Kapitan Picard kontemplował dziwaczny list, póki nie przerwał mu odgłos wiercenia się i ziewania. Lilianna przeciągała się na fotelu, zaróżowiona i wyraźnie odprężona.
– No, teraz mogę już stawić czoła przeciwnościom, a zwłaszcza swoim ludziom. – stwierdziła z zadowoleniem, sprawdzając jednocześnie dłonią, czy jej kok nie rozpadł się w czasie drzemki.
– Nie chciałbym się wtrącać, ale twoja załoga wydaje się mało zdyscyplinowana. – powiedział Picard, ujmując swe przemyślenia jak mógł najdelikatniej. Polska kapitan popatrzyła na niego kpiąco.
– Ilu masz ludzi pod sobą, Jean Luc?
– Na dzień dzisiejszy tysiąc osiemdziesięciu sześciu. Co to ma do rzeczy?
– Ma. Klnę się na wszystkich bogów kwadrantu Alfa, że znacznie łatwiej jest być kapitanem dla ponad tysiąca załogantów, niż pełnić rolę dowódcy dla stu pięciu kapitanów. Popracowałbyś na moim stanowisku trzy dni, a zgłupiałbyś, bracie, na amen.
Picard pomyślał, że nie zaprzeczy, bo w gruncie rzeczy nie ma pojęcia, o czym ta dziwna kobieta mówi. Zaczynał na serio powątpiewać w równowagę umysłową załogi Hermasza, wolał jednak póki co tego nie rozgrzebywać,
Wyszedłszy z biblioteki kapitanowie natknęli się na jakąś dobrze umorusaną postać w ledwie widocznych spod smaru barwach pionu inżynieryjnego. Postać klęczała przy rozgrzebanym panelu dostępu i w takt wyjątkowo dosadnych przekleństw, przerywanych głośną czkawką, dłubała przy mikroobwodach.
– To Stelmach, ten co go doktor Foremna obiecała otrzeźwić – powiedziała Lilianna i zwróciła się do klęczącego - Co jest, Józuś?
To, co odpowiedział uszargany w smarze mechanik, translator kapitana Picarda przetłumaczył jako „samczy narząd płciowy, odbyt z pośladkami i stos odłamków skalnych”, ale dowódca Enterprise-D nie był wcale pewny, czy chodziło właśnie o to. Osobno te słowa miały jakiś sens, razem stawały się nie do zrozumienia. Spojrzał na towarzyszącą mu Polkę, z lekka zdezorientowany, ale ta najwyraźniej nie widziała w tej absurdalnej wypowiedzi nic osobliwego, bo nie kwapiła się z wyjaśnieniami. Zamiast tego spytała:
- Prędko skończysz?
Mechanik spróbował rozpaczliwie wstrzymać powietrze, skutkiem czego beknął jeszcze donośniej, po czym odparł z wyraźną urazą:
- Skończę kiedy skończę.
– Miałeś być przy napędzie warp, co robisz tutaj?
Stelmach najwyraźniej miał dość tego przesłuchania, bo zerknął spode łba i warknął przez zęby:
- Słuchaj no, laska, to jest mój dzień wolny, głowa mnie napieprza jak trędowata cholera, bez przerwy chce mi się rzygać, a mam naprawić wszystkie jeb... przekaźniki mocy. Nie czuję się na siłach odstawiać tu wersalu i tłumaczyć jak chłop krowie na rowie, co konkretnie puściło! Dość, że jeśli tego nie naprawię, będziemy tu tkwić do usranej śmierci.
– A napęd? – wtrącił się lekkomyślnie Picard, na co usłyszał tylko zwięzłe i groźne:
- Spieprzaj, dziadu!
Godny oficer zaniemówił z oburzenia, ale Lilianna pociągnęła go tylko za rękaw.
– Teraz się z nim nie dogadamy – wyjaśniła cicho – Jak dojdzie do siebie, wlepię mu kilka dni aresztu, teraz jednak musi naprawić ten pasztet. Chodźmy do maszynowni, tam się wszystkiego dowiemy.
– Dlaczego pozwalasz, by podwładny zwracał się do ciebie per „laska”?!
– Robi to tylko, gdy jest napity. W naszej sytuacji to mój najmniejszy problem.
Picard pospieszył za nią, myśląc przy tym, że jego dotychczasowa opinia o tej załodze była jednak stanowczo zbyt pochlebna. Bardzo był ciekaw, co zastanie w maszynowni, ale wbrew jego oczekiwaniom wyglądała na równie uporządkowaną co jego własna – jeśli nie liczyć fotosów roznegliżowanych panienek na ścianach. Pod jednym widniał nawet odręczny napis: „Zimna Doda zdrowia doda”. Nie miał pojęcia, co to mogło znaczyć, ale na wszelki wypadek postanowił nie pytać. Zresztą nie bardzo było kogo, bo w maszynowni był tylko jeden człowiek, zarośnięty grubasek, który klęczał przy rozbebeszonej konsoli i grzebał w jej wnętrzu, wypinając na kapitanów na wpół goły zadek. Llianna zignorowała go, rozejrzała się i zawołała:
– Karol! Karol! Gdzie pan jesteś, mordo ty moja?!
– Tutaj!
Z najbliższej tuby Jeffriesa wychyliła się przyzwoicie potargana głowa w nasadzonych krzywo mikroskopowych okularach.
– Już kończę, cholera ciężka. – powiedziała głowa.
– Jest aż tak źle?
– Jeszcze gorzej. Tym razem Qrczak się popisał, wszystko nam rozpieprzył. Grzesiek siedzi w rozdzielni, bo tam jest najgorzej, a Lepek i Jolka montują nową armaturę do kryształów dylitu, choć to nie ich wachta.
– A dlaczego Małpeczka tak się na nas aluzyjnie wypina?
– Kazałem mu nie wstawać, póki nie naprawi konsoli sterującej. Niech zrobi choć tyle
- No dobra. A teraz powiedz mi pan coś jeszcze: dlaczego Stelmach naprawia przełączniki, zamiast zająć się polem siłowym?
Główny inżynier prychnął lekceważąco.
– Pole mamy już z głowy. Słabe jakieś było, Józek raz dwa sobie z nim poradził, choć przy okazji puścił pawia na fotel. Werka Bąk tak mu nawymyślała, ze chyba na samej Andorii było słychać.
– Puść pan pawia, puść
Po co tłamsić go i dusić?
Puść pan pawia, puść
Przecież może pan się zmusić
i wyczarować dla mnie to...
Puść pan pawia, no!
– zanucił niewinnie wypięty grubasek. Kapitan Zakrzewska kopnęła go w pośladek celem uspokojenia i zwróciła się do Michałowa:
- No dobrze, wracaj pan do pracy. Od pana zależy czy się stąd ruszymy.
– Raczej od całego zespołu, kapitanko. Jak zawsze. I od pani też.
Lilianna aż otworzyła usta, bo pierwszy raz główny inżynier odezwał się do niej tak ciepło, ale szybko zamknęła je i zwróciła się do swego towarzysza:
- Chodźmy na mostek. Może tam dowiemy się czegoś konkretnego.
UWAGA!
Realia uniwersum "Star Treka" zostały stworzone przez Gene'a Roddenberry'ego i wszelkie prawa do nich znajdują się obecnie w posiadaniu wytwórni Paramount Pictures.
niedziela, 12 października 2014
wtorek, 30 września 2014
LXXVI. Znaleziony list
Autorką tego odcinka jest Anna Maria Vanitachi
1. Analiza pojęciowa
Nie wiem, czy byłoby słuszne twierdzić, że mam dobrą pamięć. Przywiązuję dużą wagę do nazwisk i dat, porządkowanie tego typu informacji nie nastręcza mi trudności. Zaobserwowałem jednak, że działania, które wydają mi się oczywiste, sprawiają niektórym członkom załogi wiele kłopotów, co każe mi podejrzewać wpływ warunkowania genetycznego i różnic dzielących nasze rasy na struktury pamięciowe. Dziś są Pańskie imieniny. Biorąc pod uwagę wszystkie wynikające z tej daty konsekwencje, dwa miesiące temu rozpocząłem przygotowania mające na celu ustosunkowanie się do propozycji, którą zwykł Pan składać nie wcześniej niż sześć dni przed planowanym bankietem. Trwające około trzech godzin, przeprowadzane codziennie sesje medytacyjne umożliwiły mi, w miarę moich możliwości, na wgląd we własną strukturę osobowości, zwłaszcza mechanizmy wolitywne, świadomie rozpoznane motywacje oraz plusy i minusy Pańskiej oferty. Proszę wybaczyć ewentualnie błędy i nieścisłości – metoda fenomenologiczno-intuicyjna stanowi dla mnie bardzo wymagające narzędzie pracy.
Pojęcia „bankiet imieninowy” użył Pan na określenie cyklicznie powtarzanej procedury, umiejscowionej w okolicach 5 dnia drugiego miesiąca roku. Wyznaczenie konkretnej daty zależy od aktualnie obranej trasy „Enterprise’a” i przyświecających nam priorytetów. Na marginesie niniejszych rozważań – pragnę wyrazić uznanie dla Pańskiej roztropności. Dotychczas wybierał Pan optymalny okres, w którym ani powierzona nam misja badawcza, ani sytuacja na pokładzie nie kolidowały z dodatkowo wygospodarowanym czasem wolnym dla załogi. Nie mam podstaw, by podważać także tegoroczną decyzję.
Wcześniejsze doświadczenia pozwalają mi przewidzieć, że, jak w latach ubiegłych, zaczynająca się o godzinie 21.00 uroczystość zostanie przeciągnięta do późnych godzin popołudniowych dnia następnego z uwagi na chronicznie powtarzające się objawy zatrucia organizmu części załogi, nazywane przez was kacem. Żywię przekonanie, że nie wymaga Pan ode mnie szczegółowego uzasadnienia, dlaczego tak popularny wśród załogantów wyścig (slalom korytarzem na trasie świetlica – toalety) nie budzi mojego szczególnego entuzjazmu. Uznaję jednak, że tego typu ceremoniały służą budowaniu więzi społecznych, analogicznie do otwartych wykładów i sympozjów na Vulcanie, które budzą podobne zainteresowanie miejscowej populacji. Dziedzictwo ludzkiego materiału genetycznego nie oddziałuje widać dość silnie, bym takie zachowania uważał za niezbędne, niemniej postanowiłem uszanować naszą odrębność kulturową i nie komentować zachowania załogi. Dla Pana uczynię wyjątek. Rok temu, po oficjalnym zamknięciu uroczystości, przyszedł Pan do mojej kabiny, twierdząc, że wpadł na nowy pomysł udoskonalenia napędu nadświetlnego, odrzucił Pan moją sugestię, że lepiej porozmawiać o tym z inżynierem, następnie zaczął Pan opowiadać o hodowli bydła w stanie Iowa i zasnął z głową na moich kolanach. Proszę, aby następnym razem uprzedził mnie Pan o swoich planach. Dzięki temu będę mógł przygotować się psychicznie. Umieszczę też w najbliższym otoczeniu książkę (dla siebie) i koc (do przykrycia Pana).
