UWAGA!

Realia uniwersum "Star Treka" zostały stworzone przez Gene'a Roddenberry'ego i wszelkie prawa do nich znajdują się obecnie w posiadaniu wytwórni Paramount Pictures.

czwartek, 12 grudnia 2013

LXI

- I co, naprawdę mówisz, że Federacja tych Makusiów w ten sposób wystawiła do wiatru? - kapitan Zakrzewska wyraźnie nie mogła uwierzyć w opowiadanie kapitan Janeway - To nie po honorze... Jak można własnych obywateli opuścić, gdy walczą z obcą potęgą?
- Niestety, tak wygląda polityka - wyjaśniła jej smutno Kathryn - Mnie się to też nie podoba.
Obie panie rozmawiały o Maquis i ich klęsce, popijając przy tym replikowaną kawę. Dawno już przeszły na "ty".Wycieczka po Voyagerze napełniła kapitan Zakrzewska wielkim podziwem dla możliwości technicznych przyszłej Federacji, natomiast opowieść o wojnie z Cardassią i dyplomatycznych matactwach przygnębiła ją i sfrustrowała.
- Słusznie powiada Matias von Braun, że kto nie chce wyciągać lekcji z historii, skazany jest na jej powtarzanie. A wystarczyłoby, żeby te pierdzistołki pouczyły się trochę, zaraz by wiedziały, jakie są skutki podobnych ustępstw.
Janeway myślała właśnie, co by tu powiedzieć na obronę władz Federacji, gdy drzwi oranżerii otworzyły się i Tuvek wepchnął do środka przystojnego, kędzierzawego bruneta.
- To należy do pani? - zwrócił się rzeczowo do Lilianny.
- Pani kapitan, tu też biją. - poskarżył się czarnowłosy przystojniak, robiąc żałosną minę dziecka, któremu ktoś zabrał lizaka.
- I bardzo dobrze. Co zrobił? - spytała kapitan Zakrzewska do niewzruszonego Wolkanina.
- Złapałem go jak gryzł w szyję porucznik Kristinę Fernandez, a porucznik Fernandez była z tego bardzo zadowolona. - zaraportował Tuvok.
Lilianna spojrzała surowo na gryzonia, który spuścił niewinnie oczy i mruknął:
- No właśnie, podobało się jej...
Urwał, bo mała Polka trzepnęła go otwartą dłonią w kark i spojrzała na zdumioną Janeway.
- Pani wybaczy, to jeden z moim pasażerów na gapę. Wampir. Zasnął po pijanemu w jednej ze skrzyń i objawił się jak już nie było go gdzie wysadzić.
- Jeden z...? A ilu masz tych pasażerów?

Kapitan Zakrzewska przez chwilę liczyła na palcach, a potem odparła:
- Sześcioro, jeśli weźmiemy pod uwagę wyłącznie humanoidów. Ten tu gagatek, Allandra Michałow, Keras i trzy girlsy od von Brauna. O ile zdążyłam się połapać, to są to dwie Ziemianki i Orionka. Sixto zwykle pije krew replikowaną, ale czasem bawi sie w Drakulę i trzeba doprowadzić go do porządku. Na co dzień śpiewa w pokładowym barze i udaje idola. Wiem, jak to wygląda, ale za Hermaszu nie takie rzeczy się działy.
- O matko... Ja muszę zobaczyć ten statek.
- Nie widzę przeszkód. Ja i tak muszę odstawić Sixta do aresztu, to przy okazji pokażę ci swój dom wariatów. Czy twój szef ochrony mógłby się wybrać z nami? Ktoś musi złożyć zeznania.

Janeway spojrzała na Tuvoka, który w tym momencie wyglądał tak, jakby zwiedzanie polskiego statku było ostatnią rzeczą, na jaka mógłby mieć ochotę. Mimo to na pytający wzrok swojej kapitan odpowiedział:
- Jeśli taki będzie rozkaz...
- No to postanowione
- powiedziała Kathryn wesoło - Chodźmy do hali transportu. Chakotay, w czasie mojej nieobecności pan dowodzi. Jakby co, to wie pan, gdzie mnie szukać. Zresztą pewnie problemów nie będzie.
- Niech pan pilnuje moich ancymonów -
dodała kapitan Zakrzewska - R'Cer jest w ambulatorium, Michałow w maszynowni z tą Borg, a pierwszy oficer diabli wiedzą gdzie. Zabiorę ich później, niech się napatrzą.
Chakotay spojrzał na Kathryn, która potwierdziła słowa "koleżanki" energicznym skinieniem głowy. Wyglądała na bardzo podekscytowaną tą całą sytuacją. Tuvok zadał sobie wprawdzie po cichu pytanie, dlaczego kapitan Voyagera, zwykle rozważna i nierychliwa w działaniu, dała się tak ponieść emocjom, ale na głos nie powiedział nic. Wolał zmilczeć, doszedł bowiem do wniosku, że jego zwierzchniczka i zarazem przyjaciółka może potrzebować na "bratniej jednostce" niejakiej ochrony, bo sądząc po znanych mu już członkach załogi, była ona co najmniej niebanalna.
Wezwanie do transportu zostało niespodziewanie zignorowane, więc zaniepokojona Lilianna poprosiła o przesył z voyagerowego teleportera. Zmaterializowawszy się w adekwatnej hali Hermasza skonstatowała, że jej technik transportu leży na podłodze z książką pod głową i śpi. Już-już miała zrobić piekło na cały pokład, gdy dostrzegła na szyi Lalewicza dwa niewielkie siniaki.
- Sixto, do jasnej cholery! - huknęła - Uśpiłeś Lalunię?!
- Ojej, taki raban nie wiedzieć o co
- stęknął boleściwie wampir - Nie chciał po dobroci, to go przekonałem do współpracy, ot i wszystko.
Kipiąca złością Lilianna pochyliła się i wymierzyła Lalewiczowi lekki policzek. Technik poderwał się, zamrugał nieprzytomnie oczami i jego rozespany wzrok padł na Tuvoka.
- O matko, Wolkan kominiarz... - jęknął ze zdumieniem.
- Jaki kominarz? - zbita z tropu Lilianna spojrzała na szefa ochrony Voyagera - A, ten. No co też pan, Lalunia, to naturalny że tak powiem Wolkanin, choć w żałobnym kolorze. Oni chyba tacy bywają, tam u nich gorąco jak sto diabłów.
- Nasi są biali. Nawet jakby zielonkawi
- Lalewicz pozbierał się z podłogi i otrzepał - A nie wie pani czasem, czemu ja przed chwilą leżałem? Głowę bym dał, że siedziałem i czytałem sobie jak należy.
- O to należałoby już spytać Sixta i pogadacie o tym, jak wyjdzie z mamra. Na razie posiedzi sobie, to mu się brykać odechce.
=/\= Ochrona, patrol do przesyłowni!

