... – mruczał kapitan Picard do siebie, wypijając pospiesznie herbatę i usiłując jednocześnie zjeść tosta. Poparzył sobie usta, przygryzł język, a na dodatek stłukł filiżankę. Jak się nie wiedzie, to się nie wiedzie.
Spóźnił się na mostek całe cztery minuty. Wściekły na samego siebie wyszedł z turbowindy, mruknął słowa powitania i zamarł, spojrzawszy na główny ekran. Widniało na nim coś, co musiało być statkiem gwiezdnym, choć czegoś podobnego nie mógłby zobaczyć nawet w najdzikszych snach. Wyglądało to jak poskładana z niepasujących do siebie części zabawka, mająca w założeniu przedstawiać przestarzały NX. Statek był jednak dużo większy niż jakikolwiek pojazd z tej klasy, a na tej jego części, która miała być spodkiem, pysznił się krzywy napis „PSS HERMASZ”.
– Hermasz – kapitan opadł na swój fotel i przywołał jakieś bardzo mgliste wspomnienie – Słyszałem o tym statku. Podobno zaginął bez wieści ponad sto lat temu.
– Obserwujemy go od godziny – powiedział William Riker – Nie zdradza wrogich zamiarów, choć jest uzbrojony.
– Marnie uzbrojony – wtrącił się pogardliwie Worf – Stary typ armatek fazerowych i słabe torpedy fotonowe.
Kapitan spojrzał na Deannę Troi. Betazoidka siedziała bez ruchu na swoim miejscu, patrząc w ekran wielkimi, czarnymi jak węgiel oczami.
– Doradco?
– Nie wyczuwam zagrożenia, za to całą masę nierzadko sprzecznych emocji.
Picard przygryzł wargi. Przez chwilę medytował w milczeniu, potem zwrócił się do siedzącej przy konsoli łączności dziewczyny:
- Proszę wywołać ten statek.
Dziewczyna posłusznie nacisnęła odpowiednie guziki i ekran wypełnił obraz tak zabałaganionego mostka, że przyzwyczajony do sterylności swojej fregaty Picard uniósł mimo woli brwi. Przy sterach siedziała młodziutka dziewczyna, przy której nogach drzemał ogromny ogromny, bardzo kudłaty pies. Druga sterniczka miała jasnorude włosy, krzykliwy makijaż i najspokojniej piłowała swe długie paznokcie, na nic nie zwracając uwagi. Fotel dowodzenia stał pusty, natomiast za nim awanturowalo się trzech mężczyzn i bardzo drobna kobieta. Jeden z mężczyzn miał na ramieniu fretkę, drugi czarnego węża na szyi, a wszyscy byli ubrani w mundury przywodzące na myśl poprzednią epokę i wiedli jakiś krzykliwy spór.
– Przepraszam że przerywam państwa rozmowę – powiedział godnie Picard – Czy mogę prosić o uwagę?
- A idź pan się utop w sraczu! – krzyknęła mała kobietka, odwracając się gwałtownie do ekranu, po czym zamarła - O, my się chyba nie znamy. Z kim mam okoliczność?
Dowódca Enterprise zmierzył ją wzrokiem. Wyglądała niemal jak nastolatka, miała niewinną twarz gimnazjalistki i gruby, jasny warkocz zwinięty w duży kok. Z niemałym zaskoczeniem zauważył na jej rękawach dystynkcje kapitana – merytorycznie była więc mu równa.
– Jean Luc Picard, kapitan USS Enterprise. – przedstawił się machinalnie.
– Kapitan Enterprise? – zdziwiła się interlokutorka – Jak pan mówi, Jean Luc... Francuz, prawda? A co się stało z tym wesołkiem Kirkiem? Wyślizgał go pan? A fe, co to za maniery!
Picard z trudem opanował chęć, by podrapać się po głowie.
- James T. Kirk... chyba nie żyje... – wybąkał wreszcie.
– Co pan powie... Taki młody i nie żyje? – zmartwiła się dziewoja na ekranie – Co to było? Klingoni, jakiś wypadek?
– Zaraz, chwila! Pani chyba nie rozumie. Kapitan Kirk dowodził innym Enterprise i było to ponad sto lat temu!
– Co takiego?! To jakiś żart?!
– Stać mnie na lepsze żarty. Mamy XXV wiek.
Kapitan obcego statku poczerwieniała i sypnęła znienacka takimi wyrazami, że nawet Worf zaniemówił. Potem opadła na fotel dowodzenia i podparła brodę rękami.
– Załoga, radź co robić, ja wymiękam.
– Chwileczkę... – chciał się wtrącić Picard, ale przerwała mu:
- Panie Francuz, jadłeś już pan dzisiaj żabę?
Te słowa były tak nieoczekiwane i pozbawione wszelkiego sensu, że Picard zbaraniał i odpowiedział naiwnie:
- Jeszcze nie.
– To idź pan na ślimaki, a mnie zostaw w spokoju! – wydarła się kapitan Hermasza, grożąc mu pięścią – My tu teraz mamy tragedię narodowa i nie mam życzenia się z panem przekomarzać, jasne?! Inga, zerwij połączenie.
Platynowa blondynka ostrzyżona na pazia popstrykała przełącznikami na pulpicie, a że to nic nie dało, kopnęła w konsolę i ekran wreszcie zgasł. Kapitan Picard siedział dobrą chwilę z półotwartymi ustami, aż wreszcie zamknął je i spojrzał na swoich ludzi.
– Czy ktoś wie, co to właściwie było?
– Nie miała baba kłopotu... – mruczał kapitan Picard do siebie, wypijając pospiesznie herbatę i usiłując jednocześnie zjeść tosta. Poparzył sobie usta, przygryzł język, a na dodatek stłukł filiżankę. Jak się nie wiedzie, to się nie wiedzie.
Spóźnił się na mostek całe cztery minuty. Wściekły na samego siebie wyszedł z turbowindy, mruknął słowa powitania i zamarł, spojrzawszy na główny ekran. Widniało na nim coś, co musiało być statkiem gwiezdnym, choć czegoś podobnego nie mógłby zobaczyć nawet w najdzikszych snach. Wyglądało to jak poskładana z niepasujących do siebie części zabawka, mająca w założeniu przedstawiać przestarzały NX. Statek był jednak dużo większy niż jakikolwiek pojazd z tej klasy, a na tej jego części, która miała być spodkiem, pysznił się krzywy napis „PSS HERMASZ”.
– Hermasz – kapitan opadł na swój fotel i przywołał jakieś bardzo mgliste wspomnienie – Słyszałem o tym statku. Podobno zaginął bez wieści ponad sto lat temu.
– Obserwujemy go od godziny – powiedział William Riker – Nie zdradza wrogich zamiarów, choć jest uzbrojony.
– Marnie uzbrojony – wtrącił się pogardliwie Worf – Stary typ armatek fazerowych i słabe torpedy fotonowe.