Nie posiadam gruntownego wykształcenia muzycznego, dlatego powstrzymam się od oceny towarzyszącej spotkaniu oprawy muzycznej. Pragnę jednak zaznaczyć, że śpiewanie „Happy Birthday” na imieninach nie jest zbyt logiczne. Fenomenem ludzkiej kultury, który do dziś pozostaje dla mnie zagadką, jest rytuał karaoke. Niemniej, o ile wolno mi się odwołać do nieco mgliście definiowanych wrażeń natury estetycznej, uważam, że ma Pan bardzo ładny głos. Pod pojęciem „ładny” rozumiem, że wywołuje pozytywną reakcję emocjonalną, której natury, niestety, nie jestem w stanie doprecyzować.
Jak być może Pan wie, moja rasa żywi szczególny szacunek wobec życia i stara się nie odbierać go bez specjalnego powodu żadnej istocie czującej. Zaspokajanie potrzeb natury kulinarnej nie jest, w naszych oczach, dostateczną motywacją. Dlatego większość oferowanych w czasie bankietu potraw mi nie odpowiada. Zwłaszcza Pański ulubiony kurczak z grilla. Nie jadam mięsa i nie widzę potrzeby zmieniania tego, dodam – głęboko umotywowanego filozoficznie – zwyczaju. Wiem jednak, że nie przyświecały Panu złe intencje, a odmienna od vulcańskiej kuchnia wynika z innego definiowania życia. Nie zamierzam przekonywać Pana do naszego systemu etycznego. Niniejszy paragraf ma jedynie na celu uzasadnić, czemu widok grillowanego kurczaka nie wydaje mi się atrakcyjny. Korzystając z okazji, pragnę podziękować, że wziął Pan pod uwagę naszą rozmowę na ten temat przeprowadzoną dwa lata temu i zaopatrzył nas Pan w sojowego grillowanego kurczaka. Nie jadłem go, ale postanowiłem zachować swoja porcję na pamiątkę. Wykazałem tym samym zastanawiające roztargnienie, zapominając sprawdzić, kiedy mija data przydatności produktu do spożycia. Przepraszam za pretensje, jakie pod Pańskim adresem kierował w związku z tą sytuacją nasz kucharz. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że, po pierwsze, data przydatności produktu do spożycia nie jest tożsama z datą zdatności produktu do bycia przechowywanym z innymi produktami nadającymi się do spożycia, a ta druga data nie została podana; po drugie, kultywowany w niektórych ludzkich szczepach zwyczaj wymiany podarunków zakłada, że przyjętego daru nie wolno wyrzucić bez narażenia się na ryzyko wywołania negatywnej reakcji emocjonalnej darczyńcy. Wspomniany sojowy grillowany kurczak był pierwszym prezentem, jaki otrzymałem od Pana, i nie mogłem znaleźć w sobie dość sił, aby go, cytuję, „wypierniczyć z lodówki”. Nie przypadła mi też do gustu kierowana wzburzeniem emocjonalna argumentacja naszego kucharza, wedle której kurczak, cytuję, „zasmradza całą lodówkę”. Chociaż po przedstawieniu logicznych argumentów zezwoliłem na jego usunięcie, zaznaczam, że poczułem się osobiście dotknięty takim dyskredytowaniem Pańskiego podarunku.
Pozostaję świadomy faktu, że istoty ludzkie odczuwają silną potrzebę ekspresji, a jednym z najpowszechniejszych katalizatorów zachowań ekspresyjnych są substancje alkoholowe. O niektórych konsekwencjach spożywania ich pisałem w trzecim akapicie niniejszego paragrafu. Alkohol służy uwalnianiu emocji. Z przyczyn dla Pana oczywistych jest dla mnie wysoce niewskazany.
Jeśli z listy aktywności charakterystycznych dla bankietu imieninowego wykreślimy picie, jedzenie grillowanego kurczaka, karaoke i rozmowy prowadzone na zaniżonym poziomie intelektualnym (z uwagi na odurzenie alkoholowe i przewagę komunikatów niewerbalnych), pozostaje taniec. Proszę wybaczyć moją niekompetencję. Widocznie podczas rekrutacji do Gwiezdnej Floty uznano, że znajomość 8 języków obcych rekompensuje całkowitą ignorancję w tym zakresie.
2. W odpowiedzi na Pańskie zaproszenie
Wszystkie przedstawione powyżej argumenty wskazują, że powinienem odrzucić Pańskie zaproszenie. Co też czynię. Jednak, aby zachować wobec Pana pełną uczciwość, muszę nadmienić o kilku innych, niekoniecznie logicznych, przesłankach, które zdecydowały o moim wyborze. Uwagi wstępne ograniczę do pewnej prośby. Niech Pan nie zakłada, że jestem uparty. Nie kieruję się przyjętymi uprzednio założeniami, które uważam za niepodważalne. Przeciwnie, co roku podejmuję tę decyzję od nowa, a fakt, że odpowiedź brzmi „nie”, oznacza, że po dokonaniu aktualizacji moich oczekiwań, nie mam podstaw wnioskować, by inna reakcja była bardziej uzasadniona.
Po pierwsze, Pański argument „cała załoga jest zaproszona” wywołał odczucia, których nie mogłem przewidzieć. Sprawił mi przykrość. Nie tylko dlatego, że nie znajdował potwierdzenia w rzeczywistości: część obsługi woli inaczej spożytkować czas wolny i pojawia się tylko na pierwsze 15 minut, by złożyć Panu życzenia, o czym doskonale Pan wie (w przeciwnym wypadku zaopatrzyłby Pan kuchnię w większy zapas grillowanego kurczaka; z moich obliczeń wynika, że jedzenia nie starczyłoby dla 428 osób). Poczułem się urażony, że odnosi się Pan do mnie jak do wszystkich pozostałych pracowników. Wiem, że to nieracjonalne. Nie widzę żadnych powodów, by miał mnie Pan traktować lepiej niż każdego innego z 426 swoich podwładnych. Znam swoje miejsce. Powoływanie się na moje kompetencje nie ma specjalnie sensu, ponieważ nie znajdują one żadnego zastosowania podczas bankietu imieninowego. A jednak zrobiło mi się smutno.
Po drugie, żadna miarą nie mogę zaprzeczyć, że sprawia mi intelektualną przyjemność rozmowa z Panem oraz nasza gra w szachy. Ale jako bohater wieczoru będzie Pan zobowiązany, a nawet niejako zmuszony, do zabawiania gości. Prawdopodobieństwo, że znajdzie Pan czas na rozmowę ze mną, wynosi poniżej 1%. Nie mogę mieć o to pretensji. Nie mam prawa mieć o to pretensje. Ale z jakiegoś powodu je mam.
Zobaczę wokół Pana tłum ludzi znanych mi co najwyżej z nazwiska, w niektórych wypadkach trudnych nawet do identyfikacji (zapamiętywanie twarzy przychodzi mi z trudem – pod tym względem ludzkie struktury umysłowe działają znacznie sprawniej). Będzie pan rozmawiać z nimi o sprawach wykraczających poza mój zakres doświadczeń. Będzie Pan jeść grillowanego kurczaka, pić wino i tańczyć z minimum 17 kobietami. Będzie się Pan dobrze bawić. Beze mnie.
Uczucie suchości w gardle, przyspieszony puls, pocące się ręce oraz kilka innych reakcji, obserwowalnych na poziomie czysto fizjologicznym, pozwala mi przypuszczać, że ten widok byłby dla mnie bardzo przykry. Prowadzi to do bardzo zaskakujących wniosków. Nie życzę Panu szczęścia. Mógłbym pokusić się o doprecyzowanie: nie życzę Panu szczęścia, w którym nie ma mojego udziału. To znaczy, że nie jestem Pana przyjacielem. Widzę w swojej relacji względem Pana element zaborczości, który mnie zastanawia. Nie znajduję dla niego racjonalnego uzasadnienia. Odczułem ochotę posłużenia się frazą „proszę mnie dobrze zrozumieć”, ale miałbym do tego prawo tylko wówczas, gdybym sam rozumiał siebie i był w stanie nakreślić Panu spójny obraz całej sytuacji. Nie potrafię tego uczynić.
3. Uwagi końcowe
Być może zastanawia się Pan, jak daleko sięgają zdolności adaptacyjne mojej rasy. Jestem Panu wdzięczny, że już po miesiącu naszej współpracy zrezygnował pan z uwag typu „czemu nie możesz się zachowywać jak wszyscy pozostali?”. Jednak niespełna dwanaście miesięcy temu niedwuznacznie sugerowaliście, że „przecież nic” by mi „nie zaszkodziło”, gdybym przyszedł na Pański bankiet. Mam nadzieję, że powyższe objaśnienia pomogą nieco zweryfikować tę przyjętą a priori tezę. Gdyby wysłał mnie pan na przeszpiegi w odległy zakątek Romulusa, prawdopodobnie potrafiłbym się wkraść na podobnie wyglądające przyjęcie i zachowywać w sposób uniemożliwiający odróżnienie mnie od pozostałych uczestników zabawy. Czy życzy Pan sobie takiego przedstawienia? Wbrew obiegowej opinii, jestem dobrym aktorem, a fakt, że nie dostosowuję swojej gestykulacji i mimiki do zachowań i oczekiwań reszty załogi, wiąże się z tym, że oceniłem takie postępowanie za bezproduktywne marnowanie energii. Mam również potwierdzone empirycznie przekonanie o trafności dokonanego przeze mnie wyboru. Gdybym miał wyrazić w podsumowaniu tego rozdziału jakieś swoje oczekiwania czy życzenia… Nie wydaje mi się to konieczne. Uważam Pana za osobę inteligentną i w miarę domyślną. Ale, ponieważ ostatnimi czasy bardzo Pan nalegał, spróbuję zastosować się do Pańskich wskazówek.
Chciałbym móc uważać się za Pańskiego przyjaciela, jednak nie wiem, czy to możliwe. Przyjaciele nie mają przed sobą sekretów. Tak przynajmniej odczytuję ziemski przekaz kulturowy. Tego warunku nie spełniam. Nie ukrywam przed Panem niczego, o czym powinien Pan wiedzieć, ale nie mam dość pewności siebie, by przesunąć granice wzajemnego zaufania poza grunt zawodowy. Są takie momenty, kiedy staram się. Zapewne odgadł Pan, że sprawia mi to dużo trudności. Udzielanie informacji o sobie, poza tymi, które Pan, jako kapitan, musi posiadać, wydaje mi się nieuprawnionym zawłaszczaniem Pańskiej uwagi. Ma Pan pod swoją pieczą ponad 400 ludzi. Każdy z nich może wskazać swój ulubiony kolor, potrawę czy najsmutniejsze wspomnienie z dzieciństwa. Nie rozumiem, czemu pyta mnie Pan o takie kwestie. Być może wynika to z konwencji językowych, których sobie nie uświadamiam. Starałem się odpowiadać szczerze. Potem odkryłem jednak, że na pytanie „Jak leci?” oczekuje Pan zwięzłej i raczej umownej odpowiedzi. Zacząłem podejrzewać, że stosuje Pan wobec mnie politykę indywidualnego traktowania podwładnych – metodę, której skuteczność wydaje mi się wątpliwa. Być może ludzie faktycznie czują się bardziej zobowiązani do lojalności i pracują efektywniej, jeśli kapitan interesuje się ich życiem osobistym, ja jednak nie jestem w stanie starać się ani bardziej, ani mniej, podczas wypełniania moich obowiązków, więc niepotrzebnie traci Pan czas.