Po chwili drzwi się rozsunęły i do pomieszczenia wmaszerował oddział trzech dziewczyn, które zasalutowały swojej kapitan i uroczyście odebrały Sixta z rąk Tuvoka.
- Tydzień aresztu - poinstruowała je Lilianna - I bransoletka elektroniczna po wyjściu. Czy na pokładzie panuje choć względny porządek? Bo chcę oprowadzić gości.
- Skoro mają ochotę wizytować wariatkowo, to chyba wiedzą czego się spodziewać. -
burknął buntowniczo Sixto, któremu było już wszystko jedno. Zakładająca mu właśnie kajdanki Maura spojrzała na swoją kapitan z zakłopotaną miną.
- No, nie bardzo - wyznała - Widzi kapitanka, ojciec Maślak wyliczył z matematyczną ścisłością, że mamy dzisiaj Trzech Króli i zarządził procesję.
- Kogo macie?
- nie zrozumiał Tuvok.
- No, Trzech Króli... Święto takie. I ta procesja, prawdę mówiąc, zaraz tu będzie.
Kapitan Zakrzewska z obłędem w oczach wypadła niczym oparzona na korytarz. Znała dobrze swego kapelana i jego pomysły, ale całkiem słusznie wyrozumowała, że dla kapitan Janeway i jej szefa ochrony mogą one stanowić niejakie zaskoczenie. Wspomniana dwójka, nie chcąc niczego stracić, pospieszyła za nią, tuż za progiem hali transportu wpadając na ogromne, kudłate psisko, które na ich widok wpadło w szalony entuzjazm.
- Eee, przez ekran to on się wydawał mniejszy... - wydukała Janeway, podczas gdy pies skoczył na pierś Tuvoka i serdecznie przejechał mu jęzorem po twarzy. Mina Wolkanina wskazywała w tej chwili na to, że po raz pierwszy przeżywa podobnie uwłaczającą jego godności sytuację.
- Spokój Misiek! - zawołała Lilianna - Nie bójcie się, jest łagodny.
- Umpf.
- przyświadczył basowo owczarek i zaczął się łasić do Janeway. Kathryn, choć bardzo lubiła psy, ledwie zwróciła na niego uwagę, gdyż korytarz, w którym się obecnie znalazła, wyglądał zbyt niezwykle by mogła skupić się na czymkolwiek innym. Co dopiero mówić o nadchodzącym pochodzie...
.

czwartek, 21 listopada 2013

LX

Gdyby w trakcie przygotowań do godziny 0 kapitan Zakrzewska nie wyjaśniła zbulwersowanej całą sytuacją Janeway, skąd jej statek - nie dość, że przestarzały, to jeszcze wyglądający jak zabawka poskładana z niepasujących do siebie części - wziął się w kwadrancie Delta, zapewne teraz obie straciłyby sporo czasu na nieporozumienia związane z przedziałem czasowym. Kathryn, owszem, dziwiła się początkowo, skąd statek sprzed jakichś stu lat wziął się nagle tuż obok Voyagera, ale gdy dowiedziała się kto maczał w tym palce, pokiwała tylko melancholijnie głową.
- Miała pani wyjątkowego pecha - powiedziała - Q jest nieprzewidywalny i uznaje tylko własną etykę, notabene dość kulawą.
- Jeśli z nami zadrze, no to może okuleć faktycznie.
- Proszę się nie łudzić. On i istoty jemu podobne są praktycznie nie do pokonania.
- Każdemu można dać wycisk, moja droga. Trzeba tylko ustalić jak.
- No więc to właśnie może się okazać cokolwiek trudne...

Teraz obie miały okazję obgadać sprawę Q bezpośrednio, udały się więc do oranżerii, gdzie mogły w spokoju poplotkować. Podczas gdy dwie kapitanki były zajęte wyżej wzmiankowaną czynnością, Keras odszukała B'Elannę i wdała się z nią w ożywioną pogawędkę. R'Cer konferował z Doktorem i 7of9, usiłując dowiedzieć się czegoś więcej o możliwościach AHM, Neelix, rozpromieniony jak samo słońce, oprowadzał Arka po statku, plotąc bezustannie z taką szybkością, że pierwszy oficer Hermasza rozumiał zaledwie piąte przez dziesiąte. No a Karol Michałow postanowił sprawdzić, jak działa maszynownia z jego punktu widzenia przyszłościowa. Skierował więc swe kroki prosto do rzeczonej sekcji. Po drodze oglądał elementy wyposażenia, mamrocząc do siebie z aprobatą coś, co translatory mijających go załogantów przekładały mniej więcej jako:
- Bezprawnie poligamiczna samica była jego protoplastą, ależ zanieszczyszony fekaliami pełen tucz zwierząt hodowlanych, ja kopuluję z tym statkiem, w męski narząd płciowy nie wiem co to bezprawnie poligamiczna kopulująca samica jest...
Oglądano się też za nim ze zdziwieniem, nikt go jednak nie zatrzymywał, póki nie doszedł do madszynowni. Wtedy to zastąpił mu drogę młody i bardzo stanowczy Wolkanin.
- Wstęp tylko dla autoryzowanego personelu.- powiedział ozięble.
- Ha, spiczastouchy mechanik - Karol zatrzymał się i zmierzył go wzrokiem od stóp do głów - Jak tam pana szanownego zwać?
- Vorik.
- Dobra, panie Worek, pokaż pan to cudo techniki co to wami rucha.

Z tymi słowami Michałow usiłował wyminąć Wolkanina, spotkał się jednak ze zdecydowanym sprzeciwem. Tak go to zgniewało, że bez ceregieli odepchnął Vorika i wpakował się bezceremonialnie do maszynowni. Jego bezczelność oburzyła młodego Wolkanina do tego stopnia, że zawołał Kurta Benderę i wspólnie spróbowali nakłonić intruza - przy pomocy umiarkowanej przemocy fizycznej - do wyniesienia się z zakazanej przestrzeni. Michałow oparł się temu z energią, która narobiła strasznego łomotu i w końcu sprowadziła do maszynowni jej szefową.
- Co tu się dzieje?! - wrzasnęła wpadając na teren swoich włości - Czy ja nie mogę spokojnie wyjść na obiad i pogadać z rodaczką?!
Za B'Elanna do maszynowni wbiegła Keras, wyraźnie uradowana perspektywą jakiejś grubszej awantury.
- Ktoś cię bije, Karol? - spytała z nadzieją (byli na "ty" od kilku tygodni, dzięki przyjaźni Keras z Allandrą).
- To raczej on bije. - wystękał Kurt Bendera, trzymając się za podbite oko. Vorik usiłował wstać, widząc swoją przełożoną, ale nie mógł, Michałow przygniatał go bowiem kolanem do podłogi, i jedną ręką trzymał za wykręcone ramię, a drugą za spiczaste ucho.
- Moje uszanowanie - skwitowała ten widok B'Elanna - Widzę że umie pan sobie radzić.
- Owszem, laska, ma się trochę doświadczenia
- Karol puścił łaskawie sponiewieranego Wolkanina i wstał - Pozwoli pani, że się przedstawię: naczelny inżynier Hermasza, Michałow, Karol, porucznik.
- Miło mi. Dlaczego jednak wchodzi pan bez zaproszenia i na dodatek bije moich podwładnych? Tylko ja mam takie uprawnienia.

