UWAGA!
Realia uniwersum "Star Treka" zostały stworzone przez Gene'a Roddenberry'ego i wszelkie prawa do nich znajdują się obecnie w posiadaniu wytwórni Paramount Pictures.
czwartek, 28 sierpnia 2014
LXXIV
Bliższe badanie skanów uszkodzonej wyrzutni i zapisów z monitoringu ujawniło, że przyczyną całego zamieszania było jednak nie czyjeś niedbalstwo, tylko odłamek meteora, kosmiczny śmieć wielkości paznokcia, który wbił się w zawias magnetyczny. Jak przedostał się przez deflektor, było na razie sprawą drugorzędną, w każdym razie zablokował wyrzutnię równie skutecznie jak zrobiłby to klin sabotażysty.
– Tak w każdym razie wynika z zapisów, panie Żydek.- zakończył swój raport Sytar, którego katra chwilowo dominowała w ciele Brzęczyszczykiewicza.
– Dlaczego tylko z zapisów, nie z wizji lokalnej? – spytał bezmyślnie Arek patrząc na wręczony mu padd, na którego ekranie widniały esy-floresy wolkańskich liter. Sytar pisał co prawda po szwedzku (Grzesiek wychowywał się w Szwecji i mimo hałaśliwie manifestowanego patriotyzmu język polski znał bardzo słabo), ale uparcie nie chciał używać normalnego alfabetu, skutkiem czego jego raporty były kompletnie nie do odczytania. Co niektórych dziwiło, nie radził sobie z tym nawet R’Cer, ale nie brali oni pod uwagę, że na ogół dobrze wykształcony Wolkanin nie rozumie ani słowa po szwedzku. Ze słowem mówionym radził sobie za pomocą translatora, tekst pisany mógł przełożyć komputerowy tłumacz – jednak szwedzkich słów zapisanych wolkańskimi literami nikt i nic nie mogło ruszyć.
– Jakiej wizji lokalnej? – spytał sarkastycznie Sytar – To już nie jest wyrzutnia, tylko andoriańska jesień średniowiecza. Nic tam nie zostało. Cud, że przy okazji nie przebiło nam kadłuba.
– Zawołaj Michałowa do konferencyjnej.
– Szef jest zajęty. Ryczy na Małpeczkę. Prawie tutaj go słychać. Jola i Lepek schowali się ze strachu w wychodku, więc musi być naprawdę gorąco.
– W jednym wychodku? I co tam robią?
– W tak intymnej kwestii mogę dać tylko poufne wyjaśnienia.
Worf, przysłuchujący się tej wymianie zdań, pozwolił sobie na krótkie warknięcie mające oznaczać wyjątkową jak na Klingona wesołość. Stojąca za nim Keras walnęła go pięścią w okolicę pasa.
– Zachowuj się.
– A ty mnie nie podrywaj, masz męża.
– Co tam mąż! Mąż dziś jest, jutro go nie ma. A Klingonką będę zawsze i nie pozwolę na brak szacunku dla tego miejsca, póki tu jestem zastępcą dowódcy.
Arek popatrzył na nią błędnym wzrokiem, ale nie zaprotestował. Wybiegając z mostka kapitan Zakrzewska, skołowana jak nigdy dotąd, przez pomyłkę krzyknęła sakramentalne :
- Przejmujesz mostek! - w stronę Keras, zamiast swego pierwszego oficera. Pani Zajczik wzięła to poważnie i najpierw rozsiadła się w fotelu dowodzenia, a potem zrobiła regularny obchód mostku, sztorcując straszliwymi wyrazami każdego, kto według niej był nie w porządku. Przy tym zajęciu zastał ją Worf i zamienił się w przysłowiowy słup soli z podziwu. Zaraz po nim wparował w drzwi Brzęczyszczykiewicz i złożył Arkowi wspomniany wcześniej raport.