Kapitan spojrzał na Deannę Troi. Betazoidka siedziała bez ruchu na swoim miejscu, patrząc w ekran wielkimi, czarnymi jak węgiel oczami.
– Doradco?
– Nie wyczuwam zagrożenia, za to całą masę nierzadko sprzecznych emocji.
Picard przygryzł wargi. Przez chwilę medytował w milczeniu, potem zwrócił się do siedzącej przy konsoli łączności dziewczyny:
- Proszę wywołać ten statek.
Dziewczyna posłusznie nacisnęła odpowiednie guziki i ekran wypełnił obraz tak zabałaganionego mostka, że przyzwyczajony do sterylności swojej fregaty Picard uniósł mimo woli brwi. Przy sterach siedziała młodziutka dziewczyna, przy której nogach drzemał ogromny ogromny, bardzo kudłaty pies. Druga sterniczka miała jasnorude włosy, krzykliwy makijaż i najspokojniej piłowała swe długie paznokcie, na nic nie zwracając uwagi. Fotel dowodzenia stał pusty, natomiast za nim awanturowalo się trzech mężczyzn i bardzo drobna kobieta. Jeden z mężczyzn miał na ramieniu fretkę, drugi czarnego węża na szyi, a wszyscy byli ubrani w mundury przywodzące na myśl poprzednią epokę i wiedli jakiś krzykliwy spór.
– Przepraszam że przerywam państwa rozmowę – powiedział godnie Picard – Czy mogę prosić o uwagę?
- A idź pan się utop w sraczu! – krzyknęła mała kobietka, odwracając się gwałtownie do ekranu, po czym zamarła - O, my się chyba nie znamy. Z kim mam okoliczność?
Dowódca Enterprise zmierzył ją wzrokiem. Wyglądała niemal jak nastolatka, miała niewinną twarz gimnazjalistki i gruby, jasny warkocz zwinięty w duży kok. Z niemałym zaskoczeniem zauważył na jej rękawach dystynkcje kapitana – merytorycznie była więc mu równa.
– Jean Luc Picard, kapitan USS Enterprise. – przedstawił się machinalnie.
– Kapitan Enterprise? – zdziwiła się interlokutorka – Jak pan mówi, Jean Luc... Francuz, prawda? A co się stało z tym wesołkiem Kirkiem? Wyślizgał go pan? A fe, co to za maniery!
Picard z trudem opanował chęć, by podrapać się po głowie.
- James T. Kirk... chyba nie żyje... – wybąkał wreszcie.
– Co pan powie... Taki młody i nie żyje? – zmartwiła się dziewoja na ekranie – Co to było? Klingoni, jakiś wypadek?
– Zaraz, chwila! Pani chyba nie rozumie. Kapitan Kirk dowodził innym Enterprise i było to ponad sto lat temu!
– Co takiego?! To jakiś żart?!
– Stać mnie na lepsze żarty. Mamy XXV wiek.
Kapitan obcego statku poczerwieniała i sypnęła znienacka takimi wyrazami, że nawet Worf zaniemówił. Potem opadła na fotel dowodzenia i podparła brodę rękami.
– Załoga, radź co robić, ja wymiękam.
– Chwileczkę... – chciał się wtrącić Picard, ale przerwała mu:
- Panie Francuz, jadłeś już pan dzisiaj żabę?
Te słowa były tak nieoczekiwane i pozbawione wszelkiego sensu, że Picard zbaraniał i odpowiedział naiwnie:
- Jeszcze nie.
– To idź pan na ślimaki, a mnie zostaw w spokoju! – wydarła się kapitan Hermasza, grożąc mu pięścią – My tu teraz mamy tragedię narodowa i nie mam życzenia się z panem przekomarzać, jasne?! Inga, zerwij połączenie.
Platynowa blondynka ostrzyżona na pazia popstrykała przełącznikami na pulpicie, a że to nic nie dało, kopnęła w konsolę i ekran wreszcie zgasł. Kapitan Picard siedział dobrą chwilę z półotwartymi ustami, aż wreszcie zamknął je i spojrzał na swoich ludzi.
– Czy ktoś wie, co to właściwie było?
piątek, 7 lutego 2014
LXVI.
Zapadła cisza, w której nie było słychać nawet poszumu wiatru. Już wyglądało na to, że żadne wrzaski kapitan Zakrzewskiej nie odniosą rezultatu, gdy nagle odezwał się jeden z mężczyzn, usadowiony wygodnie w bujanym fotelu przed drewnianym domkiem.
- Mamy cię ponownie ukarać? - zapytał - Znowu złamałeś ustalenia naszej społeczności. Jesteś niepoprawny.
- Nie złamałem ustaleń, jedynie je obszedłem.- burknął Q, ale jego głos nagle zrobił się jakoś mniej pewny. Towarzysząca mu kobieta popatrzyła na Janeway z obrzydzeniem i dodała:
- I to także niepotrzebnie. Nie mogę pojąć, co cię obchodzi ta marna istota.
- Kobieto, puchu marny, ty wietrzna istoto
Urody twojej zazdroszczą anieli... - zarecytował półgłosem Michałow.
- O, dziękuję bardzo. - Kathryn spojrzała na niego wdzięcznie, mile połechtana.
- To nie ja, to Mickiewicz. - uświadomił ją bezlitośnie inżynier.
- Nie słyszałam o facecie. A on z Gwiezdnej Floty?
Michałow chciał odpowiedzieć, ale kapitan Zarzewska zebrała się w sobie i huknęła go pięścią w kark, aż przysiadł, choć był chłop nie ułomek.
- To nie wieczorek poetycki! Panie R'Cer, może niech pana pogada z tymi... że tak powiem, bo ja zaraz tu sprokuruję konflikt dyplomatyczny!
Zachęcony w ten sposób Wolkanin miał szczery zamiar posłuchać rozkazu, ale mężczyzna z fotela powstrzymał go, unosząc dłoń.
- Natychmiast odeślij tych ludzi - zażądał, zwracając się do swego pobratymca - Potem porozmawiamy o twej własnej przyszłości.
- Zaraz, mamy kilka pytań... - wyrwała się kapitan Zakrzewska, ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Q pstryknął niedbale palcami i to wystarczyło.
Kapitan Janeway stwierdziła, gdy minął jej zawrót głowy, że razem z Tuvokiem znajduje się na mostku swojego własnego statku. Tuvok siedział na podłodze, pani kapitan też siedziała, tyle że na kolanach Chakotaya, zajmującego miejsce w fotelu dowodzenia i bardzo w tym momencie speszonego.
- Masz ci los - westchnęła - A gdzie tamci?
- Nie mam pojęcia - odpowiedział jej pierwszy oficer z zakłopotaniem - Proszę wybaczyć mi śmiałość, ale znaleźliśmy się chyba w dwuznacznej pozycji...