Michałow spojrzał na skrzywionego Vorika, masującego sobie nadwyrężony bark i wyglądającego na bardzo upokorzonego.
- Ona was bije? - spytał tonem towarzyskiej pogawędki.
- Zależy jak kiedy. Mnie już dwa razy wysłała do ambulatorium, i to tego samego dnia.
- I za co to?
- A bo... zrobiłem jej pewną poropozycję...
- mruknął z ociąganiem Vorik. Wyraźnie nie miał ochoty na zwierzenia. Keras parsknęła śmiechem.
- Pe'tah. - wyraziła się z daleko idącą pogardą.
- Propozycję? - Karol zrobił wielkie oczy i spojrzał na B'Elannę - On chyba mocno pijany był! Znaczy nie w sensie że spodobała mu się taka lasencja, tylko w sensie że Wolkanie są w tych sprawach do niczego. Raptem raz na siedem lat...
- Dobra, nie mówmy może o szczegółach
- przerwała mu pani inżynier - Nie odpowiedział mi pan na moje pytanie. Dlaczego pan tu wszedł?
Karol wzruszył ramionami.
- A pani by nie weszła? Wyprzedzacie Hermasza o dobre sto lat, chciałem sobie wszystko obejrzeć. Dla mnie to coś jakby Concorde w porównaniu z szybowcem braci Wright...
Podczas gdy w maszynowni trwała ta cała przepychanka, a reszta delegacji oglądała z podziwem wyposażenie Voyagera, w przesyłowni zaszumiało i na podeście pojawił się jeszcze jeden gość: wampir Sixto. Zeskoczywszy z platformy rozejrzał się, przygładził swe czarne kędziory i cicho jak kot ruszył na rekonesans.

czwartek, 24 października 2013

LIX.


Zderzenie dwóch fazerowych wiązek to nie byle co. Powstały wstrząs wywołał istną burzę energetyczną wokół dwóch statków i w całej pobliskiej przestrzeni. Na mostku Voyagera pociemniało, kilka konsol łysnęło przepięciem, a z głośników rozległ się potworny ryk, będący efektem nagromadzonych na wyjściach ładunków elektrycznych. Przez powstały hałas z trudem przebił się głos Parisa, który wrzeszczał niczym opętany:
- Jest! Jest tunel! Mamy przejście!
– Cała naprzód! –
krzyknęła Janeway, trzymając się za czoło, którym podczas wstrząsu o coś huknęła – Na miłość boską, Tom, gnaj ile sił! Tunel zaraz się zamknie!
Parisowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Voyager runął naprzód takim zrywem, że teraz na odmianę zawyły wskaźniki przyspieszenia. Statkiem rzucało na wszystkie strony, ale parł naprzód i dosłownie w ostatniej chwili, nim anomalia zdążyła “zabliźnić” powstałą wyrwę, wyprysnął na wolność, nieomal wpadając na oczekującego Hermasza. Chakotay zdążył chwycić swoją kapitan, nim ta spadła z fotela, ale sam zaraz potem walnął kością ogonową o podłogę.
– Na galaktykę, Tom, co pan wyprawia?
– To nie ja, to te zaburzenia
– Paris z trudem ustabilizował statek i wygasił ciąg – Ważne że jesteśmy już na swobodzie, hurra!
Kathryn sięgnęła do konsoli łączności i wywołała Hermasza. Na ekranie ukazała się bardzo zadowolona twarz kapitan Zakrzewskiej, na której głowie siedziało puszyste zwierzątko o płaskim łebku i węszyło badawczo w powietrzu.
– Jeśli wolno, ma pani coś na głowie. – powiedziała odruchowo Janeway, nim zdążyła się zastanowić.
– To moja fretka – poinformowała ją uprzejmie Lilianna – Ma na imię Gizia. A bo co?
– Nic. Myślałam, że to taka osobliwa ozdoba do koka.
- Ona też tak czasem uważa. Zwykle opiekuje się nią mój osobisty ordynans, ale teraz jest chłop zajęty, zabezpiecza jedno z życiowo ważnych urządzeń na statku.

Te słowa były tak bardzo pozbawione sensu, że Kathryn nie mogła się powstrzymać od zadania następnego pytania:
- Jakie życiowo ważne urządzenie statku może zabezpieczać ordynans?
- Bimbrownię. Nieważne zresztą. Jak mówią odczyty, jesteście wolni. Możecie ruszać dokąd wam wola.
– Tak, jesteśmy wolni. Dzięki wam. Zapraszam panią i wyższych oficerów na pokład Voyagera.
– Poważnie? No jak pani chce.

Tuvok zacisnął lekko usta. Poczekał aż ekran zgaśnie i zwrócił się ozięble do Janeway:
- Czy mam postawić ochronę w stan pogotowia?
Kapitan stłumiła bardzo niedyplomatyczne parsknięcie śmiechem. Mina Tuvoka mówiła sama za siebie i zapewne miał on trochę racji, ale w tej chwili serce Janeway przepełniała taka radość i taka wdzięczność dla wybawców, że gotowa była uściskać nawet samego najwyższego przywódcę Hirogenów.
- Nie wydaje mi się żeby była taka konieczność - powiedziała serdecznie - Mamy do czynienia z przyjaciółmi, nie z wrogami.
- Ośmielę się zauważyć, że ci przyjaciele wydają się być odrobinę niezrównoważeni.

Janeway machnęła na niego ręką i pobiegła poprawić fryzurę przed udaniem się do hali przesyłu.
Tymczasem kapitan Zakrzewska odnalazła swego totumfackiego, zwymyślała go na wszelki wypadek, oddała mu Gizię pod opiekę i poszła do brygu.
- Wypuścić aresztantów. - poleciła pełniącemu dyżur w sekcji chorążemu Kindermanowi.
- Amnestia? - zawołał z nadzieją Matias von Braun, któremu strasznie nudziło się na pryczy.
- Powiedzmy że warunkowe zawieszanie odbywania kary - odparła surowo kapitan - Proszę zabrać swoje girlaski i na nowo otworzyć bar. Możemy mieć gości i trzeba będzie ich jakoś przyjąć.
- Jasne, jak bida to do Żyda.
- Wipraszam sobie!
- zapiał z oburzeniem chorąży Kinderman - Ja pójdę iść na skargie! To antysemityzm jest!
- Żaden antysemityzm, Baruch, przecież Matias jasno powiedział, że pomagacie na wszelką bidę
- pocieszyła go kapitan - Dobra, to ja lecę do siebie się przebrać, potem hali transportu i jakby co, to na razie będę na bratnim statku.
- Taki on i bratni...