Rzeczy, o których Panu nie mówię…Owszem, kilku kwestii wolałbym nie poruszać. Nie jest mi obca psychologicznie potwierdzona intuicja, że to, co nienazwane, nie istnieje. Oczywiście nie dotyczy tego niewielkiego fragmentu rzeczywistości, który możemy badać eksperymentalnie, znajduje jednak szerokie zastosowanie wówczas, gdy w grę wchodzą procesy na poziomie mentalnym. Odnoszę się tutaj do poglądu, że definiowanie stanów emocjonalnych wzmacnia ich oddziaływanie.
Nie chcę obarczać Pana swoimi problemami. Z tym, czego nie mogę zmienić, muszę się pogodzić, zaś to, co mogę zmienić, powinienem zmienić. Opowiadanie panu o rozgoryczeniu spowodowanym procesami, na które nie mam wpływu, wydaje się równie nielogiczne, jak oczekiwanie, że rozmowa o trudnościach pomoże w ich pokonaniu. Sytuację dodatkowo komplikuje czynnik ambicjonalny. Nie lubię przyznawać się przed Panem do własnych ograniczeń. Uczciwość wymaga, bym informował Pana, gdy nie posiadam odpowiednich kwalifikacji do wypełnienia powierzonego mi zadania, co zawsze czynię, jednocześnie starając się o nieustanne podnoszenie swojego zasobu informacji i umiejętności (zacząłem nawet, zgodnie z Pańską sugestią, chodzić na salę gimnastyczną i ostatnio, co przyznaje z nieskrywaną i jakże ludzką dumą, w czasie meczu ping-ponga udało mi się pokonać trzema punktami doktora McCoya). Kiedy jednak moje problemy mają charakter osobisty, wolę o nich nie mówić. W nieco paradoksalny sposób czuję, że to podważyłoby Pańskie zaufanie do mnie. Trudno ufać komuś, kto sam sobie z sobą nie radzi. Tak to jednak wygląda w moim przypadku. Nie zamierzam Pana wtajemniczać w szczegóły.
Przepraszam, jeśli moja adnotacja nie spełnia kryteriów merytorycznych. Gdybym potrafił, napisałbym więcej albo mniej. Swoją sytuację potrafię oddać jedynie przy pomocy metaforycznego wyrażenia „pogubiłem się”. Swoje nadzieje mógłbym wyrazić tylko dopowiedzeniem „…i mam nadzieję, że mnie Pan znajdzie”. Co nadal nie oznacza, że przyjdę na Pański bankiet imieninowy. Ale jeśli, kiedy już ucichnie muzyka, goście wrócą do siebie, a na stole nie pozostanie ani jedno grillowanie udko, miałby pan ochotę przyjść i opowiedzieć mi o tym, jak wykorzystać cytrynówkę do rafinacji nowego typu paliwa, to przygotowałem koc.
PS. I przepraszam za tamtego kurczaka.
Kilka kwestii porządkowych z uwagi na dzień dzisiejszy
1. Analiza pojęciowa
Nie wiem, czy byłoby słuszne twierdzić, że mam dobrą pamięć. Przywiązuję dużą wagę do nazwisk i dat, porządkowanie tego typu informacji nie nastręcza mi trudności. Zaobserwowałem jednak, że działania, które wydają mi się oczywiste, sprawiają niektórym członkom załogi wiele kłopotów, co każe mi podejrzewać wpływ warunkowania genetycznego i różnic dzielących nasze rasy na struktury pamięciowe. Dziś są Pańskie imieniny. Biorąc pod uwagę wszystkie wynikające z tej daty konsekwencje, dwa miesiące temu rozpocząłem przygotowania mające na celu ustosunkowanie się do propozycji, którą zwykł Pan składać nie wcześniej niż sześć dni przed planowanym bankietem. Trwające około trzech godzin, przeprowadzane codziennie sesje medytacyjne umożliwiły mi, w miarę moich możliwości, na wgląd we własną strukturę osobowości, zwłaszcza mechanizmy wolitywne, świadomie rozpoznane motywacje oraz plusy i minusy Pańskiej oferty. Proszę wybaczyć ewentualnie błędy i nieścisłości – metoda fenomenologiczno-intuicyjna stanowi dla mnie bardzo wymagające narzędzie pracy.
Pojęcia „bankiet imieninowy” użył Pan na określenie cyklicznie powtarzanej procedury, umiejscowionej w okolicach 5 dnia drugiego miesiąca roku. Wyznaczenie konkretnej daty zależy od aktualnie obranej trasy „Enterprise’a” i przyświecających nam priorytetów. Na marginesie niniejszych rozważań – pragnę wyrazić uznanie dla Pańskiej roztropności. Dotychczas wybierał Pan optymalny okres, w którym ani powierzona nam misja badawcza, ani sytuacja na pokładzie nie kolidowały z dodatkowo wygospodarowanym czasem wolnym dla załogi. Nie mam podstaw, by podważać także tegoroczną decyzję.
Wcześniejsze doświadczenia pozwalają mi przewidzieć, że, jak w latach ubiegłych, zaczynająca się o godzinie 21.00 uroczystość zostanie przeciągnięta do późnych godzin popołudniowych dnia następnego z uwagi na chronicznie powtarzające się objawy zatrucia organizmu części załogi, nazywane przez was kacem. Żywię przekonanie, że nie wymaga Pan ode mnie szczegółowego uzasadnienia, dlaczego tak popularny wśród załogantów wyścig (slalom korytarzem na trasie świetlica – toalety) nie budzi mojego szczególnego entuzjazmu. Uznaję jednak, że tego typu ceremoniały służą budowaniu więzi społecznych, analogicznie do otwartych wykładów i sympozjów na Vulcanie, które budzą podobne zainteresowanie miejscowej populacji. Dziedzictwo ludzkiego materiału genetycznego nie oddziałuje widać dość silnie, bym takie zachowania uważał za niezbędne, niemniej postanowiłem uszanować naszą odrębność kulturową i nie komentować zachowania załogi. Dla Pana uczynię wyjątek. Rok temu, po oficjalnym zamknięciu uroczystości, przyszedł Pan do mojej kabiny, twierdząc, że wpadł na nowy pomysł udoskonalenia napędu nadświetlnego, odrzucił Pan moją sugestię, że lepiej porozmawiać o tym z inżynierem, następnie zaczął Pan opowiadać o hodowli bydła w stanie Iowa i zasnął z głową na moich kolanach. Proszę, aby następnym razem uprzedził mnie Pan o swoich planach. Dzięki temu będę mógł przygotować się psychicznie. Umieszczę też w najbliższym otoczeniu książkę (dla siebie) i koc (do przykrycia Pana).
Nie posiadam gruntownego wykształcenia muzycznego, dlatego powstrzymam się od oceny towarzyszącej spotkaniu oprawy muzycznej. Pragnę jednak zaznaczyć, że śpiewanie „Happy Birthday” na imieninach nie jest zbyt logiczne. Fenomenem ludzkiej kultury, który do dziś pozostaje dla mnie zagadką, jest rytuał karaoke. Niemniej, o ile wolno mi się odwołać do nieco mgliście definiowanych wrażeń natury estetycznej, uważam, że ma Pan bardzo ładny głos. Pod pojęciem „ładny” rozumiem, że wywołuje pozytywną reakcję emocjonalną, której natury, niestety, nie jestem w stanie doprecyzować.
Jak być może Pan wie, moja rasa żywi szczególny szacunek wobec życia i stara się nie odbierać go bez specjalnego powodu żadnej istocie czującej. Zaspokajanie potrzeb natury kulinarnej nie jest, w naszych oczach, dostateczną motywacją. Dlatego większość oferowanych w czasie bankietu potraw mi nie odpowiada. Zwłaszcza Pański ulubiony kurczak z grilla. Nie jadam mięsa i nie widzę potrzeby zmieniania tego, dodam – głęboko umotywowanego filozoficznie – zwyczaju. Wiem jednak, że nie przyświecały Panu złe intencje, a odmienna od vulcańskiej kuchnia wynika z innego definiowania życia. Nie zamierzam przekonywać Pana do naszego systemu etycznego. Niniejszy paragraf ma jedynie na celu uzasadnić, czemu widok grillowanego kurczaka nie wydaje mi się atrakcyjny. Korzystając z okazji, pragnę podziękować, że wziął Pan pod uwagę naszą rozmowę na ten temat przeprowadzoną dwa lata temu i zaopatrzył nas Pan w sojowego grillowanego kurczaka. Nie jadłem go, ale postanowiłem zachować swoja porcję na pamiątkę. Wykazałem tym samym zastanawiające roztargnienie, zapominając sprawdzić, kiedy mija data przydatności produktu do spożycia. Przepraszam za pretensje, jakie pod Pańskim adresem kierował w związku z tą sytuacją nasz kucharz. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że, po pierwsze, data przydatności produktu do spożycia nie jest tożsama z datą zdatności produktu do bycia przechowywanym z innymi produktami nadającymi się do spożycia, a ta druga data nie została podana; po drugie, kultywowany w niektórych ludzkich szczepach zwyczaj wymiany podarunków zakłada, że przyjętego daru nie wolno wyrzucić bez narażenia się na ryzyko wywołania negatywnej reakcji emocjonalnej darczyńcy. Wspomniany sojowy grillowany kurczak był pierwszym prezentem, jaki otrzymałem od Pana, i nie mogłem znaleźć w sobie dość sił, aby go, cytuję, „wypierniczyć z lodówki”. Nie przypadła mi też do gustu kierowana wzburzeniem emocjonalna argumentacja naszego kucharza, wedle której kurczak, cytuję, „zasmradza całą lodówkę”. Chociaż po przedstawieniu logicznych argumentów zezwoliłem na jego usunięcie, zaznaczam, że poczułem się osobiście dotknięty takim dyskredytowaniem Pańskiego podarunku.
Pozostaję świadomy faktu, że istoty ludzkie odczuwają silną potrzebę ekspresji, a jednym z najpowszechniejszych katalizatorów zachowań ekspresyjnych są substancje alkoholowe. O niektórych konsekwencjach spożywania ich pisałem w trzecim akapicie niniejszego paragrafu. Alkohol służy uwalnianiu emocji. Z przyczyn dla Pana oczywistych jest dla mnie wysoce niewskazany.