Janeway spojrzała na niego, a potem na Wolkanina, który nadal siedział na podłodze, jakby namyślał się czy ma wstać czy czekać na rozwój sytuacji.
- Chore poczucie humoru Q - stwierdziła - Panie Tuvok, proszę wstać i udać się na swój odcinek do zadań.
- Niewykonalne - odparł spokojnie szef ochrony - Impet przesyłu połamał mi kończyny dolne tudzież górne.
- Pan żartuje, prawda?
Niestety nie były to żarty. Wyglądało na to, że niezadowolenie Q skrupiło się na najniewinniejszej osobie z obu ekip. Kapitan Janeway wstała wreszcie z kolan Chakotaya (ku jego cichemu żalowi) i wezwała na mostek Doktora. Ten, zbadawszy pobieżnie Tuvoka, potwierdził jego domysły.
- Zaraz to naprawimy - dodał pocieszająco - A gdzie tamci? Była u mnie pani B'Elanna i pytała, gdzie ich główny inżynier. Nie wiedziałem co odpowiedzieć.
- Po co on jej?
- Chciała, jak mi się zdawało, pozbawić go wszystkich zębów oraz paru innych, dość istotnych części ciała.
- Ach, to pewnie za rozróbkę w maszynowni - domyśliła się Janeway - Zdaje się, że była tu jeszcze ta Klingonka i Pierwszy z Hermasza. Co z nimi?
- Oboje znikli w momencie, gdy zjawiła się pani i pan Tuvok - odparł Tom Paris - Są teraz na swoim statku, albo diabli wiedzą gdzie.
- Miejmy nadzieję, że jednak na statku...
Kathryn pokręciła głową z niepokojem. Zbyt dobrze znała Q, by uwierzyć w jego dobrą wolę i w to, że dotrzyma on raz danego słowa bez żadnych "haczyków'. Tyle tylko, że nie miala już sposobu by sprawdzić, na ile popisał się tym razem. I nigdy nie udało się jej tego ustalić.
Tymczasem na pokładzie Hermasza kapitan Zakrzewska wściekała się jak mało kiedy. Q wyciął jej wyjątkowo paskudnego figla, odesłał ją bowiem na statek w kostiumie biblijnej Ewy, co spowodowało wybuch szalonej wesołości ze strony Michałowa oraz reszty męskiej części załogi. Wyjątek stanowili R'Cer, który nie widział w tym nic osobliwego, oraz ojciec Maślak. Ten ostatni próbował osłonić jakoś ponętne wdzięki pani kapitan swym ornatem, ale wskutek pośpiechu zaplątał się w niego tak, że nijak nie mógł sobie dać rady. Sytuację uratował Krzysztof Majcher, który wręczył Liliannie bluzę mundurową zdjętą z własnego grzbietu - a że był facetem dość zwalistym, okryła ona panią kapitan od szyi niemal do kolan. Choć było to raczej niekompletne odzienie, od razu odzyskała animusz i pewność siebie.
- Spokój! - zawołała, podwijając wymownym ruchem rękawy - Fajno było, ale się skończyło. Jak ktoś się zacznie znowu śmiać, ten dostanie w ryj! Jasiek, coś tak gębę otworzył, jazda do mojej kabiny po zapasowy mundur! A wy do roboty, nygusy, żeby mi tu nikt nie margał! Już ja wam pokażę!
- Już widzieliśmy.- odpowiedział jej chór męskich głosów, ale na napomnienie R'Cera, że kapitan nawet rozebrany do rosołu pozostaje kapitanem załoga rozbiegła się do swoich zadań.
- Nareszcie trochę normalności - westchnęła Lilianna - Ojcze Tadeuszu, pozwoli ojciec, że pomogę, bo się ojciec prawidłowo udusi... I chodźmy na mostek, przekonamy się, czy ten Qtasik dotrzymał słowa.
- Śmiem wątpić.- powiedział Michałow. Najbliższa przyszłość miała wykazać, że przynajmniej częściowo były to słowa prorocze.
- Mamy cię ponownie ukarać? - zapytał - Znowu złamałeś ustalenia naszej społeczności. Jesteś niepoprawny.
- Nie złamałem ustaleń, jedynie je obszedłem.- burknął Q, ale jego głos nagle zrobił się jakoś mniej pewny. Towarzysząca mu kobieta popatrzyła na Janeway z obrzydzeniem i dodała:
- I to także niepotrzebnie. Nie mogę pojąć, co cię obchodzi ta marna istota.
- Kobieto, puchu marny, ty wietrzna istoto
Urody twojej zazdroszczą anieli... - zarecytował półgłosem Michałow.
- O, dziękuję bardzo. - Kathryn spojrzała na niego wdzięcznie, mile połechtana.
- To nie ja, to Mickiewicz. - uświadomił ją bezlitośnie inżynier.
- Nie słyszałam o facecie. A on z Gwiezdnej Floty?
Michałow chciał odpowiedzieć, ale kapitan Zarzewska zebrała się w sobie i huknęła go pięścią w kark, aż przysiadł, choć był chłop nie ułomek.
- To nie wieczorek poetycki! Panie R'Cer, może niech pana pogada z tymi... że tak powiem, bo ja zaraz tu sprokuruję konflikt dyplomatyczny!
Zachęcony w ten sposób Wolkanin miał szczery zamiar posłuchać rozkazu, ale mężczyzna z fotela powstrzymał go, unosząc dłoń.
- Natychmiast odeślij tych ludzi - zażądał, zwracając się do swego pobratymca - Potem porozmawiamy o twej własnej przyszłości.
- Zaraz, mamy kilka pytań... - wyrwała się kapitan Zakrzewska, ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Q pstryknął niedbale palcami i to wystarczyło.
Kapitan Janeway stwierdziła, gdy minął jej zawrót głowy, że razem z Tuvokiem znajduje się na mostku swojego własnego statku. Tuvok siedział na podłodze, pani kapitan też siedziała, tyle że na kolanach Chakotaya, zajmującego miejsce w fotelu dowodzenia i bardzo w tym momencie speszonego.
- Masz ci los - westchnęła - A gdzie tamci?
- Nie mam pojęcia - odpowiedział jej pierwszy oficer z zakłopotaniem - Proszę wybaczyć mi śmiałość, ale znaleźliśmy się chyba w dwuznacznej pozycji...
Janeway spojrzała na niego, a potem na Wolkanina, który nadal siedział na podłodze, jakby namyślał się czy ma wstać czy czekać na rozwój sytuacji.
- Chore poczucie humoru Q - stwierdziła - Panie Tuvok, proszę wstać i udać się na swój odcinek do zadań.
- Niewykonalne - odparł spokojnie szef ochrony - Impet przesyłu połamał mi kończyny dolne tudzież górne.
- Pan żartuje, prawda?