Dalszych uwag Kindermana kapitan Zakrzewska już nie słyszała, bo biegła do turbowindy. Wkrótce zjawiła się w hali transportu, ubrana w galowy mundur i ze starannie upiętym warkoczem. W hali czekał na nią Arek, R'Cer, Karol Michałow oraz Osip Zajczik z żoną. Na widok Keras Lilianna zmarszczyła czoło.
- Czy... - zaczęła.
- Ja znaju - przerwał jej zbrojmistrz - No szto że mnie dziełać?
Rozłożył ręce w bezradnym geście człowieka całkowicie zniewolonego przez okoliczności.
- No może i dobrze - oświadczyła Lilianna po namyśle - Mieszane towarzystwo na pewno wywrze odpowiednie wrażenie. Tylko żeby mi pani wstydu nie narobiła, bo nie odpowiadam za siebie!
Keras oświadczyła gromko, że będzie się zachowywać absolutnie bez zarzutu, co oczywiście nie wyczerpywało tematu, bo jako Klingonka miała własny pogląd na to co jest właściwe a co nie. Lilianna weszła zatem na platformę, a technik Lalewicz, który ani na chwilę nie zmienił sennego wyrazu twarzy, przełożył wajchę transportu. Po chwili cała szóstka zmaterializowała się w hali Voyagera, gdzie przy panelu sterowania transportera oczekiwali: kapitan Janeway, Tuvok, porucznik Chakotay, 7of9 oraz Neelix, którego bokobrody aż jeżyły się z podniecenia.
- Witam na pokładzie USS Voyager. - powiedziała Kathryn Janeway, gdy tylko goście zmaterializowali się na dobre.
- Czołem - kapitan Zakrzewska zeskoczyła zgrabnie z podestu i potrząsnęła ręką Janeway z miną starego kumpla - Pozwoli pani: mój pierwszy oficer, komandor podporucznik Arkadiusz Żydek, oficer naukowy komandor R'Cer, główny inżynier porucznik Karol Michałow...
- Strzałka, ferajna! - wypowiedział się Michałow, nim ktokolwiek zdążył go powstrzymać.
- Zamknij się pan, do cholery! A to mój zbrojmistrz, komandor porucznik Osip Anegdotycz Zajczik i jego żona Keras.
- Klingonka?
- zdziwił się Neelix, nim Kathryn zdążyła się odezwać - To dlaczego ma takie... płaskie czoło?
Dwie sekundy później wiedział już, że powinien rozważniej dobierać słowa, a dalsza rozmowa toczyła się w ambulatorium.
- Bardzo interesujące rozwiązanie - mówiła Lilianna, oglądając z zaciekawieniem Doktora - Mówi pani, że to hologram?
- Tak, ale myśli samodzielnie. -
odparła Janeway, zerkając z pewną obawą na naburmuszoną Klingonkę.
- Całkiem samodzielnie - przyświadczył Doktor, nie przerywając swej pracy - Czy mogę wiedzieć, czemu pan Neelix ma złamaną szczękę?
- Powiedział, że mam płaskie czoło!
- warknęła Keras.
- Nie chciałbym złamać jakiegoś tabu, ale w istocie jest ono trochę... nieklingońskie.
Żona Osipa najeżyła się wściekle, ale Janeway wtrąciła się szybko:
- Za czasów kapitana Kirka większość Klingonów nie zwalczyła jeszcze skutków pewnej epidemii - powiedziała - Tak właśnie wyglądali. Tylko że za czasów Kirka chyba żaden z nich nie służył we Flocie, wiedziałabym o tym.
Lilianna wzruszyła ramionami.
- Pani Zajczik wcale nie służy - odparła - Jest cywilnym konsultantem jako żona mojego oficera. Rozumie pani, mieliśmy lecieć w rejony o dużej aktywności Klingonów... mówiłam pani, że nasze czasy były trochę zwariowane.
- Nasze też są.
- westchnęła Janeway.
- Na migrujące słońca, ależ temperament... - wybełkotał Neelix, odzyskując pod wpływem zabiegów Doktora pełnię władz umysłowych. Zezował na Keras z wyraźnym podziwem, choć i z dużym respektem.
- Proszę leżeć spokojnie, zaraz ukończę procedurę. - rzekł karcąco Doktor. Lilianna obeszła go dookoła i wreszcie oznajmiła:
- Ja nie mogę! Pani kapitan, czy można sprowadzić tu moich doktorów, żeby obejrzeli sobie to cudo? Panie tego, pozwoli pan być obejrzany?
- Nie mam nic przeciwko konwersacji z kolegami, nawet jeśli są w stosunku do mnie zapóźnieni o całą epokę.
- odparł uprzejmie AHM.
- Hm, epoka nie epoka, ale jak widzę to z łysieniem wciąż nie umieją sobie poradzić - dogryzł mu Arek - Nie myślał pan o tym, by wyhologramować sobie normalne włosy?
- Nie jestem William Shatner, żeby mi to przeszkadzało
- oznajmił z godnością Doktor - No, pan Neelix może już wracać do swoich obowiązków. I lepiej niech się trzyma z daleka od Klingonek.

piątek, 11 października 2013

LVIII.


Podczas gdy na pokładzie Hermasza szukano pytoniego wylęgu, załoga Voyagera zabezpieczała skrupulatnie wszystko, co tylko się dało. Jak słusznie rozumowali, przebicie więżącej statek anomalii mogło zaowocować potężną falą uderzeniową. Wszyscy byli podnieceni do granic możliwości, zarówno faktem że mają szansę wyrwać się z na oko beznadziejnej sytuacji, jak i tym, że oto czeka ich spotkanie z drugą ziemską załogą. Ten nastrój ekscytacji udzielił się nawet Doktorowi i jedynymi istotami, które zachowały pełny spokój, byli Tuvok i 7of9. Ta ostatnia siedziała przy największym działku fazerowym i obliczała koordynaty, wprowadzając niezliczone poprawki na przeróżne zmienne losowe. Co jakiś czas łączyła się z Krzysztofem Majchrem, konsultując z nim kolejne zmiany współrzędnych. W końcu nadeszła chwila, gdy oboje stwierdzili, że już lepiej być nie może i z tą wiadomością połączyli się ze swymi dowódcami.
- No to nie czekajmy dłużej - zdecydowała kapitan Janeway - Bo jak będziemy czekać to jeszcze stanie się coś, co uniemożliwi nam te próby.
- No to lu, Smoku.
- skwitowała zwięźle raport swego czołowego snajpera kapitan Zakrzewska, która akurat była w łazience i pomagała Weronice wykąpać Miśka. Wielki owczarek ujadał i skowyczał tak, że Krzysztof Majcher z trudem słyszał Liliannę przez głośnik.
- Dobra, to zmawiam się z tą lalą od Voyagera i zasuwamy - odpowiedział - Uprzedź ludzi, Lila, może nami telepnąć, szczególnie jak panienka w połowie roboty zechce poprawić makijaż i rączka się jej omsknie.
- Nie trzeba, ja to zrobię
- włączył się niespodziewanie główny komputer i zaraz potem rozdarł się na wszystkie pokłady - Uwaga istoty organiczne! Przygotować się fizycznie i moralnie na niekontrolowane wstrząsy!
Ten komunikat wywołał niejakie zamieszanie, połączone z powszechnymi życzeniami pod adresem mamusi Hermasza, kompletnie - jak stwierdził R'Cer - pozbawionymi podstaw logicznych, za to nad wyraz barwnymi. Jasiek Gąsienica i Jędrzej Karpiel natychmiast pospieszyli, by zabezpieczyć swoją ukochaną bimbrownię, ojciec Maślak zaczął zbierać chętnych na zbiorowe modły w intecji powodzenia akcji ratunkowej, zaś profesor Trekowski wygasił palniki w pracowni i zamknął na głucho wszystkie pojemniki z niewiadomymi substancjami. Właściciele co mniejszych pupilków sprawdzali starannie terraria i klatki, a doktor T'Shan pospiesznie zapakowała córeczkę do łóżka wmawiając jej, że już jest noc i trzeba spać.
W ciągu dziesięciu minut cała obsada mostka była na miejscu, nawet mokry po kąpieli Misiek, który wkręcił się tam i nie dał wygonić. Również mostek Voyagera był wyraźnie bardziej ludny niż kiedykolwiek, bo oprócz tego, że były zajęte wszystkie stanowiska, wielu ludzi po prostu kręciło się po nim wyraźnie udając, że przyszli w jakimś konkretnym celu. Kapitan Janeway siedziała w fotelu, zaciskając swe kształtne palce na jego poręczach. Obok niej stał porucznik Chakotay, równie zdenerwowany jak ona, ale usiłujący zachować spokój. Tom Paris przy sterach dzwonił zębami, z czego w ogóle nie zdawał sobie sprawy, chorąży Kim bębnił nerwowo palcami po konsoli maszynowni, i jedynie Tuvok nie okazywał żadnych emocji. Gdy ekran rozjaśnił się ukazując wnętrze mostka Hermasza, Kathryn z trudem opanowała się, by nie zerwać się z fotela. Powstrzymała ją przed tym tylko obawa kompromitacji. To, co zobaczyła, mogło zresztą wytracić z równowagi osobę dużo spokojniejszą, bo nawet od konsoli Tuvoka dobiegł ją stłumiony dźwięk, jakby wciąganego gwałtownie powietrza.
Na ekranie mała kapitan w staroświeckim mundurze z białoczerwonymi wypustkami awanturowała się straszliwie ze swymi ludźmi, których na mostku było stanowczo za dużo, by mogli stanowić jedną wachtę. Jędrne i nad wyraz obrazowe wyzwiska sypały się jak z rękawa, harmider panował niewiarygodny, i na pierwszy rzut oka mostek Hermasza przypominał piwiarnię, w której doszło do zwyczajowego nieporozumienia. W dodatku pomiędzy przepychającymi się i wykrzykującymi swe pretensje ludźmi pętał się ogromny, mokry pies, co chwila podcinając komuś nogi.
– Czy... coś się dzieje? – spytała wreszcie Janeway, zdziwiona tym niecodziennym widokiem.
– Nie, skądże, normalnie miła atmosfera – odpowiedziała jej Lilianna, puszczając ucho młodego blondynka, którego właśnie siłą posadziła przy sterach – A co na pani folwarku?
– Jesteśmy gotowi i... zdyscyplinowani.
– My wbrew pozorom też. Czerep, jak pan jeszcze raz puści stery, łapy poprzetrącam! Stelmach, cholero jasna, siadaj pan przy konsoli maszynowni i pilnuj wskaźników, bo nie odpowiadam za siebie! Chorąży Podgumowana, jak panią kopnę w lewy półdupek, to nogami się pani nakryjesz i łbem do śmietnika wlecisz, czego pani tu się szwendasz?!
- A bo może będzie coś trzeba...? -
pisnęła wdzięcznym dyszkantem ruda i piegowata kobieta mundurze sekcji inżynieryjnej z czasów kapitana Kirka.
– Trzeba to lobotomii u pani, albo przynajmniej parę razy w łeb! Arek, do nagłej krwi, zajmij się tym szemranym towarzystwem, bo ja mam co innego do roboty niż niańczyć bandę przygłupów!
– Kto nie ma służby, uprzejmie proszę won, ale już!
– podniósł głos pierwszy oficer, na co nikt nie zwrócił większej uwagi. Przystojny Wolkanin z dystynkcjami komandora patrzył na to całe zamieszanie od konsoli naukowej, zachowując niezmącony spokój, a nawet z lekkim znudzeniem. Widać było, że takie widoki to dla niego nie pierwszyzna i że nie ma najmniejszego zamiaru interweniować.
Nagle wszyscy uspokoili się i zajęli swoje miejsca, jakby otrzymali polecenie od kogoś niewidzialnego. Gwar ucichł i dał się słyszeć męski głos, mówiący:
- Uwaga, ferajna! Godzina 0 za pięć... cztery... trzy... dwa... jeden... teraz!