W tym samym czasie kapitan Zakrzewska, Jean Luc Picard i Deanna Troi sterczeli beznadziejnie w dziale przetwarzania danych, gdzie usiłowano ustalić położenie statku po wstrząsie wywołanym przez wybuch. Malwinka Kręcik płakała histerycznie przy konsoli, bo szefowa działu, doktor Wisława Lemowa, nazwała ją krzywonogą idiotką, a podporucznik Ula Zimniak i porucznik Kryczyński wydzierali się na siebie, zupełnie nie zwracając uwagi na obecność wyższych szarż. Chodziło im o to, że wyliczenia pani Zimniak nijak nie chciały się zgodzić z wyliczeniami “Barasia”, a on, jako dobry muzułmanin, nie mógł dopuścić możliwości, że jakakolwiek kobieta może liczyć lepiej niż on, i to podczas ramadanu. Lilianna kilkakrotnie próbowała przerwać tę kłótnię, aż wreszcie poddała się.
– Jasiu, ucisz ich. – zwróciła się do swego ordynansa. Ten skwapliwie chwycił za kark Kryczyńskiego, Ulę za koński ogon, potrząsnął nimi jak pies szczurem i zapowiedział groźnie:
- Bo jak prasnę wos po kufie, to wóm syćkie świnci nie pomogo! Cichojta, bezkurcyje!
Adwersarze zamilkli, głównie dlatego że im zęby zadzwoniły od tego potrząsania, tylko Malwinka dalej zawodziła. Że jednak robiła to względnie cicho, można było wytrzymać.
– Tak lepiej – powiedziała z uznaniem kapitan Zakrzewska – Dziękuję ci, Jasiu, możesz ich puścić. Baraś, mów teraz jak na świętej spowiedzi; o co chodzi? Tylko krótko i do rzeczy!
– Jakiej spowiedzi? Jestem muzułmaninem!
– Gadaj, bo...
– Ta odaliska z diabelskiego seraju twierdzi, że odrzuciło nas o sto pięćdziesiąt trzy kilometry, głupia owca. – warknął obrażony porucznik.
– A o ile odrzuciło nas twoim zdaniem?
- No jak, o sto pięćdziesiąt pięć!
Liliannę aż podrzuciło i natychmiast zrobiła się pomidorowa z wściekłości.
– To o zasmarkane dwa kilometry tak się kłócicie, że cały dział się trzęsie i przejawiacie niesubordynację wobec wyższych szarż?! Trzymajcie mnie!
– Spokojnie... – usiłował mediować Picard, ale rozjuszona Polka ani myślała go słuchać.
– Ochrona!!!
Deanna Troi mimo woli skuliła się, wciągając głowę w ramiona, bo ilość decybeli, jakie wydaliła z siebie kapitan Zakrzewska, mogła powalić wołu, a niezależnie od tego stężenie negatywnych emocji wzrosło do poziomów nienotowanych na pokładzie USS Enterprise-D. Do działu przetwarzania danych wpadł patrol.
– Uś, co się poszło zdarzyć, co? – spytał przestraszonym głosem Baruch Rosenfeld, piastujący tego dnia dumnie funkcje dowódcy drużyny.
– Natychmiast aresztuj te dwójkę! Do pierdla z nimi i mają tam siedzieć, póki się nie przeproszą!
– Git.
Dopiero po wyprowadzeniu obojga kłótników kapitan Picard zaryzykował i spytał:
- Odrzuciło was trochę, no dobrze, ale co z tego?
Szefowa działu wzruszyła ramionami i mimochodem podała coś szlochającej niestrudzenie Malwince.
– Panno Kręcik, mamy gości – powiedziała karcąco – I niechże pani się już raz nauczy: to jest rękaw munduru, a to chustka do nosa. W towarzystwie proszę tego nie mylić.
Dopiero teraz zwróciła się do Picarda i swojej kapitan:
- Problem nie w tym, że nas odrzuciło, państwo kapitanostwo.