Niestety nie były to żarty. Wyglądało na to, że niezadowolenie Q skrupiło się na najniewinniejszej osobie z obu ekip. Kapitan Janeway wstała wreszcie z kolan Chakotaya (ku jego cichemu żalowi) i wezwała na mostek Doktora. Ten, zbadawszy pobieżnie Tuvoka, potwierdził jego domysły.
- Zaraz to naprawimy - dodał pocieszająco - A gdzie tamci? Była u mnie pani B'Elanna i pytała, gdzie ich główny inżynier. Nie wiedziałem co odpowiedzieć.
- Po co on jej?
- Chciała, jak mi się zdawało, pozbawić go wszystkich zębów oraz paru innych, dość istotnych części ciała.
- Ach, to pewnie za rozróbkę w maszynowni - domyśliła się Janeway - Zdaje się, że była tu jeszcze ta Klingonka i Pierwszy z Hermasza. Co z nimi?
- Oboje znikli w momencie, gdy zjawiła się pani i pan Tuvok - odparł Tom Paris - Są teraz na swoim statku, albo diabli wiedzą gdzie.
- Miejmy nadzieję, że jednak na statku...
Kathryn pokręciła głową z niepokojem. Zbyt dobrze znała Q, by uwierzyć w jego dobrą wolę i w to, że dotrzyma on raz danego słowa bez żadnych "haczyków'. Tyle tylko, że nie miala już sposobu by sprawdzić, na ile popisał się tym razem. I nigdy nie udało się jej tego ustalić.
Tymczasem na pokładzie Hermasza kapitan Zakrzewska wściekała się jak mało kiedy. Q wyciął jej wyjątkowo paskudnego figla, odesłał ją bowiem na statek w kostiumie biblijnej Ewy, co spowodowało wybuch szalonej wesołości ze strony Michałowa oraz reszty męskiej części załogi. Wyjątek stanowili R'Cer, który nie widział w tym nic osobliwego, oraz ojciec Maślak. Ten ostatni próbował osłonić jakoś ponętne wdzięki pani kapitan swym ornatem, ale wskutek pośpiechu zaplątał się w niego tak, że nijak nie mógł sobie dać rady. Sytuację uratował Krzysztof Majcher, który wręczył Liliannie bluzę mundurową zdjętą z własnego grzbietu - a że był facetem dość zwalistym, okryła ona panią kapitan od szyi niemal do kolan. Choć było to raczej niekompletne odzienie, od razu odzyskała animusz i pewność siebie.
- Spokój! - zawołała, podwijając wymownym ruchem rękawy - Fajno było, ale się skończyło. Jak ktoś się zacznie znowu śmiać, ten dostanie w ryj! Jasiek, coś tak gębę otworzył, jazda do mojej kabiny po zapasowy mundur! A wy do roboty, nygusy, żeby mi tu nikt nie margał! Już ja wam pokażę!
- Już widzieliśmy.- odpowiedział jej chór męskich głosów, ale na napomnienie R'Cera, że kapitan nawet rozebrany do rosołu pozostaje kapitanem załoga rozbiegła się do swoich zadań.
- Nareszcie trochę normalności - westchnęła Lilianna - Ojcze Tadeuszu, pozwoli ojciec, że pomogę, bo się ojciec prawidłowo udusi... I chodźmy na mostek, przekonamy się, czy ten Qtasik dotrzymał słowa.
- Śmiem wątpić.- powiedział Michałow. Najbliższa przyszłość miała wykazać, że przynajmniej częściowo były to słowa prorocze.
środa, 15 stycznia 2014
LXV
Zamieszanie pod drzwiami przesyłowni zabrało trochę czasu,toteż po wejściu do środka całe towarzystwo ujrzało R'Cera i Michałowa, już obecnych na platformie transportera. Ściśle mówiąc, to stał tam Michałow, zaś Wolkanin właściwie leżał, a raczej by leżał, gdyby główny inżynier nie trzymał go za kołnierz munduru, był bowiem nieprzytomny. Tak więc można powiedzieć, że znajdował się w stanie pełnego zwiotczenia, z czego Michałow był wyraźnie zadowolony.Technik Lalewicz, który sadowił się właśnie z powrotem na swym krześle z książką, zdawał się nie widzieć w tym żywym obrazie nic niezwykłego.
- Co pan zrobił R'Cerowi? - zawołała z oburzeniem doktor T'Shan.
- Faktycznie, możebyś się tak wytłumaczył.- poparła ją kapitan Zakrzewska.
- Tata robi "zdechł pies"! - pisnęła radośnie T'Allia, wiercąc się na rękach matki.
- Co tu się tłumaczyć? - inżynier zszedł z platformy, ciągnąc za sobą bezwładnego R'Cera niczym worek kartofli - Chciał mnie obezwładnić po wolkańsku, to przygrzałem mu z fazera. Po polsku.
- Po polsku to by beło ciupaskom. - wtrącił się Jasiek Gąsienica. Michałow wzruszył ramionami.
- Nie miałem pod ręką.
R'Cer poruszył się i usiadł. Musiał być jeszcze całkiem zamroczony, bo ku zażenowaniu Tuvoka pierwsze zdanie, które wypowiedział, w całości nadawało się do protokołu za publiczną obrazę moralności.
- Ciekawe, czy to miał być oficjalny raport? - mruknęła kapitan Zakrzewska, przyglądając się komandorowi z zainteresowaniem.
- Wyrazy! Tata mówi wyrazy! - zawołała z uciechą T'Allia, klaszcząc w dłonie. Wyrwała się T'Shan i z przenikliwym piskiem pobiegła do ojca. Dopiero jej widok przywrócił Wolkaninowi jaką taką jasność umysłu. Popatrzył na Michałowa, potem na całe zgromadzenie i pozbierał się z podlogi. choć zdrętwiałe członki odmawiały mu posłuszeństwa.
- Zostałem podstępnie zaatakowany podczas pełnienia obowiązków służbowych. - oświadczył godnie.
- Skarżypyta bez kopyta.- odciął mu się Michałow. Wziął na ręce Vuvu, który obskakiwał go z nieprzytomną radością i ucałował w sam pyszczek.
- Przynajmniej on jeden cieszy się na mój widok.
- Nie gadaj pan głupstw. Co panu do głowy strzeliło?
- Nie mnie, tylko Grześkowi, a właściwie Sytarowi - wyjaśnił inżynier i nie wiedzieć czemu spojrzał z odrazą na Tuvoka - Tak że oficjalną skargę proszę pisać na Vulcan. Spytałbym cię o pozwolenie...pardon! to jest, poprosiłbym o oficjalną autoryzację, pani kapitan, ale cholera czasu nie było. Zostało nam kilka sekund, by przeniknąć do kontinuum Q.
- Gdzie?!
- No, jak nie wiem co to konkretnie jest, ale brzmiało obiecująco, sama pani przyzna.