Jeśli z listy aktywności charakterystycznych dla bankietu imieninowego wykreślimy picie, jedzenie grillowanego kurczaka, karaoke i rozmowy prowadzone na zaniżonym poziomie intelektualnym (z uwagi na odurzenie alkoholowe i przewagę komunikatów niewerbalnych), pozostaje taniec. Proszę wybaczyć moją niekompetencję. Widocznie podczas rekrutacji do Gwiezdnej Floty uznano, że znajomość 8 języków obcych rekompensuje całkowitą ignorancję w tym zakresie.
2. W odpowiedzi na Pańskie zaproszenie
Wszystkie przedstawione powyżej argumenty wskazują, że powinienem odrzucić Pańskie zaproszenie. Co też czynię. Jednak, aby zachować wobec Pana pełną uczciwość, muszę nadmienić o kilku innych, niekoniecznie logicznych, przesłankach, które zdecydowały o moim wyborze. Uwagi wstępne ograniczę do pewnej prośby. Niech Pan nie zakłada, że jestem uparty. Nie kieruję się przyjętymi uprzednio założeniami, które uważam za niepodważalne. Przeciwnie, co roku podejmuję tę decyzję od nowa, a fakt, że odpowiedź brzmi „nie”, oznacza, że po dokonaniu aktualizacji moich oczekiwań, nie mam podstaw wnioskować, by inna reakcja była bardziej uzasadniona.
Po pierwsze, Pański argument „cała załoga jest zaproszona” wywołał odczucia, których nie mogłem przewidzieć. Sprawił mi przykrość. Nie tylko dlatego, że nie znajdował potwierdzenia w rzeczywistości: część obsługi woli inaczej spożytkować czas wolny i pojawia się tylko na pierwsze 15 minut, by złożyć Panu życzenia, o czym doskonale Pan wie (w przeciwnym wypadku zaopatrzyłby Pan kuchnię w większy zapas grillowanego kurczaka; z moich obliczeń wynika, że jedzenia nie starczyłoby dla 428 osób). Poczułem się urażony, że odnosi się Pan do mnie jak do wszystkich pozostałych pracowników. Wiem, że to nieracjonalne. Nie widzę żadnych powodów, by miał mnie Pan traktować lepiej niż każdego innego z 426 swoich podwładnych. Znam swoje miejsce. Powoływanie się na moje kompetencje nie ma specjalnie sensu, ponieważ nie znajdują one żadnego zastosowania podczas bankietu imieninowego. A jednak zrobiło mi się smutno.
Po drugie, żadna miarą nie mogę zaprzeczyć, że sprawia mi intelektualną przyjemność rozmowa z Panem oraz nasza gra w szachy. Ale jako bohater wieczoru będzie Pan zobowiązany, a nawet niejako zmuszony, do zabawiania gości. Prawdopodobieństwo, że znajdzie Pan czas na rozmowę ze mną, wynosi poniżej 1%. Nie mogę mieć o to pretensji. Nie mam prawa mieć o to pretensje. Ale z jakiegoś powodu je mam.
Zobaczę wokół Pana tłum ludzi znanych mi co najwyżej z nazwiska, w niektórych wypadkach trudnych nawet do identyfikacji (zapamiętywanie twarzy przychodzi mi z trudem – pod tym względem ludzkie struktury umysłowe działają znacznie sprawniej). Będzie pan rozmawiać z nimi o sprawach wykraczających poza mój zakres doświadczeń. Będzie Pan jeść grillowanego kurczaka, pić wino i tańczyć z minimum 17 kobietami. Będzie się Pan dobrze bawić. Beze mnie.
Uczucie suchości w gardle, przyspieszony puls, pocące się ręce oraz kilka innych reakcji, obserwowalnych na poziomie czysto fizjologicznym, pozwala mi przypuszczać, że ten widok byłby dla mnie bardzo przykry. Prowadzi to do bardzo zaskakujących wniosków. Nie życzę Panu szczęścia. Mógłbym pokusić się o doprecyzowanie: nie życzę Panu szczęścia, w którym nie ma mojego udziału. To znaczy, że nie jestem Pana przyjacielem. Widzę w swojej relacji względem Pana element zaborczości, który mnie zastanawia. Nie znajduję dla niego racjonalnego uzasadnienia. Odczułem ochotę posłużenia się frazą „proszę mnie dobrze zrozumieć”, ale miałbym do tego prawo tylko wówczas, gdybym sam rozumiał siebie i był w stanie nakreślić Panu spójny obraz całej sytuacji. Nie potrafię tego uczynić.
3. Uwagi końcowe
Być może zastanawia się Pan, jak daleko sięgają zdolności adaptacyjne mojej rasy. Jestem Panu wdzięczny, że już po miesiącu naszej współpracy zrezygnował pan z uwag typu „czemu nie możesz się zachowywać jak wszyscy pozostali?”. Jednak niespełna dwanaście miesięcy temu niedwuznacznie sugerowaliście, że „przecież nic” by mi „nie zaszkodziło”, gdybym przyszedł na Pański bankiet. Mam nadzieję, że powyższe objaśnienia pomogą nieco zweryfikować tę przyjętą a priori tezę. Gdyby wysłał mnie pan na przeszpiegi w odległy zakątek Romulusa, prawdopodobnie potrafiłbym się wkraść na podobnie wyglądające przyjęcie i zachowywać w sposób uniemożliwiający odróżnienie mnie od pozostałych uczestników zabawy. Czy życzy Pan sobie takiego przedstawienia? Wbrew obiegowej opinii, jestem dobrym aktorem, a fakt, że nie dostosowuję swojej gestykulacji i mimiki do zachowań i oczekiwań reszty załogi, wiąże się z tym, że oceniłem takie postępowanie za bezproduktywne marnowanie energii. Mam również potwierdzone empirycznie przekonanie o trafności dokonanego przeze mnie wyboru. Gdybym miał wyrazić w podsumowaniu tego rozdziału jakieś swoje oczekiwania czy życzenia… Nie wydaje mi się to konieczne. Uważam Pana za osobę inteligentną i w miarę domyślną. Ale, ponieważ ostatnimi czasy bardzo Pan nalegał, spróbuję zastosować się do Pańskich wskazówek.
Chciałbym móc uważać się za Pańskiego przyjaciela, jednak nie wiem, czy to możliwe. Przyjaciele nie mają przed sobą sekretów. Tak przynajmniej odczytuję ziemski przekaz kulturowy. Tego warunku nie spełniam. Nie ukrywam przed Panem niczego, o czym powinien Pan wiedzieć, ale nie mam dość pewności siebie, by przesunąć granice wzajemnego zaufania poza grunt zawodowy. Są takie momenty, kiedy staram się. Zapewne odgadł Pan, że sprawia mi to dużo trudności. Udzielanie informacji o sobie, poza tymi, które Pan, jako kapitan, musi posiadać, wydaje mi się nieuprawnionym zawłaszczaniem Pańskiej uwagi. Ma Pan pod swoją pieczą ponad 400 ludzi. Każdy z nich może wskazać swój ulubiony kolor, potrawę czy najsmutniejsze wspomnienie z dzieciństwa. Nie rozumiem, czemu pyta mnie Pan o takie kwestie. Być może wynika to z konwencji językowych, których sobie nie uświadamiam. Starałem się odpowiadać szczerze. Potem odkryłem jednak, że na pytanie „Jak leci?” oczekuje Pan zwięzłej i raczej umownej odpowiedzi. Zacząłem podejrzewać, że stosuje Pan wobec mnie politykę indywidualnego traktowania podwładnych – metodę, której skuteczność wydaje mi się wątpliwa. Być może ludzie faktycznie czują się bardziej zobowiązani do lojalności i pracują efektywniej, jeśli kapitan interesuje się ich życiem osobistym, ja jednak nie jestem w stanie starać się ani bardziej, ani mniej, podczas wypełniania moich obowiązków, więc niepotrzebnie traci Pan czas.
Rzeczy, o których Panu nie mówię…Owszem, kilku kwestii wolałbym nie poruszać. Nie jest mi obca psychologicznie potwierdzona intuicja, że to, co nienazwane, nie istnieje. Oczywiście nie dotyczy tego niewielkiego fragmentu rzeczywistości, który możemy badać eksperymentalnie, znajduje jednak szerokie zastosowanie wówczas, gdy w grę wchodzą procesy na poziomie mentalnym. Odnoszę się tutaj do poglądu, że definiowanie stanów emocjonalnych wzmacnia ich oddziaływanie.
Nie chcę obarczać Pana swoimi problemami. Z tym, czego nie mogę zmienić, muszę się pogodzić, zaś to, co mogę zmienić, powinienem zmienić. Opowiadanie panu o rozgoryczeniu spowodowanym procesami, na które nie mam wpływu, wydaje się równie nielogiczne, jak oczekiwanie, że rozmowa o trudnościach pomoże w ich pokonaniu. Sytuację dodatkowo komplikuje czynnik ambicjonalny. Nie lubię przyznawać się przed Panem do własnych ograniczeń. Uczciwość wymaga, bym informował Pana, gdy nie posiadam odpowiednich kwalifikacji do wypełnienia powierzonego mi zadania, co zawsze czynię, jednocześnie starając się o nieustanne podnoszenie swojego zasobu informacji i umiejętności (zacząłem nawet, zgodnie z Pańską sugestią, chodzić na salę gimnastyczną i ostatnio, co przyznaje z nieskrywaną i jakże ludzką dumą, w czasie meczu ping-ponga udało mi się pokonać trzema punktami doktora McCoya). Kiedy jednak moje problemy mają charakter osobisty, wolę o nich nie mówić. W nieco paradoksalny sposób czuję, że to podważyłoby Pańskie zaufanie do mnie. Trudno ufać komuś, kto sam sobie z sobą nie radzi. Tak to jednak wygląda w moim przypadku. Nie zamierzam Pana wtajemniczać w szczegóły.
Przepraszam, jeśli moja adnotacja nie spełnia kryteriów merytorycznych. Gdybym potrafił, napisałbym więcej albo mniej. Swoją sytuację potrafię oddać jedynie przy pomocy metaforycznego wyrażenia „pogubiłem się”. Swoje nadzieje mógłbym wyrazić tylko dopowiedzeniem „…i mam nadzieję, że mnie Pan znajdzie”. Co nadal nie oznacza, że przyjdę na Pański bankiet imieninowy. Ale jeśli, kiedy już ucichnie muzyka, goście wrócą do siebie, a na stole nie pozostanie ani jedno grillowanie udko, miałby pan ochotę przyjść i opowiedzieć mi o tym, jak wykorzystać cytrynówkę do rafinacji nowego typu paliwa, to przygotowałem koc.
PS. I przepraszam za tamtego kurczaka.
niedziela, 21 września 2014
LXXV
Przez chwilę trwała cisza, potem kapitan Zakrzewska zaklęła szpetnie i stwierdziła:
- Założę się, że to sprawka tego Qtasa.