– A w czym? – warknęła Lilianna, rozpinając mundur i wachlując się dłonią.
– W tym, że znaleźliśmy się w bańce. Otacza nas pole siłowe i nie mam pojęcia, skąd się wzięło. Bo na pewno nie od naszej niewinnej torpedki.
środa, 13 sierpnia 2014
LXXIII
Główny inżynier Hermasza i komandor Data dotarli na mostek zbiegiem okoliczności akurat wtedy, gdy znaleźli się tam kapitan Zakrzewska i goście z USS Enterprise, korzystający z drugiej windy.
– Żryj, cholera ciężka, pies cię srał! – wrzeszczała doktor Foremna, stojąc przy konsoli sterów z talerzem pełnym czegoś, co wyglądało na pierożki z serem – Albo wynoś się natychmiast do swojej kwatery, zanim zemdlejesz w połowie skoku w warp i rozpierduszysz nam chałupę w drebiezgi!
Podetknęła siedzącemu za konsolą niewysokiemu wąsaczowi pierożek na widelcu. Ten cofnął się w głąb fotela, jakby pani doktor trzymała mu przed nosem bombę. Siedząca obok niego szczuplutka blondynka o twarzy dziecka przyglądała się temu z wyraźną ciekawością.
– Insh Allach! – oświadczył z determinacją wąsal – Nie będę łamać postu z powodu głupiego statku.
– Ja ci dam głupi statek, tatarska mordo! – zahuczał nie wiadomo skąd obrażony bas Hermasza – Jak ja jestem głupi, to... to ciebie w ogóle nie ma!
– Milczeć!!! – kapitan Zakrzewska zatupała niczym młody koń i potrząsnęła groźnie zaciśniętymi pięściami – Kto do jasnej polędwicy posadził Kryczyńskiego za sterami?! Jego miejsce jest w dziale kartografii i tam ma być, póki ja tu dowodzę!
Stojący przy konsoli naukowej R’Cer zakaszlał subtelnie.
– Proszę mi wybaczyć – powiedział z nienaganną dykcją rasowego Wolkanina – To moja wina.
– Jak to, pana wina?
Zdumienie Lilianny nie miało granic. R’Cer był ostatnią osobą, którą podejrzewałaby o robienie zamieszania. Miny pozostałych również wskazywały na niejaką konsternację.
– Panna Kubica, oraz panowie Czerep i Majcher obchodzili wczoraj jedno z tych nielogicznych ludzkich świąt – wyjaśnił spokojnie oficer naukowy – Zdaje się, chodziło o imieniny jednego z nich. Otworzyli z tej okazji zabraną z Ziemi puszkę potrawy o nazwie “Flaczki dolnośląskie”. Okazała się ona skażona jedną z popularnych na waszej planecie bakterii i obecnie cała trójka większość czasu spędza w wychodku, a jedynym zdrowym sternikiem jest panna chorąży Bąk, obecna teraz na stanowisku pierwszego pilota i podporucznik Milcz, który właśnie zszedł ze służby. Uznałem więc, że skoro porucznik Kryczyński jest z wykształcenia nawigatorem, spokojnie może zastąpić drugiego pilota. Nie wziąłem pod uwagę roli, jaką w waszym społeczeństwie pełni uwarunkowanie religijne, za co przepraszam.
– Religioza vulgaris w pełnej pokręconej krasie.- mruknął ironicznie Michałow. Data wysunął się odrobinę naprzód.
– To bardzo ciekawe – zagaił towarzysko, spoglądając na wyraźnie zdezorientowanego Picarda – Kapitanie, odnoszę wrażenie, że na tym okręcie sprawy natury transcendentnej odgrywają większą rolę niż na jakimkolwiek innym, wyjąwszy jednostki bajorańskie.
– No cóż – zawahał się Picard – Tutejsza załoga to Polacy, a Polska to... osobliwy kraj. Pamiętasz doktor Pulasky?