Fakt, że Michałow przeszedł na bardziej regulaminowy ton, był dla Lilianny teraz daleko mniej ważny niż meritum jego wypowiedzi. Co prawda zdążyła już poznać Q, a nawet nawiązać z nim bardziej bezpośredni kontakt (za pomocą walnięcia w pysk), ale nie miała pojęcia, czym może być to jego "kontinuum". Spojrzała bezradnie na kapitan Janeway. Ta podchwyciła jej spojrzenie i powiedziała litościwie:
- Kontinuum Q to sfera zamieszkała przez istoty z gatunku Q. Nie jest to próżnia, tylko rodzaj środowiska biologicznego, innego niż nasze, ale my też możemy w nim przeżyć. Jeśli chcesz, możesz spróbować z nimi pogadać, ale nie radziłabym ci obiecywać sobie po tym zbyt wiele. One na ogół zwracają na ludzi akurat tyle uwagi, ile my na komary.
- Aha. No to może niech przyjmą do wiadomości, że ja też umiem uciąć do krwi.
Lilianna podeszła do konsoli transportera i przyjrzała się odczytom pola zewnętrznego. Były one niejednoznaczne do tego stopnia, że miniaturowy ekran pokrywała plątanina kresek i kropek, za pomocą których komputer usiłował złożyć spójny obraz.
- Kropka, kropka, kryska, kryska, fotografia twego pyska - mruknęła z niezadowoleniem - Lalunia, czy z tego da się wyemitować wiadomość głosową na zewnątrz?
- Niebieska dźwignia na pozycję trzy. - odpowiedział lakonicznie technik, nie odrywając oczu od książki, którą cały czas czytał nie zwracając uwagi na to, co działo się w przesyłowni.
Kapitan Zakrzewska przesunęła więc niebieską dźwignię, po czym nachyliła się do siatki mikrofonu i powiedziała dobitnie:
- Ej, wy Qźwy, czy jak tam was zwać, żądam wysłuchania skargi na waszego cholerę wartego pobratymca.
- Może grzeczniej, moja córko, poobrażasz ich.- rzekł niepewnie ojciec Maślak, ale kapitan Janeway zapewniła go natychmiast, że w przypadku istot Q jest absolutnie bez znaczenia, co się mówi i jakich słów się używa. Widać było, że ksiądz czuje się bardzo niepewnie na myśl o jakichś wszechmogących i nie ma pojęcia, jak traktować ich istnienie.
Tymczasem zuchwała deklaracja kapitan Zakrzewskiej odniosła całkiem niespodziewany skutek - zgromadzeni w przesyłowni odnieśli wrażenie, że coś nimi zakręciło i znaleźli się nagle w miejscu, które najbardziej przypominało osiedle na gołej prerii. Przed stylowymi domkami siedzieli mężczyźni i kobiety, na oko w jednym wieku, pogrążeni w jakiejś osobliwej katatonii.
- Ło kurdelebele - jęknął ze współczuciem Jasiek Gąsienica - A tem co, bidockom?
- Nic - poinformowała go Janeway - Ich po prostu nic nie obchodzi. Nie mają potrzeb, nie mają pragnień.
Jeszcze nie skończyła mówić, gdy przed przybyszami pojawił sie znany im już mężczyzna. Nie był sam. Towarzyszyła mu niebrzydka kobieta o włosach spiętych na czubku głowy w mały kok i wyglądający na kilkulatka chłopczyk.
- Dziecko?! - zdziwiła się Lilianna, wytrzeszczając oczy na malucha.
- To mój syn. - rzekł ozięble Q.
- Ja pierdzielę, to się rozmnaża...! - wrzasnął Michałow, uderzając się dłońmi o uda. Kapitan machnęła na niego ręką i zwróciła się do Q:
- No i, panie tego? Coś nam pan chyba obiecał.
- A nawet jeżeli, to co?
Bezczelny ton Q zdenerwował Liliannę do tego stopnia, że wpadła z zimną furię. Przez chwilę chciała zareagować ręcznmie, ale powstrzymała ją myśl, ze tym razem Q pewnie będzie przygotowany na taką ewentualność. Rozejrzała się zatem i zawołała głośno:
- Ej wy, śpiące królewny w dziuplę kopane, czy to coś jest wasze?! Bo jeśli tak to przypilnujcie by słowa dotrzymywało!
- Co pan zrobił R'Cerowi? - zawołała z oburzeniem doktor T'Shan.
- Faktycznie, możebyś się tak wytłumaczył.- poparła ją kapitan Zakrzewska.
- Tata robi "zdechł pies"! - pisnęła radośnie T'Allia, wiercąc się na rękach matki.
- Co tu się tłumaczyć? - inżynier zszedł z platformy, ciągnąc za sobą bezwładnego R'Cera niczym worek kartofli - Chciał mnie obezwładnić po wolkańsku, to przygrzałem mu z fazera. Po polsku.
- Po polsku to by beło ciupaskom. - wtrącił się Jasiek Gąsienica. Michałow wzruszył ramionami.
- Nie miałem pod ręką.
R'Cer poruszył się i usiadł. Musiał być jeszcze całkiem zamroczony, bo ku zażenowaniu Tuvoka pierwsze zdanie, które wypowiedział, w całości nadawało się do protokołu za publiczną obrazę moralności.
- Ciekawe, czy to miał być oficjalny raport? - mruknęła kapitan Zakrzewska, przyglądając się komandorowi z zainteresowaniem.
- Wyrazy! Tata mówi wyrazy! - zawołała z uciechą T'Allia, klaszcząc w dłonie. Wyrwała się T'Shan i z przenikliwym piskiem pobiegła do ojca. Dopiero jej widok przywrócił Wolkaninowi jaką taką jasność umysłu. Popatrzył na Michałowa, potem na całe zgromadzenie i pozbierał się z podlogi. choć zdrętwiałe członki odmawiały mu posłuszeństwa.
- Zostałem podstępnie zaatakowany podczas pełnienia obowiązków służbowych. - oświadczył godnie.
- Skarżypyta bez kopyta.- odciął mu się Michałow. Wziął na ręce Vuvu, który obskakiwał go z nieprzytomną radością i ucałował w sam pyszczek.
- Przynajmniej on jeden cieszy się na mój widok.
- Nie gadaj pan głupstw. Co panu do głowy strzeliło?
- Nie mnie, tylko Grześkowi, a właściwie Sytarowi - wyjaśnił inżynier i nie wiedzieć czemu spojrzał z odrazą na Tuvoka - Tak że oficjalną skargę proszę pisać na Vulcan. Spytałbym cię o pozwolenie...pardon! to jest, poprosiłbym o oficjalną autoryzację, pani kapitan, ale cholera czasu nie było. Zostało nam kilka sekund, by przeniknąć do kontinuum Q.
- Gdzie?!
- No, jak nie wiem co to konkretnie jest, ale brzmiało obiecująco, sama pani przyzna.