- Kogo? – zainteresował się gwałtownie kapitan Picard.
– A, takiego jednego.
– Q? Istota Q?
– Znasz tego dupka?
– Chciałbym powiedzieć, że nie. Ma coś do ciebie?
– Nie potraktowałam go z wyszukaną kurtuazją, jeśli o to chodzi. Faktycznie mógł się obrazić.
– No to macie problem, ten osobnik jest mściwy – powiedziała Deanna Troi ze współczuciem – To pole siłowe może być trudne do usunięcia.
– Zobaczymy – Lilianna podeszła do ściany, wzięła przypięty do stylowej zawieszki mikrofon i krzyknęła do niego - =/\= Michałow do mnie, i to w tej chwili!
Głośnik zazgrzytał i po chwili dał się z niego słyszeć obrażony głos:
=/\= W tej chwili to w Brazyli, a w Polsce jak kto chce! Przyjdę jak będę chciał.
– Ależ dyscyplina w tej żałosnej załodze.- mruknął z pogardą Worf. Zaraz jednak pożałował swego wtrącalstwa, bo Keras tak go grzmotnęła oburącz w kark, że aż przysiadł.
– Słuchaj no, przybłędo! – wrzasnęła wściekle – Ta żałosna załoga jest MOJĄ żałosną załogą i każdemu, kto ośmieli się ją krytykować w mojej obecności, wepchnę swój osobisty d'k tahg przez gardło aż do samej dupy! Czy to jasne?!
– Ja... jasne...- wydukał Worf, a z jego miny wyraźnie można było wyczytać że zastanawia się, czemu ściany dookoła tak kołują. Keras roztarła ręce i zwróciła się do swojej kapitan:
- Może już pani kontynuować.
Lilianna z cała powagą skinęła głową i znowu zbliżyła mikrofon do ust.
=/\= Inżynierze, nie czas na fochy. Kto jest u nas specjalistą od pól siłowych?
Przez głośnik słychać było, jak Michałow mamrocze coś z niezadowoleniem, potem burknął:
=/\= Józek Stelmach jest w tym debeściak.
=/\= No to dawaj go tu.
=/\= Nie mogę. Jest pijany w cztery dupy.
– Karol, nie wyrażaj się. – dobiegł z głębi maszynowni karcący głos Allandry.
– Dupa, dupa, dupa! – rozdarł się inżynier – Jak będę chciał, powiem jeszcze więcej! Nikt mi nie będzie zakazywał, nawet rodzona żona!
=/\= Rany julek, otrzeźwcie tego idiotę, skoro się schlał.- jęknęła Lilianna – I w ogóle jak on śmiał na służbie?
=/\= A kto powiedział że na służbie? Skończył wachtę i poszedł zalać robaka, takie jego zbójnickie prawo. Po służbie każdy ma prawo być pijany.
=/\= No to odpijańcie, jasne?! Za pięć minut ma być trzeźwy!
=/\= Gdybym wiedział jak to się robi, zostałbym znachorem na Fidżi i tłukłbym kasę, aż by dym leciał... na pewno nie gniłbym jako inżynier na tej skorupie.
– No no no, tylko nie skorupie! – obraził się Hermasz, który jak zwykle wszystko podsłuchiwał.
– Jak wy możecie żyć z tym wiecznym nadzorem? – chciała wiedzieć Troi. Hermasz tak bardzo różnił się w swych reakcjach od Daty, że zastanawiała się w skrytości ducha, czy aby na pewno ta inteligencja jest sztuczna. Myśląc o tym zorientowała się nagle, że nie widziała androida już od jakiegoś czasu. Gdzie też mógł się podziać?
– Przywykliśmy – odparła z roztargnieniem Lilianna – Kurcze blade, trzeba jakoś przywrócić tego idiotę Stelmacha do stanu używalności....
W głośniku szczęknęło i na linię włączył się dział medyczny. Przez roztargnienie pani kapitan przełączyła hebelek opcji na “Telekonferencję” i w efekcie caly statek słyszał jej rozmowę z Michałowem. Również ambulatorium.
=/\= Pani mi da piętnaście minut – powiedziała doktor Foremna – Już ja się zajmę tym typkiem, że nie tylko wytrzeźwieje, ale i “Pana Tadeusza” z pamięci będzie recytował.
=/\= Dobra, ma pani wolną rękę – westchnęła kapitan z rezygnacją – Jak Stelmasz odzyska sprawność umysłu, ma zająć się problemem tego pola siłowego, które nas otacza i jak najszybciej je zlikwidować. Pani mu powtórzy, że nie obchodzi mnie czy to wykonalne czy nie. Ma to zrobić. Ja będę w bibliotece z naszymi gośćmi, jakby co.
Prawdę mówiąc chciała po prostu chwilę odpocząć od powstałego zamieszania, a nie mogła wyrzucić dostojnych gości przez śluzę, na co – prawdę mówiąc – miała w tym momencie wielką ochotę.
– Ja pójdę poszukać Daty – powiedziała Deanna z własciwym sobie wyczuciem chwili – Worf, zechcesz mi towarzyszyć?
– Zechcę.- warknął Klingon, wciąż rozcierając bolący kark i popatrując przy tym na Keras, która ukradkiem pokazała mu zwiniętą pięść. Wyraz jej twarzy był łatwy do odczytania i Worf przyrzekł sobie, że będzie trzymał usta na kłódkę, póki nie opuści pokładu tego dziwacznego statku.
Kapitan Zakrzewska i Jean Luc Picard przeszli do pokładowej biblioteki, urządzonej po staroświecku i kapitan Enterprise aż gwizdnął na widok zgromadzonych tam tomów.
– Wolicie retro?
– A tak jakoś.... Papierowa książka ma duszę, czego nie da się powiedzieć o formie elektronicznej.
– Ambasador Spock by w tym momencie powiedział, ze to wysoce nielogiczne stwierdzenie. – zachichotał Picard.
– Ambasador? To ten spiczastouchy jeszcze żyje i jest teraz ambasadorem?
– Tak, na Romulusie. Widzieliśmy się całkiem niedawno.
– O, to fajnie – ucieszyła się Lilianna – Mam tu coś co do niego należy.
Wyjęła z szuflady ciężkiego biurka kilka złożonych kartek.
– Kiedyś gościliśmy tu kapitana Kirka i jego wolkańskiego przydupasa – wyjaśniła – Zostawili to przez zapomnienie, a ja tak nosiłam w te i wewte... Co ich spotkałam, to zapominałam oddać, bo coś się działo no i tak mam toto do dziś. Może jeśli kiedyś zobaczysz jeszcze Spocka, to mu oddaj.
– Tradycyjny list?
– Widać Spock to nie taki znowu przeciwnik starych rozwiązań.
Picard przyjął machinalne podane mu kartki, nie przerywając rozglądania się po bibliotece.
– Mogę tu trochę poszperać? – spytał. Lilianna ziewnęła.
– Rób co chcesz – przyzwoliła – Wiesz co? Bądź aniołem i pozwól mi się trochę zdrzemnąć, choć kwadrans. Jestem wykończona. Jakby co się działo, to mnie obudź, ale lepiej nie.
- Dobra. Ja sobie znajdę coś do czytania, a ty się prześpij.
Lilianna zwinęła się jak kotka w jednym z głębokich foteli i natychmiast zasnęła. Kapitan Picard dokończył zwiedzanie biblioteki i sam zapadł w drugi fotel. Sam był bardzo zmęczony. Machinalnie rozłożył trzymane wciąż w ręku kartki i zaczął czytać. W miarę tej czynności jego oczy robiły się coraz bardziej okrągłe....
- Założę się, że to sprawka tego Qtasa.
- Kogo? – zainteresował się gwałtownie kapitan Picard.
– A, takiego jednego.
– Q? Istota Q?
– Znasz tego dupka?
– Chciałbym powiedzieć, że nie. Ma coś do ciebie?
– Nie potraktowałam go z wyszukaną kurtuazją, jeśli o to chodzi. Faktycznie mógł się obrazić.
– No to macie problem, ten osobnik jest mściwy – powiedziała Deanna Troi ze współczuciem – To pole siłowe może być trudne do usunięcia.
– Zobaczymy – Lilianna podeszła do ściany, wzięła przypięty do stylowej zawieszki mikrofon i krzyknęła do niego - =/\= Michałow do mnie, i to w tej chwili!
Głośnik zazgrzytał i po chwili dał się z niego słyszeć obrażony głos:
=/\= W tej chwili to w Brazyli, a w Polsce jak kto chce! Przyjdę jak będę chciał.
– Ależ dyscyplina w tej żałosnej załodze.- mruknął z pogardą Worf. Zaraz jednak pożałował swego wtrącalstwa, bo Keras tak go grzmotnęła oburącz w kark, że aż przysiadł.
– Słuchaj no, przybłędo! – wrzasnęła wściekle – Ta żałosna załoga jest MOJĄ żałosną załogą i każdemu, kto ośmieli się ją krytykować w mojej obecności, wepchnę swój osobisty d'k tahg przez gardło aż do samej dupy! Czy to jasne?!
– Ja... jasne...- wydukał Worf, a z jego miny wyraźnie można było wyczytać że zastanawia się, czemu ściany dookoła tak kołują. Keras roztarła ręce i zwróciła się do swojej kapitan:
- Może już pani kontynuować.
Lilianna z cała powagą skinęła głową i znowu zbliżyła mikrofon do ust.
=/\= Inżynierze, nie czas na fochy. Kto jest u nas specjalistą od pól siłowych?
Przez głośnik słychać było, jak Michałow mamrocze coś z niezadowoleniem, potem burknął:
=/\= Józek Stelmach jest w tym debeściak.
=/\= No to dawaj go tu.
=/\= Nie mogę. Jest pijany w cztery dupy.
– Karol, nie wyrażaj się. – dobiegł z głębi maszynowni karcący głos Allandry.
– Dupa, dupa, dupa! – rozdarł się inżynier – Jak będę chciał, powiem jeszcze więcej! Nikt mi nie będzie zakazywał, nawet rodzona żona!
=/\= Rany julek, otrzeźwcie tego idiotę, skoro się schlał.- jęknęła Lilianna – I w ogóle jak on śmiał na służbie?
=/\= A kto powiedział że na służbie? Skończył wachtę i poszedł zalać robaka, takie jego zbójnickie prawo. Po służbie każdy ma prawo być pijany.
=/\= No to odpijańcie, jasne?! Za pięć minut ma być trzeźwy!
=/\= Gdybym wiedział jak to się robi, zostałbym znachorem na Fidżi i tłukłbym kasę, aż by dym leciał... na pewno nie gniłbym jako inżynier na tej skorupie.
– No no no, tylko nie skorupie! – obraził się Hermasz, który jak zwykle wszystko podsłuchiwał.