poniedziałek, 23 września 2013

LVII


"Potwornie wściekła" to kapitan Zakrzewska raczej nie była, ale mocno podenerwowana to i owszem. Nie chodziło jej przy tym bynajmniej o von Brauna i jego girlaski - od początku podejrzewała młodego dyplomatę o jakieś machlojki i tylko czekała, kiedy bomba pęknie. Ich problem był jednak zgoła nieistotny, gdy zestawiło się go ze sprawą ratunku dla Voyagera. Opracowana przez Trekowskiego procedura była mocno ryzykowna. Gdyby wiązki nie pokryły się z wyliczoną dokładnością, efekt obustronnej salwy mógłby się okazać mało przyjemny. Nie ona jedna to wiedziała i nie ona jedna ufała Trekowskiemu jedynie w bardzo ograniczony sposób. Przechodząc obok pokładowej kaplicy Lilianna usłyszała chóralne modły i domyśliła się, że ojciec Maślak postanowił po swojemu wspomóc działania techniczne. Potwierdziła to siostra Ofelia, którą spotkała tuż za zakrętem.
- Cała nadwachta się tam modli - powiedziała zakonnica - Tadek zagonił wszystkich, których złapał, a kto był oporny, to i różańcem po karku oberwał.
Sławny różaniec ojca Maślaka był rozmiaru "mega", a jako wykonany z mahoniu i litego srebra, stanowił nie lada broń, niegorszą niz przeciętny łańcuch rowerowy. Nic tez dziwnego, że takiemu argumentowi trudno było się oprzeć.
- A siostra nie poszła?
- Nie. Porządkuję zakrystię, bo jakbyśmy mieli gości i któryś by chciał się wyspowiadać, to żeby wstydu nie było.
- Wątpię jakoś, by w załodze kapitan Janeway byli jacyś szczególnie gorliwi katolicy
- mruknęła Lilianna - Ale niech siostra robi co uważa za stosowne.
- Nie mam wyjścia. Tadek bywa bardzo pryncypialny.

Kapitan Zakrzewska pokiwala głową ze zrozumieniem. Nie od dziś znała siostrę Ofelię od Aniołów i wiedziała, że w jej wygładzonym słowniku określenie "bardzo pryncypialny" oznacza "cholernie upierdliwy" - co było prawdą bezsporną. Czasami naprawdę lepiej było poddać się woli ojca Maślaka niż kłócić się z nim, co było zajęciem po pierwsze czasochłonnym, a po drugie szalenie wyczerpującym.
Po drodze do "wieżyczki" Lilianna natknęła się jeszcze na małżeństwo Podgumowanych, które w niezwykłej jak dla tej pary zgodzie dokoptowało sobie chorążego Kindermana i cała trójka grała z T'Allią w "Ole, ole Janko" na samym środku korytarza.
- Sio z tym do świetlicy lub do holodeku. Korytarz statku gwiezdnego to nie ogródek jordanowski. - zarządziła dobrotliwie, przechodząc obok.
- Ciocia kapitan zagra z nami! - zawołała T'Allia prosząco, łapiąc Liliannę za nogawkę munduru.
- Nie teraz. Po kolacji. - obiecała jej, nim zniknęła w turbowindzie - Hermasz, przygotuj wszystko do poważnego wstrząsu, a na razie zawieź mnie do wieżyczki.
- Robi się, królewno
- zgrzytnął ochryple komputer - Czuję się jednak w obowiązku nadmienić, że pan Majcher zahasłował wejście, żeby mu się nikt nieproszony nie wtranżolił.
- Nie szkodzi. Znam hasła Krzyśka tak samo jak on moje.
- Mam nadzieję, bo ja ich nie znam

W głosie komputera brzmiało wyraźne rozgoryczenie. "Wieżyczka", czyli centrum obsługi dział fazerowych i wyrzutni torped, było niejako układem autonomicznym i wstęp tam mieli tylko ci, którzy znali aktualne hasło. W tej części statku brakowało wszechobecnego podsłuchu, tak więc w ten sposób Hermasz nie mógł tych haseł poznać. Ponadto wszelkie próby nawiązania pokojowej współpracy z małym komputerkiem, kontrolującym "wieżyczkę", spełzały na niczym. System o imieniu Gucia (nikt nie miał pojęcia, kto go tak nazwał, ale maluch nie reagował na inne określenia) był uparty jak muł. Bardzo to Hermasza gnębiło.
- Nie złość się, Hermuś - powiedziała pojednawczo Lilianna - Wiesz dobrze, że tak jest bezpieczniej. Gdyby wrógł wdarł się na pokład i przejął jakoś nad tobą kontrolę, nie zdoła wykorzystać naszego uzbrojenia.
- Niech tylko spróbują tu wejść!
- Wiem wiem, ale wszystko trzeba wziąć pod uwagę.