Fakt, że Michałow przeszedł na bardziej regulaminowy ton, był dla Lilianny teraz daleko mniej ważny niż meritum jego wypowiedzi. Co prawda zdążyła już poznać Q, a nawet nawiązać z nim bardziej bezpośredni kontakt (za pomocą walnięcia w pysk), ale nie miała pojęcia, czym może być to jego "kontinuum". Spojrzała bezradnie na kapitan Janeway. Ta podchwyciła jej spojrzenie i powiedziała litościwie:
- Kontinuum Q to sfera zamieszkała przez istoty z gatunku Q. Nie jest to próżnia, tylko rodzaj środowiska biologicznego, innego niż nasze, ale my też możemy w nim przeżyć. Jeśli chcesz, możesz spróbować z nimi pogadać, ale nie radziłabym ci obiecywać sobie po tym zbyt wiele. One na ogół zwracają na ludzi akurat tyle uwagi, ile my na komary.
- Aha. No to może niech przyjmą do wiadomości, że ja też umiem uciąć do krwi.
Lilianna podeszła do konsoli transportera i przyjrzała się odczytom pola zewnętrznego. Były one niejednoznaczne do tego stopnia, że miniaturowy ekran pokrywała plątanina kresek i kropek, za pomocą których komputer usiłował złożyć spójny obraz.
- Kropka, kropka, kryska, kryska, fotografia twego pyska - mruknęła z niezadowoleniem - Lalunia, czy z tego da się wyemitować wiadomość głosową na zewnątrz?
- Niebieska dźwignia na pozycję trzy. - odpowiedział lakonicznie technik, nie odrywając oczu od książki, którą cały czas czytał nie zwracając uwagi na to, co działo się w przesyłowni.
Kapitan Zakrzewska przesunęła więc niebieską dźwignię, po czym nachyliła się do siatki mikrofonu i powiedziała dobitnie:
- Ej, wy Qźwy, czy jak tam was zwać, żądam wysłuchania skargi na waszego cholerę wartego pobratymca.
- Może grzeczniej, moja córko, poobrażasz ich.- rzekł niepewnie ojciec Maślak, ale kapitan Janeway zapewniła go natychmiast, że w przypadku istot Q jest absolutnie bez znaczenia, co się mówi i jakich słów się używa. Widać było, że ksiądz czuje się bardzo niepewnie na myśl o jakichś wszechmogących i nie ma pojęcia, jak traktować ich istnienie.
Tymczasem zuchwała deklaracja kapitan Zakrzewskiej odniosła całkiem niespodziewany skutek - zgromadzeni w przesyłowni odnieśli wrażenie, że coś nimi zakręciło i znaleźli się nagle w miejscu, które najbardziej przypominało osiedle na gołej prerii. Przed stylowymi domkami siedzieli mężczyźni i kobiety, na oko w jednym wieku, pogrążeni w jakiejś osobliwej katatonii.
- Ło kurdelebele - jęknął ze współczuciem Jasiek Gąsienica - A tem co, bidockom?
- Nic - poinformowała go Janeway - Ich po prostu nic nie obchodzi. Nie mają potrzeb, nie mają pragnień.
Jeszcze nie skończyła mówić, gdy przed przybyszami pojawił sie znany im już mężczyzna. Nie był sam. Towarzyszyła mu niebrzydka kobieta o włosach spiętych na czubku głowy w mały kok i wyglądający na kilkulatka chłopczyk.
- Dziecko?! - zdziwiła się Lilianna, wytrzeszczając oczy na malucha.
- To mój syn. - rzekł ozięble Q.
- Ja pierdzielę, to się rozmnaża...! - wrzasnął Michałow, uderzając się dłońmi o uda. Kapitan machnęła na niego ręką i zwróciła się do Q:
- No i, panie tego? Coś nam pan chyba obiecał.
- A nawet jeżeli, to co?
Bezczelny ton Q zdenerwował Liliannę do tego stopnia, że wpadła z zimną furię. Przez chwilę chciała zareagować ręcznmie, ale powstrzymała ją myśl, ze tym razem Q pewnie będzie przygotowany na taką ewentualność. Rozejrzała się zatem i zawołała głośno:
- Ej wy, śpiące królewny w dziuplę kopane, czy to coś jest wasze?! Bo jeśli tak to przypilnujcie by słowa dotrzymywało!
środa, 8 stycznia 2014
LXIV
- Lecimy w kosmos roziskrzony
Komety łapiąc za ogony...
Lecimy, nudzimy się... - zacytował melancholijnie sternik Czerep. Kapitan Zakrzewska nie zwróciła na niego uwagi.
- A co to znowu za dywagacje?! - wrzasnęła, całkiem wyprowadzona z równowagi - Patrzcie go, cwaniaka, rady będzie mnie dawał! Trzymajcie mnie, bo zrobię mu krzywdę!
Ponieważ nikt nie pokwapił się jakoś, by iść za tą sugestią, odtrąciła Ingę od konsoli i przełączyła kanał na ambulatorium, gdzie R'Cer najspokojniej w świecie rozmawiał sobie z AHM. Zdawało się, że w ferworze dyskusji zupełnie nie zauważyli,. co działo się z oboma statkami.
- Komandorze R'Cer! - ryknęła kapitan do mikrofonu, aż Wolkanin drgnął.
- Słucham, pani kapitan.
- W tej chwili uda się pan do maszynowni i aresztuje Karola Michałowa pod zarzutem niesubordynacji i dywersji!
- Ja mogę go aresztować - oświadczył R'Cer z dostojeństwem - Ale co to da, skoro zaraz każe go pani wypuścić?
Kathryn Janeway potrząsnęła głową z desperacją.
- Ładne rzeczy - mruknęła, a na głos spytała - Naprawdę każesz go wypuścić?
- Od razu to na pewno nie, niech pokibluje parę dni! - parsknęła wojowniczo Lilianna, a potem oklapła, machnęła ręką i dodała - Rzecz w tym że niewiele więcej mogę mu zrobić. Tylko on zna wszystkie tajniki naszej maszynowni i bez niego leżymy jak neptki. Mogłabym go najwyżej zdegradować, ale i to niemożliwe.
- Dlaczego?
- Bo ten skurczybyk w ogóle nie jest zmobilizowany. Ma rangę porucznika, ale tylko grzecznościową, bo w papierach figuruje jako cywil. Nawet nie powąchał drań Akademii.
- No to rzeczywiście masz kłopot.
W głosie Janeway brzmiało chłodne współczucie. Stojący za jej plecami Tuvok rozsądnie milczał, choć na myśl przychodziły mu słowa zgoła pozbawione szacunku dla dowódcy, mającego TAKĄ załogę. I pewnie wytrwałby w swym postanowieniu, żeby się do niczego nie wtrącać, gdyby nie uczuł się znienacka pociągniętym za nogawkę munduru. Spojrzawszy w dół ujrzał małą Wolkaneczkę, którą widział przedtem przez wideołącze. Patrzyła na niego z dołu, a jej oczka wyrażały na przemian ciekawość i niezrozumiałą dezaprobatę. Przez chwilę patrzyli na siebie, jakby grali w "kto pierwszy mrugnie".