– Jak wy możecie żyć z tym wiecznym nadzorem? – chciała wiedzieć Troi. Hermasz tak bardzo różnił się w swych reakcjach od Daty, że zastanawiała się w skrytości ducha, czy aby na pewno ta inteligencja jest sztuczna. Myśląc o tym zorientowała się nagle, że nie widziała androida już od jakiegoś czasu. Gdzie też mógł się podziać?
– Przywykliśmy – odparła z roztargnieniem Lilianna – Kurcze blade, trzeba jakoś przywrócić tego idiotę Stelmacha do stanu używalności....
W głośniku szczęknęło i na linię włączył się dział medyczny. Przez roztargnienie pani kapitan przełączyła hebelek opcji na “Telekonferencję” i w efekcie caly statek słyszał jej rozmowę z Michałowem. Również ambulatorium.
=/\= Pani mi da piętnaście minut – powiedziała doktor Foremna – Już ja się zajmę tym typkiem, że nie tylko wytrzeźwieje, ale i “Pana Tadeusza” z pamięci będzie recytował.
=/\= Dobra, ma pani wolną rękę – westchnęła kapitan z rezygnacją – Jak Stelmasz odzyska sprawność umysłu, ma zająć się problemem tego pola siłowego, które nas otacza i jak najszybciej je zlikwidować. Pani mu powtórzy, że nie obchodzi mnie czy to wykonalne czy nie. Ma to zrobić. Ja będę w bibliotece z naszymi gośćmi, jakby co.
Prawdę mówiąc chciała po prostu chwilę odpocząć od powstałego zamieszania, a nie mogła wyrzucić dostojnych gości przez śluzę, na co – prawdę mówiąc – miała w tym momencie wielką ochotę.
– Ja pójdę poszukać Daty – powiedziała Deanna z własciwym sobie wyczuciem chwili – Worf, zechcesz mi towarzyszyć?
– Zechcę.- warknął Klingon, wciąż rozcierając bolący kark i popatrując przy tym na Keras, która ukradkiem pokazała mu zwiniętą pięść. Wyraz jej twarzy był łatwy do odczytania i Worf przyrzekł sobie, że będzie trzymał usta na kłódkę, póki nie opuści pokładu tego dziwacznego statku.
Kapitan Zakrzewska i Jean Luc Picard przeszli do pokładowej biblioteki, urządzonej po staroświecku i kapitan Enterprise aż gwizdnął na widok zgromadzonych tam tomów.
– Wolicie retro?
– A tak jakoś.... Papierowa książka ma duszę, czego nie da się powiedzieć o formie elektronicznej.
– Ambasador Spock by w tym momencie powiedział, ze to wysoce nielogiczne stwierdzenie. – zachichotał Picard.
– Ambasador? To ten spiczastouchy jeszcze żyje i jest teraz ambasadorem?
– Tak, na Romulusie. Widzieliśmy się całkiem niedawno.
– O, to fajnie – ucieszyła się Lilianna – Mam tu coś co do niego należy.
Wyjęła z szuflady ciężkiego biurka kilka złożonych kartek.
– Kiedyś gościliśmy tu kapitana Kirka i jego wolkańskiego przydupasa – wyjaśniła – Zostawili to przez zapomnienie, a ja tak nosiłam w te i wewte... Co ich spotkałam, to zapominałam oddać, bo coś się działo no i tak mam toto do dziś. Może jeśli kiedyś zobaczysz jeszcze Spocka, to mu oddaj.
– Tradycyjny list?
– Widać Spock to nie taki znowu przeciwnik starych rozwiązań.
Picard przyjął machinalne podane mu kartki, nie przerywając rozglądania się po bibliotece.
– Mogę tu trochę poszperać? – spytał. Lilianna ziewnęła.
– Rób co chcesz – przyzwoliła – Wiesz co? Bądź aniołem i pozwól mi się trochę zdrzemnąć, choć kwadrans. Jestem wykończona. Jakby co się działo, to mnie obudź, ale lepiej nie.
- Dobra. Ja sobie znajdę coś do czytania, a ty się prześpij.
Lilianna zwinęła się jak kotka w jednym z głębokich foteli i natychmiast zasnęła. Kapitan Picard dokończył zwiedzanie biblioteki i sam zapadł w drugi fotel. Sam był bardzo zmęczony. Machinalnie rozłożył trzymane wciąż w ręku kartki i zaczął czytać. W miarę tej czynności jego oczy robiły się coraz bardziej okrągłe....
czwartek, 28 sierpnia 2014
LXXIV
Bliższe badanie skanów uszkodzonej wyrzutni i zapisów z monitoringu ujawniło, że przyczyną całego zamieszania było jednak nie czyjeś niedbalstwo, tylko odłamek meteora, kosmiczny śmieć wielkości paznokcia, który wbił się w zawias magnetyczny. Jak przedostał się przez deflektor, było na razie sprawą drugorzędną, w każdym razie zablokował wyrzutnię równie skutecznie jak zrobiłby to klin sabotażysty.
– Tak w każdym razie wynika z zapisów, panie Żydek.- zakończył swój raport Sytar, którego katra chwilowo dominowała w ciele Brzęczyszczykiewicza.
– Dlaczego tylko z zapisów, nie z wizji lokalnej? – spytał bezmyślnie Arek patrząc na wręczony mu padd, na którego ekranie widniały esy-floresy wolkańskich liter. Sytar pisał co prawda po szwedzku (Grzesiek wychowywał się w Szwecji i mimo hałaśliwie manifestowanego patriotyzmu język polski znał bardzo słabo), ale uparcie nie chciał używać normalnego alfabetu, skutkiem czego jego raporty były kompletnie nie do odczytania. Co niektórych dziwiło, nie radził sobie z tym nawet R’Cer, ale nie brali oni pod uwagę, że na ogół dobrze wykształcony Wolkanin nie rozumie ani słowa po szwedzku. Ze słowem mówionym radził sobie za pomocą translatora, tekst pisany mógł przełożyć komputerowy tłumacz – jednak szwedzkich słów zapisanych wolkańskimi literami nikt i nic nie mogło ruszyć.
– Jakiej wizji lokalnej? – spytał sarkastycznie Sytar – To już nie jest wyrzutnia, tylko andoriańska jesień średniowiecza. Nic tam nie zostało. Cud, że przy okazji nie przebiło nam kadłuba.
– Zawołaj Michałowa do konferencyjnej.
– Szef jest zajęty. Ryczy na Małpeczkę. Prawie tutaj go słychać. Jola i Lepek schowali się ze strachu w wychodku, więc musi być naprawdę gorąco.
– W jednym wychodku? I co tam robią?
– W tak intymnej kwestii mogę dać tylko poufne wyjaśnienia.
Worf, przysłuchujący się tej wymianie zdań, pozwolił sobie na krótkie warknięcie mające oznaczać wyjątkową jak na Klingona wesołość. Stojąca za nim Keras walnęła go pięścią w okolicę pasa.
– Zachowuj się.
– A ty mnie nie podrywaj, masz męża.
– Co tam mąż! Mąż dziś jest, jutro go nie ma. A Klingonką będę zawsze i nie pozwolę na brak szacunku dla tego miejsca, póki tu jestem zastępcą dowódcy.
Arek popatrzył na nią błędnym wzrokiem, ale nie zaprotestował. Wybiegając z mostka kapitan Zakrzewska, skołowana jak nigdy dotąd, przez pomyłkę krzyknęła sakramentalne :
- Przejmujesz mostek! - w stronę Keras, zamiast swego pierwszego oficera. Pani Zajczik wzięła to poważnie i najpierw rozsiadła się w fotelu dowodzenia, a potem zrobiła regularny obchód mostku, sztorcując straszliwymi wyrazami każdego, kto według niej był nie w porządku. Przy tym zajęciu zastał ją Worf i zamienił się w przysłowiowy słup soli z podziwu. Zaraz po nim wparował w drzwi Brzęczyszczykiewicz i złożył Arkowi wspomniany wcześniej raport.
W tym samym czasie kapitan Zakrzewska, Jean Luc Picard i Deanna Troi sterczeli beznadziejnie w dziale przetwarzania danych, gdzie usiłowano ustalić położenie statku po wstrząsie wywołanym przez wybuch. Malwinka Kręcik płakała histerycznie przy konsoli, bo szefowa działu, doktor Wisława Lemowa, nazwała ją krzywonogą idiotką, a podporucznik Ula Zimniak i porucznik Kryczyński wydzierali się na siebie, zupełnie nie zwracając uwagi na obecność wyższych szarż. Chodziło im o to, że wyliczenia pani Zimniak nijak nie chciały się zgodzić z wyliczeniami “Barasia”, a on, jako dobry muzułmanin, nie mógł dopuścić możliwości, że jakakolwiek kobieta może liczyć lepiej niż on, i to podczas ramadanu. Lilianna kilkakrotnie próbowała przerwać tę kłótnię, aż wreszcie poddała się.
– Jasiu, ucisz ich. – zwróciła się do swego ordynansa. Ten skwapliwie chwycił za kark Kryczyńskiego, Ulę za koński ogon, potrząsnął nimi jak pies szczurem i zapowiedział groźnie:
- Bo jak prasnę wos po kufie, to wóm syćkie świnci nie pomogo! Cichojta, bezkurcyje!
Adwersarze zamilkli, głównie dlatego że im zęby zadzwoniły od tego potrząsania, tylko Malwinka dalej zawodziła. Że jednak robiła to względnie cicho, można było wytrzymać.
– Tak lepiej – powiedziała z uznaniem kapitan Zakrzewska – Dziękuję ci, Jasiu, możesz ich puścić. Baraś, mów teraz jak na świętej spowiedzi; o co chodzi? Tylko krótko i do rzeczy!
– Jakiej spowiedzi? Jestem muzułmaninem!
– Gadaj, bo...
– Ta odaliska z diabelskiego seraju twierdzi, że odrzuciło nas o sto pięćdziesiąt trzy kilometry, głupia owca. – warknął obrażony porucznik.
– A o ile odrzuciło nas twoim zdaniem?
- No jak, o sto pięćdziesiąt pięć!
Liliannę aż podrzuciło i natychmiast zrobiła się pomidorowa z wściekłości.
– To o zasmarkane dwa kilometry tak się kłócicie, że cały dział się trzęsie i przejawiacie niesubordynację wobec wyższych szarż?! Trzymajcie mnie!
– Spokojnie... – usiłował mediować Picard, ale rozjuszona Polka ani myślała go słuchać.
– Ochrona!!!
Deanna Troi mimo woli skuliła się, wciągając głowę w ramiona, bo ilość decybeli, jakie wydaliła z siebie kapitan Zakrzewska, mogła powalić wołu, a niezależnie od tego stężenie negatywnych emocji wzrosło do poziomów nienotowanych na pokładzie USS Enterprise-D. Do działu przetwarzania danych wpadł patrol.
– Uś, co się poszło zdarzyć, co? – spytał przestraszonym głosem Baruch Rosenfeld, piastujący tego dnia dumnie funkcje dowódcy drużyny.