– Jak mógłbym zapomnieć? Do końca służby na Enterprise nie uwierzyła, że nie jestem zwykłą maszyną.
– Sam jesteś osobliwy, łysolu! – burknął Hermasz – Kto cię manier uczył? Jak jest się w gościach, to się nie krytykuje gospodarzy.
– Milcz, Hermasz, milcz bo zaraz się wścieknę i zrobię coś bardzo “be”!
Po tym okrzyku kapitan Zakrzewska osunęła się na fotel dowodzenia, wypowiedziała bardzo długie zdanie, którego translatory nie chciały przetłumaczyć i przez chwilę głęboko oddychała. Wreszcie ponownie spojrzała na gości.
– Prze... – zaczęła i w tym momencie statkiem solidnie szarpnęło. Kto stał, poleciał gdzie popadło, kto siedział, bęcnął na podłogę.
– Ki czort?! – wrzasnęła Lilianna, trzymając się kurczowo poręczy fotela. Dokoła niej załoganci oraz przybysze z Enterprise zbierali się ze stanu leża, przy czym ręce i kolana ślizgały się im na pierożkach. Jak się okazało, były one szczodrze polane roztopionym masłem i śmietanką, które razem utworzyły wspaniały, zasługujący na opatentowanie czynnik niwelujący tarcie. Misiek, dotąd leżący grzecznie pod nogami swej pani i udający dywanik, szczeknął, wylazł spod konsoli i rzucił się żarłocznie do sprzątania niespodziewanej przekąski.
– Izwienic’ie pażalsta – odezwał się z głośnika śpiewny męski baryton i na ekranie komunikacyjnym ukazała się chuda, podstarzała twarz ozdobiona słowiańskim wąsem i krzaczastymi brwiami – Adna z torped paszła w chalierę. No wyrzutnia się nie adkryła.
– Co?!
– Wyrzutnia. Tarcza się zaklinowawszy.
– Dobra, Ośka, to zrozumiałam. Jaki był wynik?
– Wzryw, barysznia kapitan. Bal’szoj kak... kak Elbrus. Kak tieatr MCHAT, Pancernik Patiomkin i cełyj Arbat.
– Chryste Panie! Czy jest tam z tobą ktoś inteligentny, a nade wszystko mówiący po ludzku?!
Mężczyzna na ekranie został energicznie odsunięty na bok, a zamiast niego zgromadzeni na mostku ujrzeli młodą, przystojną Andoriankę w mundurze o kroju więcej odsłaniającym niż zakrywającym. Było to nader udatne połączenie przestarzałego żeńskiego uniformu GF i galowego stroju gwardii imperialnej.
– Pani kapitan wybaczy, komandor Zajczik jest trochę zdenerwowany – powiedziała grzecznie niebieska dama, wydekoltowana aż po dno duszy – Zatarł się mechanizm zwalniający klapę i w efekcie rozsadziło nam wyrzutnię lewoburtową. Najwyraźniej ktoś przeoczył prace konserwatorskie.
– Co za martwy kretyn jest za to odpowiedzialny?!!
Kapitan Zakrzewska, czerwona bardziej niż komunistyczny goździk z wiązanki na Pierwszego Maja, rąbnęła pięścią w konsolę. Wyglądało na to, że lada chwila eksploduje.
– Gadaj, T’enga!
– W paszporcie technicznym podpisany jest Cezary Małpeczka, ale tak na moje czułki to nie był on – odparła spokojnie andoriańska piękność – Małpeczka nie prowadzi przeglądów dział, bo boi się otwartej przestrzeni i nie wychodzi w próżnię nawet dobrze uwiązany.
– To czemu się pod tym podpisał, do ku*wy nędzy?! – wrzasnął Karol Michałow, rzucając się naprzód tak gwałtownie, że wpadł na fotel dowodzenia i omal nie zrzucił z niego Lilianny, czego zresztą nawet nie zauważył.