- Gdzie tata? - spytała wreszcie dziewczynka.
- Nikt cię nie uczył, by nie przeszkadzać dorosłym? - Tuvok uznał, że to dobry moment, by przekazać małej rodaczce którąś z zasad wolkańskiego dobrego wychowania. Okazało się jednak, że trafił kulą w płot, bo dziewczyneczka zostawiła wprawdzie w spokoju jego spodnie, ale za to rozdziawiła szeroko buzię i zawyła na cały głos niczym syrena strażacka:
- CHCIĘ DO TATYYYY!
Tuvok stracił na moment pewność siebie, nie mógł bowiem przypomnieć sobie by kiedykolwiek widział wolkańskie dziecko, tak się zachowujące, zaś kapitan Zakrzewska, najwyraźniej przyzwyczajona najwyraźniej do tego rodzaju ryków, nawet nie przerwała wyjaśniania Janeway, jak pojawił się na jej statku taki okaz jak Karol Michałow. Ojciec Tadeusz, westchnąwszy ciężko, przestał czyścić swój zbeszczeszczony ornat i wziął wrzeszczącą dziewczynkę na ręce.
- No cicho, aniołku, cicho - powiedział - Popatrz, tatuś jest tam, na drugim statku i zaraz tu wróci. Synu, dzieci też musi pan straszyć?
Ta ostatnia uwaga była oczywiście skierowana do Tuvoka, który tym razem nie wytrzymał i wypalił:
- Jak można wychowywać dziecko bez żadnej dyscypliny?
- Gdzieś tu mamy dyscyplinę, a raczej to Majcher ma w swoich zbiorach - wtrącił się sternik Czerep - Taką z rzemieni, na koziej nóżce. Przynieść? Może pożyczy jak go grzecznie poprosić.
- Dzidzia nie chcie aty-aty... - zapiszczała płaczliwie Wolkaneczka, obejmując księdza za szyję.
- Też pomysł. Panie Tuvok, jak pan nie ma nic mądrego do powiedzenia, niech się pan lepiej nie odzywa, a pan, panie Czerep, niech pilnuje sterów - kapitan poklepała dziewczynkę po plecach, zabrała ją ojcu Maślakowi i oddała T'Shan, która zjawiła się właśnie na mostku w poszukiwaniu córki - Panie R'Cer, proszę jednak z łaski swojej udać się do maszynowni i dostarczyć mi tego łobuza Michałowa. Już ja sobie z nim pogadam.
- Skoro tak brzmi rozkaz... - R'Cer nie dokończył i wyszedł z ambulatorium.
- Da sobie radę? - spytała z powątpiewaniem Inga Lausch, która dobrze znała głównego inżyniera Hermasza. Popatrzyła przy tym pytająco na kapitan Zakrzewską, która wzruszyła w odpowiedzi ramionami.
- Nie wiem. Chodźmy do hali transportu, zaraz będziemy wiedzieć na czym stoimy.
Na to zaproszenie zareagowała nie tylko kapitan Janeway i Tuvok, do których w końcu było ono skierowane, ale wziął je do siebie ksiądz, doktor T'Shan, Inga, Jędrzej Karpiel oraz Misiek. Ten to malowniczy orszak przemaszerował przez główny hall aż do drzwi ozdobionych napisem "Hala transportu imienia Ferdynanda Kiepskiego". Zastali tam bardzo zaaferowanego Jaśka Gąsienicę, który zdążył już zdjąć komżę, za to w objęciach trzymał skowyczącego Vuvu. Mały vole jakimś sposobem wyczuł, że jego pan jest w opałach i za wszelką cenę usiłował wleźć do przesyłowni, w czym przeszkodził mu dzielny góral.
- Macie tu plagę kardasjańskich norników? - spytała kapotan Janeway z umiarkowanym zainteresowanie.
- Kiero plage, panicko?! licta się ze słowamy! - obraził się Jasiek, który przywykł brać do siebie każde słowo krytyki pod adresem któregokolwiek zwierzaka na statku - Patrzajta ino, wlizie tako kaj jej nikt nie pytoł i kretykuje!
- Jasiek! W tej chwili morda w kubeł i przeproś naszego gościa! - krzyknęła gniewnie Lilianna.
- Znacy jak, kurna? Mom wrazić morda w kubeł cy pytoć przebocenio? - nie zrozumiał Jasiek, z trudem utrzymując wiercącego się vole'a i jednocześnie rozglądając się wkoło, wyraźnie w poszukiwaniu wymienionego wyżej naczynia do "wrażenia mordy".
- Logiczne pytanie, ale język nie do przyjęcia. - mruknęła kwaśno doktor T'Shan. Vuvu, który nie był co prawda duży, ale miał mnóstwo sił i energii, wyrwał się wreszcie góralowi i zaczął drapać w drzwi przesyłowni.
- Teraz i tak mamy co innego na głowie. Zostawmy lepiej na potem kwestie savoir vivre'u. - zaproponowała Janeway, z trudem hamując śmiech.
- Kaj tu pisuar, co wy panicko gadata?
- Rany koguta, cicho wreszcie być! - wrzasnęła kapitan Zakrzewska, tupiąc w podłogę - Ty też, Vuvu! Kto tu do jasnej zmory rządzi, Bolek czy jego dzieci?! Wchodzimy do hali transportu i żebym ani piuknięcia nie słyszała, bo nie odpowiadam za siebie!
Komety łapiąc za ogony...
Lecimy, nudzimy się... - zacytował melancholijnie sternik Czerep. Kapitan Zakrzewska nie zwróciła na niego uwagi.
- A co to znowu za dywagacje?! - wrzasnęła, całkiem wyprowadzona z równowagi - Patrzcie go, cwaniaka, rady będzie mnie dawał! Trzymajcie mnie, bo zrobię mu krzywdę!
Ponieważ nikt nie pokwapił się jakoś, by iść za tą sugestią, odtrąciła Ingę od konsoli i przełączyła kanał na ambulatorium, gdzie R'Cer najspokojniej w świecie rozmawiał sobie z AHM. Zdawało się, że w ferworze dyskusji zupełnie nie zauważyli,. co działo się z oboma statkami.
- Komandorze R'Cer! - ryknęła kapitan do mikrofonu, aż Wolkanin drgnął.
- Słucham, pani kapitan.
- W tej chwili uda się pan do maszynowni i aresztuje Karola Michałowa pod zarzutem niesubordynacji i dywersji!
- Ja mogę go aresztować - oświadczył R'Cer z dostojeństwem - Ale co to da, skoro zaraz każe go pani wypuścić?
Kathryn Janeway potrząsnęła głową z desperacją.