– Natychmiast aresztuj te dwójkę! Do pierdla z nimi i mają tam siedzieć, póki się nie przeproszą!
– Git.
Dopiero po wyprowadzeniu obojga kłótników kapitan Picard zaryzykował i spytał:
- Odrzuciło was trochę, no dobrze, ale co z tego?
Szefowa działu wzruszyła ramionami i mimochodem podała coś szlochającej niestrudzenie Malwince.
– Panno Kręcik, mamy gości – powiedziała karcąco – I niechże pani się już raz nauczy: to jest rękaw munduru, a to chustka do nosa. W towarzystwie proszę tego nie mylić.
Dopiero teraz zwróciła się do Picarda i swojej kapitan:
- Problem nie w tym, że nas odrzuciło, państwo kapitanostwo.
– A w czym? – warknęła Lilianna, rozpinając mundur i wachlując się dłonią.
– W tym, że znaleźliśmy się w bańce. Otacza nas pole siłowe i nie mam pojęcia, skąd się wzięło. Bo na pewno nie od naszej niewinnej torpedki.
środa, 13 sierpnia 2014
LXXIII
Główny inżynier Hermasza i komandor Data dotarli na mostek zbiegiem okoliczności akurat wtedy, gdy znaleźli się tam kapitan Zakrzewska i goście z USS Enterprise, korzystający z drugiej windy.
– Żryj, cholera ciężka, pies cię srał! – wrzeszczała doktor Foremna, stojąc przy konsoli sterów z talerzem pełnym czegoś, co wyglądało na pierożki z serem – Albo wynoś się natychmiast do swojej kwatery, zanim zemdlejesz w połowie skoku w warp i rozpierduszysz nam chałupę w drebiezgi!
Podetknęła siedzącemu za konsolą niewysokiemu wąsaczowi pierożek na widelcu. Ten cofnął się w głąb fotela, jakby pani doktor trzymała mu przed nosem bombę. Siedząca obok niego szczuplutka blondynka o twarzy dziecka przyglądała się temu z wyraźną ciekawością.
– Insh Allach! – oświadczył z determinacją wąsal – Nie będę łamać postu z powodu głupiego statku.
– Ja ci dam głupi statek, tatarska mordo! – zahuczał nie wiadomo skąd obrażony bas Hermasza – Jak ja jestem głupi, to... to ciebie w ogóle nie ma!
– Milczeć!!! – kapitan Zakrzewska zatupała niczym młody koń i potrząsnęła groźnie zaciśniętymi pięściami – Kto do jasnej polędwicy posadził Kryczyńskiego za sterami?! Jego miejsce jest w dziale kartografii i tam ma być, póki ja tu dowodzę!
Stojący przy konsoli naukowej R’Cer zakaszlał subtelnie.
– Proszę mi wybaczyć – powiedział z nienaganną dykcją rasowego Wolkanina – To moja wina.
– Jak to, pana wina?
Zdumienie Lilianny nie miało granic. R’Cer był ostatnią osobą, którą podejrzewałaby o robienie zamieszania. Miny pozostałych również wskazywały na niejaką konsternację.
– Panna Kubica, oraz panowie Czerep i Majcher obchodzili wczoraj jedno z tych nielogicznych ludzkich świąt – wyjaśnił spokojnie oficer naukowy – Zdaje się, chodziło o imieniny jednego z nich. Otworzyli z tej okazji zabraną z Ziemi puszkę potrawy o nazwie “Flaczki dolnośląskie”. Okazała się ona skażona jedną z popularnych na waszej planecie bakterii i obecnie cała trójka większość czasu spędza w wychodku, a jedynym zdrowym sternikiem jest panna chorąży Bąk, obecna teraz na stanowisku pierwszego pilota i podporucznik Milcz, który właśnie zszedł ze służby. Uznałem więc, że skoro porucznik Kryczyński jest z wykształcenia nawigatorem, spokojnie może zastąpić drugiego pilota. Nie wziąłem pod uwagę roli, jaką w waszym społeczeństwie pełni uwarunkowanie religijne, za co przepraszam.
– Religioza vulgaris w pełnej pokręconej krasie.- mruknął ironicznie Michałow. Data wysunął się odrobinę naprzód.
– To bardzo ciekawe – zagaił towarzysko, spoglądając na wyraźnie zdezorientowanego Picarda – Kapitanie, odnoszę wrażenie, że na tym okręcie sprawy natury transcendentnej odgrywają większą rolę niż na jakimkolwiek innym, wyjąwszy jednostki bajorańskie.
– No cóż – zawahał się Picard – Tutejsza załoga to Polacy, a Polska to... osobliwy kraj. Pamiętasz doktor Pulasky?
– Jak mógłbym zapomnieć? Do końca służby na Enterprise nie uwierzyła, że nie jestem zwykłą maszyną.
– Sam jesteś osobliwy, łysolu! – burknął Hermasz – Kto cię manier uczył? Jak jest się w gościach, to się nie krytykuje gospodarzy.
– Milcz, Hermasz, milcz bo zaraz się wścieknę i zrobię coś bardzo “be”!
Po tym okrzyku kapitan Zakrzewska osunęła się na fotel dowodzenia, wypowiedziała bardzo długie zdanie, którego translatory nie chciały przetłumaczyć i przez chwilę głęboko oddychała. Wreszcie ponownie spojrzała na gości.
– Prze... – zaczęła i w tym momencie statkiem solidnie szarpnęło. Kto stał, poleciał gdzie popadło, kto siedział, bęcnął na podłogę.
– Ki czort?! – wrzasnęła Lilianna, trzymając się kurczowo poręczy fotela. Dokoła niej załoganci oraz przybysze z Enterprise zbierali się ze stanu leża, przy czym ręce i kolana ślizgały się im na pierożkach. Jak się okazało, były one szczodrze polane roztopionym masłem i śmietanką, które razem utworzyły wspaniały, zasługujący na opatentowanie czynnik niwelujący tarcie. Misiek, dotąd leżący grzecznie pod nogami swej pani i udający dywanik, szczeknął, wylazł spod konsoli i rzucił się żarłocznie do sprzątania niespodziewanej przekąski.
– Izwienic’ie pażalsta – odezwał się z głośnika śpiewny męski baryton i na ekranie komunikacyjnym ukazała się chuda, podstarzała twarz ozdobiona słowiańskim wąsem i krzaczastymi brwiami – Adna z torped paszła w chalierę. No wyrzutnia się nie adkryła.
– Co?!
– Wyrzutnia. Tarcza się zaklinowawszy.
– Dobra, Ośka, to zrozumiałam. Jaki był wynik?
– Wzryw, barysznia kapitan. Bal’szoj kak... kak Elbrus. Kak tieatr MCHAT, Pancernik Patiomkin i cełyj Arbat.
– Chryste Panie! Czy jest tam z tobą ktoś inteligentny, a nade wszystko mówiący po ludzku?!
Mężczyzna na ekranie został energicznie odsunięty na bok, a zamiast niego zgromadzeni na mostku ujrzeli młodą, przystojną Andoriankę w mundurze o kroju więcej odsłaniającym niż zakrywającym. Było to nader udatne połączenie przestarzałego żeńskiego uniformu GF i galowego stroju gwardii imperialnej.
– Pani kapitan wybaczy, komandor Zajczik jest trochę zdenerwowany – powiedziała grzecznie niebieska dama, wydekoltowana aż po dno duszy – Zatarł się mechanizm zwalniający klapę i w efekcie rozsadziło nam wyrzutnię lewoburtową. Najwyraźniej ktoś przeoczył prace konserwatorskie.
– Co za martwy kretyn jest za to odpowiedzialny?!!
Kapitan Zakrzewska, czerwona bardziej niż komunistyczny goździk z wiązanki na Pierwszego Maja, rąbnęła pięścią w konsolę. Wyglądało na to, że lada chwila eksploduje.
– Gadaj, T’enga!
– W paszporcie technicznym podpisany jest Cezary Małpeczka, ale tak na moje czułki to nie był on – odparła spokojnie andoriańska piękność – Małpeczka nie prowadzi przeglądów dział, bo boi się otwartej przestrzeni i nie wychodzi w próżnię nawet dobrze uwiązany.
– To czemu się pod tym podpisał, do ku*wy nędzy?! – wrzasnął Karol Michałow, rzucając się naprzód tak gwałtownie, że wpadł na fotel dowodzenia i omal nie zrzucił z niego Lilianny, czego zresztą nawet nie zauważył.
– Pewnie był pijany, to się i podpisał. Nie chcę mówić źle o koledze, ale jak Czarek zaleje pałę, to podpisze wszystko co się mu podsunie.
– Ja podpiszę jego zwolnienie, a doktor Żmijewski będzie musiał podpisać protokół z sekcji zwłok!
Dalsza część przemowy inżyniera absolutnie nie nadawała się do powtórzenia, zawierała bowiem tak makabryczne obietnice i określenia do tego stopnia obelżywe, że nawet Worf z szacunkiem wytrzeszczył oczy.
piątek, 8 sierpnia 2014
LXXII
Minęło dobre kilka minut, nim siostra Ofelia dostatecznie dobitnie wytłumaczyła swemu bratu, co o nim myśli. Słowa takie jak “dureń, małpa, jałopa, kretyn” odbijały się echem po ścianach i niejeden załogant przystawał zdezorientowany, myśląc że ktoś go woła. Wielebny księżulo cofał się pod naporem siostrzanej wściekłości, aż znalazł się w kącie, gdzie nie miał już możliwości ukrycia się przed gniewem wojowniczej zakonnicy. Data słuchał jej przemowy z wielką ciekawością. Gdy wreszcie przerwała dla nabrania tchu, zagaił towarzysko:
- Czy ten pani strój nie jest czasem niewygodny?
Zdezorientowana Ofelia spojrzała na niego wielkimi oczami, nie pojmując sensu pytania.
– Nie jestem panią tylko siostrą.- odburknęła po chwili.
– Czyją siostrą?
– Głównie swego brata – wtrącił się ponownie Michałow – Ale poza tym też zakonną. A ta cała szata to jakby zakonny mundur. Nigdy tego komandor nie widział?
– Nie na Ziemi. Może na Bajorze vedekowie płci żeńskiej podobnie się ubierają, tylko że bardziej kolorowo, ale na Ziemi z pewnością nie. Przynajmniej nie od stu lat.
– Jak to, nie ma już sług bożych?! – zapiał z oburzeniem ojciec Maślak – To kto dba o zbawienie ludzkich dusz?!
– Chyba same sobie radzą.
– Zgroza! Z tym trzeba coś zrobić!
– To z twoim mózgiem trzeba coś zrobić, ośle, a potem znowu włożyć go na miejsce! – wrzasnęła siostra Ofelia – Nie rozumiesz, że czasy się zmieniły i ludzie się zmienili?! Nikt już nie potrzebuje dętych kazań ani straszenia piekłem!