– Pewnie był pijany, to się i podpisał. Nie chcę mówić źle o koledze, ale jak Czarek zaleje pałę, to podpisze wszystko co się mu podsunie.
– Ja podpiszę jego zwolnienie, a doktor Żmijewski będzie musiał podpisać protokół z sekcji zwłok!
Dalsza część przemowy inżyniera absolutnie nie nadawała się do powtórzenia, zawierała bowiem tak makabryczne obietnice i określenia do tego stopnia obelżywe, że nawet Worf z szacunkiem wytrzeszczył oczy.
piątek, 8 sierpnia 2014
LXXII
Minęło dobre kilka minut, nim siostra Ofelia dostatecznie dobitnie wytłumaczyła swemu bratu, co o nim myśli. Słowa takie jak “dureń, małpa, jałopa, kretyn” odbijały się echem po ścianach i niejeden załogant przystawał zdezorientowany, myśląc że ktoś go woła. Wielebny księżulo cofał się pod naporem siostrzanej wściekłości, aż znalazł się w kącie, gdzie nie miał już możliwości ukrycia się przed gniewem wojowniczej zakonnicy. Data słuchał jej przemowy z wielką ciekawością. Gdy wreszcie przerwała dla nabrania tchu, zagaił towarzysko:
- Czy ten pani strój nie jest czasem niewygodny?
Zdezorientowana Ofelia spojrzała na niego wielkimi oczami, nie pojmując sensu pytania.
– Nie jestem panią tylko siostrą.- odburknęła po chwili.
– Czyją siostrą?
– Głównie swego brata – wtrącił się ponownie Michałow – Ale poza tym też zakonną. A ta cała szata to jakby zakonny mundur. Nigdy tego komandor nie widział?
– Nie na Ziemi. Może na Bajorze vedekowie płci żeńskiej podobnie się ubierają, tylko że bardziej kolorowo, ale na Ziemi z pewnością nie. Przynajmniej nie od stu lat.
– Jak to, nie ma już sług bożych?! – zapiał z oburzeniem ojciec Maślak – To kto dba o zbawienie ludzkich dusz?!
– Chyba same sobie radzą.
– Zgroza! Z tym trzeba coś zrobić!
– To z twoim mózgiem trzeba coś zrobić, ośle, a potem znowu włożyć go na miejsce! – wrzasnęła siostra Ofelia – Nie rozumiesz, że czasy się zmieniły i ludzie się zmienili?! Nikt już nie potrzebuje dętych kazań ani straszenia piekłem!
– Tholianie uważają, że to bardzo interesujące miejsce – zauważył Data – Marzną już przy dwustu stopniach Celsjusza, a w ziemskim piekle podobno płomienie, smoła i rozżarzone węgle są na porządku dziennym.
Po tym oświadczeniu androida ojciec Maślak machnął ręką i podał tyły, znikając w pokładowej zakrystii, a siostra podążyła za nim, pragnąc widocznie uściślić, co miała wcześniej do powiedzenia i nie zwracając już uwagi na osobliwego gościa. Michałow podrapał się po głowie, konstatując przy tym ze smutkiem że łysina, która stanowiła jego czuły punkt, nie chce jakoś zniknąć mimo skrupulatnego nacierania miksturą sporządzoną z corridiańskich ziół.
– Co tu jeszcze komandorowi pokazać...o, może ambulatorium? Tam zawsze coś się dzieje, nawet przy braku chorych i rannych.
– Może być ambulatorium. - zgodził się Data. Inżynier nie mógł rozgryźć, czy jest on zdegustowany, czy tylko zdziwiony osobliwymi porządkami panującymi na “Hermaszu”, czy też po prostu od dnia powstania ma taki głupi wyraz twarzy. Z wrodzonej delikatności (głęboko na co dzień skrywanej) nie zgłębiał tego tematu.