Komputer burknął coś w odpowiedzi i zamilkł. Bywał czasem po dziecinnemu obraźliwy, ale wszyscy już do tego przywykli i nie zwracali na jego fochy żadnej uwagi.
Wysiadłszy z turbowindy kapitan Zakrzewska wstrząsnęła się lekko. W tej części statku panował przeraźliwy ziąb. Szczęśliwie korytarz był krótki - po kilkunastu krokach Lilianna stanęła przed pancernymi drzwiami, na których widniał wymalowany artystycznie olejną farbą staroświecki czołg i napis "Rudy 102". Dotknęła panela kontrolnego. Coś szczęknęło i odezwał się uprzejmy, dziewczęcy głosik Guci:
- Zidentyfikuj się, przybyszu.
- To ja, Gucia. Kapitan Lilianna Zagrzewska, numer służbowy 279601
- Proszę podać hasło.

Lilianna zakasłała lekko i wyrecytowała do mikrofonu:
- Zgroza!
Co za proza!
Jam mimoza
fiołka liść!
Takiego zbója
pan nie zbuja!
Alleluja
możem iść.

Gucia zapiszczała, po czym stwierdziła słodko:
- Identyfikacja poprawna. Hasło prawidłowe. Proszę wejść, kapitanie.
Klapa odchyliła się lekko i kapitan mogła wkroczyć do "wieżyczki", gdzie Krzysztof Majcher kalibrował właśnie ręczny celownik największego działka.
- Cześć, Lila - przywitał się nieregulaminowo - Widzę, że wciąż pamiętasz nasze ulubione hasło. Jeszcze trochę i będę gotowy. Strasznie rozregulowane, psia morda.
- Dasz radę do godziny 0?
- Jasne, nie ma sprawy. Czy ten ich strzelec, ta znaczy się lala w srebrnym trykocie, nie spudłuje, jak myślisz?
- Ja wiem? Sądząc z tego co mówiono i z wyglądu, to częściowo komputer... Borg.
- Czyli ni pies ni wydra, coś na kształt świdra. Cóż, zobaczymy. Tak w ogóle, to coś się stało? Nie wyganiam cię, ale jeśli chciałaś pogadać, to mogłaś po prostu użyć interkomu.

Kapitan Zakrzewska zawahała się, a potem wyjęła z torebki przy pasie tabliczkę angielskiej czekolady Catburry, którą chomikowała u siebie jeszcze od startu.
- To na podniesienie morale - powiedziała - A Weronika obiecała, że jak dobrze się spiszesz, dostaniesz całusa.
- No to mam teraz dobry powód by nie skrewić.
- rozpromienił się Krzysiek, który bardzo lubił zarówno czekoladę, jak i Weronikę. Ułamał kawałek tabliczki, wepchnął sobie do ust i po chwili na jego krągłej twarzy pojawił się błogi wyraz rozmarzenia.
- Boska.
Lialianna trzepnęła go po przyjacielsku w kark i wyszła, a Gucia zamknęła za nią klapę. Wieżyczka znowu została odseparowana od reszty statku tak, jakby przygotowywała się do obrony przed inwacją Klingonów.
- Teraz trzeba jeszcze załatwić sprawę von Brauna - pomyślała kapitan, jadąc turbowindą na mostek - Jeśli operacja się powiedzie, trzeba będzie go wypuścić, bo kto przygotuje uroczystą kolację? Ech, ciężki jest los dowódcy. Ciągle te zgniłe kompromisy...
Mamrocząc do siebie z niezadowoleniem wyszła z windy, wpadając od razu na Keras.
- Co pani robi na mostku?! - zagrzmiała.
- Niechże się pani nie złości - ujął się za Klingonką R'Cer, nim zdążyła odpowiedzieć coś niewątpliwie pozbawionego szacunku i nieprzyjemnego. - To ja poprosiłem panią Zajczik, żeby pomogła mi naprawić skaner. W stoczni remontowej wymieniono nasz model na klingoński, zupełnie nie umiem sobie z nim poradzić.
- Ciekawe, co za palant to zrobił
- Lilianna pokręciła głową z dezaprobatą - Hermasz, wiesz coś o tym?
- Jakże by nie, królowo
- odparł komputer - Ten skaner jest zdobyczny. Dali go nam, bo żaden inn y nie dawał się wmontowac w konsolę, a oryginalnych z NX już żadnych nie mieli.
- Mogli choć spytać... Keras, da sobie pani z nim radę?
- toH
- odparła Klingonka - To prosta usterka. Będzie gotów za jakieś pół waszej godziny.. a co to za junk 'ay'?!
Z łożyska skanera wyciągnęła coś, co przypominała dużą, czarną dżdżownicę i przyglądała się temu z wyraźnym pomieszaniem
- Może to się je?
- Nie!
- wrzasnął Trekowski, który z braku lepszego zajęcia oczekiwał na godzinę 0, nudząc się przy konsoli maszynowni - To mały pyton!
- Jezus Maria, skąd tu się wzięły małe pytony?
- jęknęła Inga Lausch, chowając się przezornie za konsolę łączności. Trekowski podszedł i zdecydowanie odebrał Keras wijące się leniwie stworzenie.
- Wygląda na to, że Adam i Ewa złamały jedno z przykazań - stwierdził - Ich tu musi być więcej.
- Co my z nimi zrobimy?
- Arek, zajęty na swoim miejscu jakimiś wyliczeniami, podniósł głowę - Terrariów nam nie starczy.
Profesor wzruszył ramionami.
- Będziemy mieli prezent dla bratniej załogi - odparł - No co, zły pomysł? Jak znalazł.

środa, 18 września 2013

LVI.