– Tholianie uważają, że to bardzo interesujące miejsce – zauważył Data – Marzną już przy dwustu stopniach Celsjusza, a w ziemskim piekle podobno płomienie, smoła i rozżarzone węgle są na porządku dziennym.
Po tym oświadczeniu androida ojciec Maślak machnął ręką i podał tyły, znikając w pokładowej zakrystii, a siostra podążyła za nim, pragnąc widocznie uściślić, co miała wcześniej do powiedzenia i nie zwracając już uwagi na osobliwego gościa. Michałow podrapał się po głowie, konstatując przy tym ze smutkiem że łysina, która stanowiła jego czuły punkt, nie chce jakoś zniknąć mimo skrupulatnego nacierania miksturą sporządzoną z corridiańskich ziół.
– Co tu jeszcze komandorowi pokazać...o, może ambulatorium? Tam zawsze coś się dzieje, nawet przy braku chorych i rannych.
– Może być ambulatorium. - zgodził się Data. Inżynier nie mógł rozgryźć, czy jest on zdegustowany, czy tylko zdziwiony osobliwymi porządkami panującymi na “Hermaszu”, czy też po prostu od dnia powstania ma taki głupi wyraz twarzy. Z wrodzonej delikatności (głęboko na co dzień skrywanej) nie zgłębiał tego tematu.
W korytarzu sekcji medycznej Data zobaczył przede wszystkim znaną mu już wolkańską dziewczynkę, bawiącą się z kotem niemal tak dużym jak ona. Śpiewała przy tym na całe gardło “Oh my darling Clementine” i przytupywała do taktu. Mała miała pewnie niespożyte zapasy energii, bo jej matka zrezygnowana siedziała w otwartym ambulatorium z głową opartą na rękach i nawet nie próbowała opanować zachowania córeczki. Za jej plecami dwaj sanitariusze i pielęgniarka o urodzie gwiazdy filmowej rżnęli bezwstydnie w karty, a na kozetce chrapał wyciągnięty jak długi lekarz dyżurny.
– Gdzie jest doktor Foremna? – zagadnął główny inżynier. T’Shan uniosła głowę.
– Awanturuje się na mostku. – odparła apatycznie.
– Dlaczego? To znaczy, dlaczego na mostku?
– Bo Barabasz ma dyżur.
Michałow nic z tego nie rozumiał, więc siostra Lolita Niemogę przerwała na chwilę tasowanie kart i w krótkich słowach wyjaśniła, o co chodzi.
Podporucznik Barabasz Kryczyński, nawigator zwany przez kolegów “Baraś”, był bezpośrednim potomkiem polskich Tatarów i jako taki wyznawał islam. Co prawda zreformowany, ale jednak. Pociągało to za sobą pewne konsekwencje. Jak wyliczył tatarski oficer, powinien się właśnie rozpocząć ramadan, co wymagało od niego postu przez cały dzień, od wschodu do zachodu słońca. Fakt, że na statku gwiezdnym określenie jednego i drugiego było rzeczą niemożliwą, w ogóle mu nie przeszkadzał w rozpoczęciu postu, miał jednak kłopot z wypatrzeniem “zachodu”, a tym samym momentu, od którego wolno mu już było coś zjeść. Nie miałoby to może takiego znaczenia, gdyby nie musiał pełnić służby...
– Ja to muszę zobaczyć.- zdecydował Michałow i pospieszył na mostek, a Data poszedł w jego ślady.
piątek, 25 lipca 2014
LXXI
Podczas gdy kapitan Picard, Deanna Troi i Worf próbowali dokonać jakiegoś rozpoznania w mesie, Datę diabli ponieśli do maszynowni. Gdy tam wszedł, trafił akurat na bardzo ciekawą scenę: cały personel stał wyprężony na baczność, a główny inżynier, trzymając na lewym ręku kardassjańskiego nornika w niebieskiej obróżce, prawą pięścią potrząsał im przed nosami.
– Co to ma znaczyć, rwał wasza nać?! – ryczał – Wszystko miało być gotowe godzinę temu, a tu bajzel jak był, tak jest! Naprawa reaktora antymaterii to poważna sprawa, nie żadne świniobicie, wy łby kapuściane!!! Gdzie harmonogram robót?!
– Vuvu zjadł.- pisnęła dość wysoka, ale chuda jak szczapa szatynka z plakietką “DYREKTOR WSZYSTKIEGO SWOJEGO” przypiętą do kombinezonu. Inżynier przyskoczył do niej, zamachnął się pięścią i z trudem wyhamował.
– Ma ona szczęście dzisiaj, że jest kobieta – wycedził przez zęby – Żeby zwalać winę na moje maleństwo...!
Chciał mówić dalej, ale w tym momencie obejrzał się i zobaczył niespodziewanego gościa.
– Co do k*wy nędzy osoba tu robi?!!! – wrzasnął – Tu nie wolno bez pozwolenia włazić jak nie przymierzając do jakiejś obesranej obory! Bez mojego pozwolenia, jasne?!!!
Data spojrzał na niego, unosząc brwi.
– Proszę wybaczyć, nie jestem osobą, tylko androidem – odpowiedział spokojnie – Komandor Data, miło mi.
Karol Michałow wytrzeszczył na niego oczy. Po chwili puścił vole’a na podłogę i podszedł bliżej.
– Co takiego? Robot komandor, czy ja dobrze zrozumiałem?
– Nie jestem robotem, panie inżynierze, tylko androidem. Myślę samodzielnie i zostałem sądownie uznany za istotę, nie rzecz która może do kogoś należeć.
- mI dowodzisz ludźmi?
- Jeśli zachodzi taka potrzeba, to tak.
Vuvu podrapał się jedną z sześciu łapek za uchem, podreptał do niespodziewanego gościa i zaczął uważnie obwąchiwać jego lewy but. Widać było, że jest bardzo zdezorientowany i nie wie, z czym ma do czynienia. Tymczasem Michałow obszedł Datę dookoła i na koniec pokiwał głową z politowaniem.
– No proszę. Głupie kilkadziesiąt lat mnie nie ma i już całej Flocie palma odbija. Zabrakło ludzi na stanowiska oficerskie czy jak?
– O ile mi wiadomo, nie zabrakło.
– Dlaczego więc jesteś komandorem, a nie odkurzaczem?
– Ponieważ skonstruowano mnie na potrzeby służby. Później niejednokrotnie miałem okazję udowodnić swoją przydatność i kompetencję.
Inżynier potrząsnął głową.
– Nadal nic nie rozumiem. Hermasz też jest przydatny i kompetentny, a nikt nie nadaje mu stopni oficerskich.
– A może ktoś powinien. – odezwał się spod sufitu obrażony głos – Jestem dyskryminowany i mam zamiar napisać w tej sprawie skargę do Trybunału Strassburskiego. Zażądam odszkodowania i puszczę Federację z torbami. W głowie się nie mieści, żeby w tak oświeconych czasach uczciwy komputer traktować jak chłopca do bicia...
Data rozejrzał się.
– Przepraszam?
– Proszę. Ja się pytam, czemu daje się stopnie oficerskie androidowi a nie daje się Hermaszowi? – ględził dalej przepity bas – Czy tylko dlatego, że nie przypominam wyglądem nędznej istoty białkowej? Czuję się poniżony, zdeptany i prześladowany...
– Och, zamknij się, Hermuś! – zawołała szatynka – Jeśli ma cię to uszczęśliwić, napiszemy wniosek o jakiś oficerski stopień dla ciebie, ale to potem.
– Potem to za płotem, a w Polsce jak kto chce.
– To komputer pokładowy? – spytał Data z wyraźnym szacunkiem.- Uczono mnie, że w waszych czasach jeszcze nie było na Ziemi w pełni funkcjonalnej sztucznej inteligencji... poza komputerem profesora Daystromma.
– Polaków jak zwykle się pomija – prychnął jeden z ekipy inżynierów – Sukces w rozpracowaniu Enigmy tez nam spod dupy wyrywano. I zwycięstwo pod Grunwaldem. Tylko cudu nad Wisłą i skoku przez płot nie udało się ruszyć.
- Lepek, chcesz w ryja? – krzyknął na niego Michałow, aczkolwiek już bez złości – Bierzcie się wszyscy do roboty, ale już, a ja oprowadzę naszego sztucznego gościa. Jak mnie nie ma, rządzi Jolka. Kiedy wrócę, sprawdzę ile zrobiliście. I z góry zapowiadam, że jeśli Grzesiek nie upora się wreszcie z cewkami, a Podgumowany nie skalibruje tych cholernych injektorów, to tak obu wykołuję, że będą wołać wszystkich świętych na pomoc.
Dopiero na korytarzu Data odważył się spytać:
- Czy pan zawsze tak krzyczy na podwładnych, inżynierze?
– Ja krzyczałem? – zdziwił się szczerze Michałow – Mylisz się, komandorze na mikrochipach, ja w życiu nie byłem taki spokojny.
– Skoro pan tak mówi...
Ruszyli naprzód przez korytarze. Już za pierwszym zakrętem wpadli na niskiego, grubiutkiego księdza, prowadzącego zajadłą dysputę z wysoką zakonnicą w przekrzywionym kornecie. Widok był tak nieoczekiwany, że Data przystanął.
– Nie zwracaj na nich uwagi – poradził mu życzliwie Michałow – To tylko ojciec Maślak i siostra Ofelia, nasi kapelani, obojga płci, tak na wszelki wypadek. Właściwie sam się zastanawiam, dlaczego nie dorzucono nam jakiegoś genderowca w habicie do kompletu. Byłoby to całkiem logiczne.
– Jak zwykle bluźnisz, mój synu – ojciec Maślak miał niestety podzielną uwagę – Okaż lepiej skruchę, bo kara twoja będzie wielka. Kim jest nasz gość?
– To komandor Data, proszę księdza – odparł inżynier – Android, który dochrapał się stanowiska funkcyjnego i dowodzi ludźmi.
Ojciec Maślak cofnął się o krok i przeżegnał odruchowo.
– Toż to obraza boska! Apage! Nadchodzi apokalipsa!
- Nadchodzi tak od jakichś dwóch i pół tysiąca lat, jeśli nie więcej. Nie ma co się cykać.- pocieszył go Michałow wesoło i poczciwie.
- Sztuczny człowiek? Ciekawe czy można takiego ochrzcić.- zadumała się siostra Ofelia – Chyba napiszę do Watykanu i spytam. Czy Watykan jeszcze istnieje?
- Istnieje jako relikt o znaczeniu muzealnym. Religie straciły już swe dawne gospodarczo polityczne znaczenie - odpowiedział jej uprzejmie Data – Może siostra najwyżej napisać do kustosza.
Przez chwilę ksiądz i zakonnica wymieniali spojrzenia, aż wreszcie Tadeusz Maślak klasnął w pulchne dłonie i krzyknął w natchnieniu:
- Cieszmy się i radujmy, siostrzyczko! Z tego wniosek, że ty i ja zostaliśmy wybrani, by odrodzić Kościół! Alleluja!
Subskrybuj:
Posty (Atom)