- Ładne rzeczy - mruknęła, a na głos spytała - Naprawdę każesz go wypuścić?
- Od razu to na pewno nie, niech pokibluje parę dni! - parsknęła wojowniczo Lilianna, a potem oklapła, machnęła ręką i dodała - Rzecz w tym że niewiele więcej mogę mu zrobić. Tylko on zna wszystkie tajniki naszej maszynowni i bez niego leżymy jak neptki. Mogłabym go najwyżej zdegradować, ale i to niemożliwe.
- Dlaczego?
- Bo ten skurczybyk w ogóle nie jest zmobilizowany. Ma rangę porucznika, ale tylko grzecznościową, bo w papierach figuruje jako cywil. Nawet nie powąchał drań Akademii.
- No to rzeczywiście masz kłopot.
W głosie Janeway brzmiało chłodne współczucie. Stojący za jej plecami Tuvok rozsądnie milczał, choć na myśl przychodziły mu słowa zgoła pozbawione szacunku dla dowódcy, mającego TAKĄ załogę. I pewnie wytrwałby w swym postanowieniu, żeby się do niczego nie wtrącać, gdyby nie uczuł się znienacka pociągniętym za nogawkę munduru. Spojrzawszy w dół ujrzał małą Wolkaneczkę, którą widział przedtem przez wideołącze. Patrzyła na niego z dołu, a jej oczka wyrażały na przemian ciekawość i niezrozumiałą dezaprobatę. Przez chwilę patrzyli na siebie, jakby grali w "kto pierwszy mrugnie".
- Gdzie tata? - spytała wreszcie dziewczynka.
- Nikt cię nie uczył, by nie przeszkadzać dorosłym? - Tuvok uznał, że to dobry moment, by przekazać małej rodaczce którąś z zasad wolkańskiego dobrego wychowania. Okazało się jednak, że trafił kulą w płot, bo dziewczyneczka zostawiła wprawdzie w spokoju jego spodnie, ale za to rozdziawiła szeroko buzię i zawyła na cały głos niczym syrena strażacka:
- CHCIĘ DO TATYYYY!
Tuvok stracił na moment pewność siebie, nie mógł bowiem przypomnieć sobie by kiedykolwiek widział wolkańskie dziecko, tak się zachowujące, zaś kapitan Zakrzewska, najwyraźniej przyzwyczajona najwyraźniej do tego rodzaju ryków, nawet nie przerwała wyjaśniania Janeway, jak pojawił się na jej statku taki okaz jak Karol Michałow. Ojciec Tadeusz, westchnąwszy ciężko, przestał czyścić swój zbeszczeszczony ornat i wziął wrzeszczącą dziewczynkę na ręce.
- No cicho, aniołku, cicho - powiedział - Popatrz, tatuś jest tam, na drugim statku i zaraz tu wróci. Synu, dzieci też musi pan straszyć?
Ta ostatnia uwaga była oczywiście skierowana do Tuvoka, który tym razem nie wytrzymał i wypalił:
- Jak można wychowywać dziecko bez żadnej dyscypliny?
- Gdzieś tu mamy dyscyplinę, a raczej to Majcher ma w swoich zbiorach - wtrącił się sternik Czerep - Taką z rzemieni, na koziej nóżce. Przynieść? Może pożyczy jak go grzecznie poprosić.
- Dzidzia nie chcie aty-aty... - zapiszczała płaczliwie Wolkaneczka, obejmując księdza za szyję.
- Też pomysł. Panie Tuvok, jak pan nie ma nic mądrego do powiedzenia, niech się pan lepiej nie odzywa, a pan, panie Czerep, niech pilnuje sterów - kapitan poklepała dziewczynkę po plecach, zabrała ją ojcu Maślakowi i oddała T'Shan, która zjawiła się właśnie na mostku w poszukiwaniu córki - Panie R'Cer, proszę jednak z łaski swojej udać się do maszynowni i dostarczyć mi tego łobuza Michałowa. Już ja sobie z nim pogadam.
- Skoro tak brzmi rozkaz... - R'Cer nie dokończył i wyszedł z ambulatorium.
- Da sobie radę? - spytała z powątpiewaniem Inga Lausch, która dobrze znała głównego inżyniera Hermasza. Popatrzyła przy tym pytająco na kapitan Zakrzewską, która wzruszyła w odpowiedzi ramionami.
- Nie wiem. Chodźmy do hali transportu, zaraz będziemy wiedzieć na czym stoimy.
Na to zaproszenie zareagowała nie tylko kapitan Janeway i Tuvok, do których w końcu było ono skierowane, ale wziął je do siebie ksiądz, doktor T'Shan, Inga, Jędrzej Karpiel oraz Misiek. Ten to malowniczy orszak przemaszerował przez główny hall aż do drzwi ozdobionych napisem "Hala transportu imienia Ferdynanda Kiepskiego". Zastali tam bardzo zaaferowanego Jaśka Gąsienicę, który zdążył już zdjąć komżę, za to w objęciach trzymał skowyczącego Vuvu. Mały vole jakimś sposobem wyczuł, że jego pan jest w opałach i za wszelką cenę usiłował wleźć do przesyłowni, w czym przeszkodził mu dzielny góral.
- Macie tu plagę kardasjańskich norników? - spytała kapotan Janeway z umiarkowanym zainteresowanie.
- Kiero plage, panicko?! licta się ze słowamy! - obraził się Jasiek, który przywykł brać do siebie każde słowo krytyki pod adresem któregokolwiek zwierzaka na statku - Patrzajta ino, wlizie tako kaj jej nikt nie pytoł i kretykuje!
- Jasiek! W tej chwili morda w kubeł i przeproś naszego gościa! - krzyknęła gniewnie Lilianna.
- Znacy jak, kurna? Mom wrazić morda w kubeł cy pytoć przebocenio? - nie zrozumiał Jasiek, z trudem utrzymując wiercącego się vole'a i jednocześnie rozglądając się wkoło, wyraźnie w poszukiwaniu wymienionego wyżej naczynia do "wrażenia mordy".
- Logiczne pytanie, ale język nie do przyjęcia. - mruknęła kwaśno doktor T'Shan. Vuvu, który nie był co prawda duży, ale miał mnóstwo sił i energii, wyrwał się wreszcie góralowi i zaczął drapać w drzwi przesyłowni.
- Teraz i tak mamy co innego na głowie. Zostawmy lepiej na potem kwestie savoir vivre'u. - zaproponowała Janeway, z trudem hamując śmiech.
- Kaj tu pisuar, co wy panicko gadata?
- Rany koguta, cicho wreszcie być! - wrzasnęła kapitan Zakrzewska, tupiąc w podłogę - Ty też, Vuvu! Kto tu do jasnej zmory rządzi, Bolek czy jego dzieci?! Wchodzimy do hali transportu i żebym ani piuknięcia nie słyszała, bo nie odpowiadam za siebie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)