Kuba Żmijewski rzadko kiedy pieklił się na swych pacjentów, tym razem jednak dosłownie wyszedł z siebie. Powodem tego nie było nawet to, że przyniesiono mu Michałowa ululanego w drobny mak, ale fakt, że na dzień dobry uszczypnął on doktor Foremną, i to bynajmniej nie w ramię. Na próżno tłumaczono mu, że naczelny inżynier jest zbyt pijany, by wiedzieć kogo szczypie i że równie dobrze mógł w ten sposób potraktować siostrę Lolitę lub nawet Cezarego Figielka.
- Co mi tu za banialuki opowiadacie! Łobuz dobrze wiedział, za co się łapie! - ryczał lekarz - Czekaj no, zasmolony inżynierku, wszystko powiem twojej żonie, wtedy zobaczysz!
- Ja już widziałem
- oznajmił Michałow - Zaglądalem przez szparę do łazienki, gdy twoja brała przysznic...
Urwał, gdyż Kuba zamachnął się i tylko szczęśliwym zbiegiem okoliczności inżynierowi udało się uniknąć ciosu w szczękę.
- Chorego bijesz, łapiduchu?! - wrzasnął, próbując oddać lekarzowi, co jednak mu się nie udawało, gdyż zamiast jednego Kuby widział trzech..
- Takiś pan chory, jak ja Konopnicka - przyszła mężowi w sukurs doktor Foremna - Chyba że mówimy o gorączce mnonopolowej. Lolita, dawaj trzeźwik. Czy Keras też się tak samo zaprawiła jak pan?
Krzysztof Majcher potrząsnął głową z powątpiewaniem.
- Mało prawdopodobne, Klingoni mają mocne głowy. Stawiam na to, że teraz właśnie upija kogoś innego.
Pociągnął Michałowa za wiszący mu na plecach krawat, zmuszając w ten sposób inżyniera, żeby zrobił "siad". Doktor Foremna skorzystała z chwilowego zaskoczenia pacjenta, by wpakować mu w ramię porcję trzeźwika z hypoinjektora. Michałow otrzasnął sie jak pies, co wyszedł z wody i potoczył po obecnych przytomniejszym wzrokiem.
- Wiesz co, Krzysiek, ty to jednak jesteś świnia. - oświadczył z godnością, wstając i poprawiając krawat.
- Do usług - odparł niespeszony Majcher - Możesz mnie oświecić, po co ci na pokładzie ten "zwis męski"? Do munduru pasuje jak kwiatek do kożucha.
- Matias chce zorganizować LARPa w swoim lokalu i próbowaliśmy przebrania.
- wyjaśnił inżynier.
- LARPa? Jeszcze mu mało przygód? - zdziwił się doktor Żmijewski i wydał z siebie ostry pisk, bo kręcąca mu się pod nogami T'Allia dziabnęła go znienacka czymś ostrym.
- No nie, tu dybią na moje życie!
R'Cer wziął córeczkę na ręce i odebrał jej niebezpieczne narzędzie - był to odłupany kawałek jakiegoś plastikowego pojemnika.
- Czy ty masz mało zabawek? - spytał karcąco - Musisz zbierać różne śmieci?
- Ja lubię.
- stwierdziła dziewczynka i pociągnęła ojca za ucho. R'Cer stracił na moment swój zwykły godny wyraz twarzy, bo T'Allia, choć miała zaledwie dwa i pół roku, była po wolkańsku silna i paluszki miała jak ze stali.
- Matka powinna nauczyć cię manier, wiesz?
- Może sam ją pan nauczą?
- wtrąciła się cierpko siostra Lolita - Pan są ojcem.
- Wlej pan temu bachorowi kilka pasów
- poradził Żmijewski, ogladając poszkodowaną łydkę - Ona jest niebezpieczna dla otoczenia. Drętwieję na myśl, że to rośnie.
R'Cer rzucił lekarzowi spojrzenie, którego nawet ślepy nie mógłby nazwać pochlebnym i wyszedł razem z córką na korytarz.
- Ja też lecę - rzekł Majcher - Muszę wszystko sprawdzić, nim wybije czas oddania zbawczej salwy. Gdzie Ośka? Będzie mi potrzebny.
Lolita Niemogę spojrzała na zegarek.
- O tej porze mają pewnie jeszcze sesję terapeutyczną u pani Michałow.
- Chce mi pani wmówić, że on potrzebuje psychoterapii?!
- Ja tak nie mówię, to pani Michałow tak mówią.
- Według Allandry my wszyscy mamy coś z głową
- westchnął Karol Michałow - Pójdę do niej i wyślę Ośkę do wieżyczki.
Allandra Michałow rzeczywiście traktowała swe obowiązki psychologa pokładowego bardzo serio. Założyła kartę każdemu członkowi załogi, korzystając z pomocy oficera personalnego, Bibiany Nowak. Przy okazji wyszło na jaw, skąd Matias von Braun wziął tancerki do swego lokalu - otóż Sixto nie był bynajmniej jedynym pasażerem na gapę. Matias, który już na Ziemi snuł plany przekształcenia mesy w bar, namówił kilka wesołych panienek by ukryły się u niego w kabinie i wyszły dopiero w odległości paru parseków od Ziemi. W ten sposób nikt początkowo nie połapał się w sytuacji, tylko Bibiana liczyła i liczyła, i siwiała od tego, bo wciąż nie zgadzały się jej rejestry załogi. I teraz, gdy Allandra maglowała w swoim gabinecie nieszczęsnego Zajczika, oficer Nowak udała się do kapitan Zakrzawskiej z donosem na pokładowego kucharza i dyplomatę w jednym.
- No proszę, a ja z początku myślałam, że to hologramy - Lilianna pokiwała głową ze zrozumieniem - Proszę zatem poprosić do mnie pana von Braun i te jego figlarki.
Bibiana zasalutowała i wybiegła. Poniewaz jednak dość długo nie zjawiała się z powrotem, kapitan Zakrzewska wyszła z założenia, że jeśli góra nie chce przyjść do Mahometa, to Mahomet musi pofatygować się do góry i udała się do baru. Była jeszcze dość daleko, gdy usłyszała wściekłe okrzyki. Głos von Brauna wywrzaskiwał coś obraźliwego, a wtórowały mu inne, cieńsze i bardziej melodyjne, acz równie nerwowe głosy. Lilianna przyspieszyła kroku i wkrótce znalazła się w mesie, gdzie zastała niecodzienną scenę. W kącie kuliła się przerażona i zapłakana oficer Nowak, zaś von Braun potrząsał pięściami nad jej głową, wykrzykując jakieś zdania, w których na okrągło przewijały się takie komplementy jak "łajza, kapuś, donosiciel". Sekundowały mu skąpo ubrane tancerki, wykazując się nadzwyczaj bogatym słownikiem. Przy barze siedziała mocno wstawiona Keras i popijała coś z wysokiej szklanki, nie odrywając zaciekawionych oczu od tego co się działo.
- Spokój! - ryknęła kapitan - bo zaraz wszyscy wylądujecie w brygu! Co to ma znaczyć?!
Matias odwrócił się do niej z wyraźnie brutalnymi zamiarami, ale przystopował widząc, że intruz to sam dowódca.
- I co by się takiego stało, gdyby ten kabel trzymał swój parszywy jęzor za zębami? - spytał, wyraźnie kończąc wcześniej rozpoczętą myśl.
- Dość - ucięła Lilianna - Lokal zostaje zamknięty, a pan i pańskie pupilki wędrujecie na tydzień do brygu. Hermasz, dawaj mi tu dwa patrole ochrony!
- Już się robi, królowo!
- odezwał się dziarsko bas komputera.
- Ale... za co do brygu? - próbował sie bronić von Braun, jednak przerwała mu jękliwa skarga Bibiany - Chciał mnie zabić!
Personalna rzeczywiście wyglądała jak półtora nieszczęścia. Podarty mundur zwisał z niej w strzępach, a rozmazany makijaż nadawał jej wygląd pijanego Komancza na ścieżce wojennej.
- Gdyby chciał, to byś teraz leżała plackiem. - przychnęła ze swego miejsca pani Zajczik.
- Nie pytałam o zdanie, klingońska przybłędo! - wrzasnęła Nowak.
- A twoja matka hodowała tribble i miała płaskie czoło. - obraziła się Keras i chciała dodać coś jeszcze, gdy do mesy wpadła ochrona.
- Keras, natychmiast do kwatery i wytrzeźwieć. Pani Nowak do zaopatrzenia po nowy mundur i umyć mordę nim wróci pani na służbę. A reszta do brygu - wydała dyspozycje Lilianna - A niech usłyszę o jeszcze jednym wybryku, nim skończymy nasze zadanie, to ja przestanę być taka miła, jasne? Maura, albo będzie pani pilnować porządku jak się patrzy, albo mnie pani popamięta!
Ochrona szybko zlikwidowała awanturę, zamykając von Brauna i wyklinające na czym świat stoi tancerki w osobnych celach.
- Szefowo, ale czemu nasza stara ukarała też całą załogę? - spytał chorąży Czerwonka, gdy już uporali się z tą robotą - Przecież gdy kucharz siedzi, to my wszyscy będziemy skazani na żarcie z replikatorów.
- Pewnie tak
- przyznała smętnie Maura Gwizdak, wielbicielka dobrej kuchni - Nie radzę jednak interpelować naszej kapitan, a w każdym razie nie teraz. Wygląda mi na potwornie wściekłą i na razie lepiej nie wchodzić jej w drogę.

poniedziałek, 9 września 2013

LV

– Pani kapitan, wygląda na to że ci ludzie mają rację – rzekł wreszcie Tuvok – Jeśli wiązki pokryją się z dokładnością do 0.2%, w anomalii otworzy się tunel dość duży, by Voyager mógł się przez niego przecisnąć.
– 0.2% to bardzo mały margines bezpieczeństwa
– Janeway spojrzała na 7of9 – Człowiek nie zdoła osiągnąć tak dobrego wyniku, ale może ty dasz radę, Seven?
– Mam 20% szans na powodzenie.
– odparła dziewczyna spokojnie. R’Cer obrzucił ją powściągliwie zaciekawionym spojrzeniem.
– Proszę mi wybaczyć, czy pani nie jest czasem ze społeczności Borg? – zapytał.
– Byłam.
– Nasz R’Cer znalazł koleżankę.
– stwierdziła sterniczka Bąk.
– Jaką koleżankę? – zdziwił się Neelix i w tym momencie na mostek wmaszerowała nieproszona figura – Karol Michałow, w dodatku pijany jak nieboskie stworzenie. Był boso, miał na sobie tylko bokserki i krawat, nie wiedzieć czemu zwisający na plecach. Roztrącił bez ceremonii zgromadzonych i nagle znalazł się na wprost ekranu, z którego gapiła się na niego poczciwa gęba nieznanego faceta. Przez chwilę wymieniali spojrzenia, potem Michałow zapytał nieco bełkotliwie:
- Przepraszam... jaka rasa?
– Co?
– Rrrrasa.
– Panie Michałow, niechże pan wraca do siebie, poobraża pan naszych gości. –
powiedziała łagodnie Lilianna. Inżynier spojrzał na nią zamglonymi oczami, a potem potoczył wzrokiem po wszystkich i uczynił jakiś nieskoordynowany, szeroki gest lewą ręką.
– Biorę was na świadków – wydukał z pijackim patosem – Czy ja obrażam tę rasę?
- Jestem Talaxianinem.
- wtrącił się Neelix, który wreszcie zrozumiał, o co chodzi. Michałow mamrotał przez chwilę pod nosem, potem machnął ręką ze zniechęceniem.
– Panie, to nie jezd nazwa dla kogoś kto trrroszkę wypity. – stwierdził.
– Przynosi pan wstyd Gwiezdnej Flocie i naszej załodze – R’Cer uznał za stosowne wziąć sprawy w swoje ręce – Gdzie się pan tak urządził?
– Byłem w barze von Brrrrauna... Rrrrozmawiałem z Keras.
– No to musiała być ciekawa rozmowa.
– Rany koguta, R’Cer, wyprowadź pan tego pijanicę do ambulatorium!
– wrzasnęła kapitan, dając wreszcie upust swej popędliwej naturze – Niech go Foremna otrzeźwi, zanim faceta zabiję i zostaniemy bez szefa maszynowni!
– Jolka poradzi sobie i bez niego.
– mruknął z rozbawieniem Trekowski.
– Nawet jeszcze lepiej – przyświadczył Arek z uciechą, nie odrywając zafascynowanych oczu od widoku Wolkanina, szarpiącego się z Michałowem, który wcale nie miał ochoty opuszczać tak ciekawego miejsca jak mostek. Krzysztof Majcher musiał złapać inżyniera za nogi i dopiero wtedy można było go wynieść. Jeszcze z windy było słychać, jak Michałow śpiewa na całe gardło:
- Polej, polej, polej, polej!
Czas wymienić w mózgu olej!
Ty mówisz “Wóda to trumna!”
Gorzała będzie z ciebie bardzo dumna
Alkohol, twierdzisz, to potwór
więc lu go w otwór
żeby, żeby sczezł!
My som szyici
wszystkie zaszyci!
Znamy te chwyty już na wskroś!
Jak będziesz wyglądał zaszyty?
Jak niegdysiejsza dziurka
albo gorsze coś!

Kapitan Zakrzewska chrząknęła z zażenowaniem i zwróciła się ponownie do ekranu, na którym widniały trzy nad wyraz zdumione oblicza.
– No dobra, to były sprawy rodzinne. No więc wracając do naszej rozmowy...
– Proszę mi wybaczyć, ale nagle pani załoga wydała mi się mało godna zaufania. –
przerwała jej Kathryn Janeway. Uznała za cud, że w ogóle udało się jej wydobyć słowo z gardła.
– Bo my nie zasługujemy na zaufanie – odparła spokojnie Lilianna – Mimo to jesteśmy waszą jedyną szansą więc nie bardzo macie wybór. Umówmy się zatem co do czasu operacji, zróbmy swoje i pożegnajmy się grzecznie jak na istoty rozumne przystało.
Siedzący przy jej fotelu Misiek nie wiedzieć czemu wziął to do siebie i liznął dowódcę Hermasza w rękę.
- Oczywiście, piesku, ty też będziesz mógł się żegnać jak my wszyscy.
- Wozi pani ze sobą przedstawiciela nieinteligentnej rasy?
– zapytała 7of9.
– A bo jednego?
– Czy można wiedzieć w jakim celu?
– Nie, nie można, panno cyborgówno. To prywatna sprawa, moja i mojej załogi. To jak, pani kapitan Janeway? Strzelamy czy dajemy sobie spokój i wy zostajecie kręcić się po wsze czasy jak za przeproszeniem gówno w przeręblu, a my idziemy na popijawę do baru von Brauna i lecimy sobie dalej?

Kathryn poczuła zamęt w głowie. Całe jej doświadczenie podpowiadało, by nie wchodzić w żadne układy z tą małą kobietką w dziwacznym mundurze, ale instynkt szeptał, że to jedyna szansa dla Voyagera. Tak czy inaczej, była odpowiedzialna za swoich ludzi i musiała wykorzystać wszystkie dostępne mozliwości.
– Lepiej pokutować za grzechy niż żałować, że się nic nie zrobiło. – rzekł Trekowski, przyglądający się jej z życzliwym uśmiechem – Jak pani nie wierzy, mogę zawołać Pingwina, ona to potwierdzi.
– Czyś pan oszalał? Siostra Ofelia nie będzie nikogo namawiać do grzechu. A więc, droga Kasiu?

Janeway wzdrygnęła się, słysząc te familiarne słowa, a potem westchnęła beznadziejnie.
– Coś w tym jest – powiedziała – Jestem w sytuacji przymusowej. Zrobimy to za, powiedzmy, dziesięć godzin. Musimy skalibrować nasze armatki. Pasuje?
- Jak raz na maczugę. No to hasta la vista, baby. Proszę się odezwać, gdy będziecie gotowi.