W korytarzu sekcji medycznej Data zobaczył przede wszystkim znaną mu już wolkańską dziewczynkę, bawiącą się z kotem niemal tak dużym jak ona. Śpiewała przy tym na całe gardło “Oh my darling Clementine” i przytupywała do taktu. Mała miała pewnie niespożyte zapasy energii, bo jej matka zrezygnowana siedziała w otwartym ambulatorium z głową opartą na rękach i nawet nie próbowała opanować zachowania córeczki. Za jej plecami dwaj sanitariusze i pielęgniarka o urodzie gwiazdy filmowej rżnęli bezwstydnie w karty, a na kozetce chrapał wyciągnięty jak długi lekarz dyżurny.
– Gdzie jest doktor Foremna? – zagadnął główny inżynier. T’Shan uniosła głowę.
– Awanturuje się na mostku. – odparła apatycznie.
– Dlaczego? To znaczy, dlaczego na mostku?
– Bo Barabasz ma dyżur.
Michałow nic z tego nie rozumiał, więc siostra Lolita Niemogę przerwała na chwilę tasowanie kart i w krótkich słowach wyjaśniła, o co chodzi.
Podporucznik Barabasz Kryczyński, nawigator zwany przez kolegów “Baraś”, był bezpośrednim potomkiem polskich Tatarów i jako taki wyznawał islam. Co prawda zreformowany, ale jednak. Pociągało to za sobą pewne konsekwencje. Jak wyliczył tatarski oficer, powinien się właśnie rozpocząć ramadan, co wymagało od niego postu przez cały dzień, od wschodu do zachodu słońca. Fakt, że na statku gwiezdnym określenie jednego i drugiego było rzeczą niemożliwą, w ogóle mu nie przeszkadzał w rozpoczęciu postu, miał jednak kłopot z wypatrzeniem “zachodu”, a tym samym momentu, od którego wolno mu już było coś zjeść. Nie miałoby to może takiego znaczenia, gdyby nie musiał pełnić służby...
– Ja to muszę zobaczyć.- zdecydował Michałow i pospieszył na mostek, a Data poszedł w jego ślady.
piątek, 25 lipca 2014
LXXI
Podczas gdy kapitan Picard, Deanna Troi i Worf próbowali dokonać jakiegoś rozpoznania w mesie, Datę diabli ponieśli do maszynowni. Gdy tam wszedł, trafił akurat na bardzo ciekawą scenę: cały personel stał wyprężony na baczność, a główny inżynier, trzymając na lewym ręku kardassjańskiego nornika w niebieskiej obróżce, prawą pięścią potrząsał im przed nosami.
– Co to ma znaczyć, rwał wasza nać?! – ryczał – Wszystko miało być gotowe godzinę temu, a tu bajzel jak był, tak jest! Naprawa reaktora antymaterii to poważna sprawa, nie żadne świniobicie, wy łby kapuściane!!! Gdzie harmonogram robót?!
– Vuvu zjadł.- pisnęła dość wysoka, ale chuda jak szczapa szatynka z plakietką “DYREKTOR WSZYSTKIEGO SWOJEGO” przypiętą do kombinezonu. Inżynier przyskoczył do niej, zamachnął się pięścią i z trudem wyhamował.
– Ma ona szczęście dzisiaj, że jest kobieta – wycedził przez zęby – Żeby zwalać winę na moje maleństwo...!
Chciał mówić dalej, ale w tym momencie obejrzał się i zobaczył niespodziewanego gościa.
– Co do k*wy nędzy osoba tu robi?!!! – wrzasnął – Tu nie wolno bez pozwolenia włazić jak nie przymierzając do jakiejś obesranej obory! Bez mojego pozwolenia, jasne?!!!
Data spojrzał na niego, unosząc brwi.
– Proszę wybaczyć, nie jestem osobą, tylko androidem – odpowiedział spokojnie – Komandor Data, miło mi.
Karol Michałow wytrzeszczył na niego oczy. Po chwili puścił vole’a na podłogę i podszedł bliżej.
– Co takiego? Robot komandor, czy ja dobrze zrozumiałem?
– Nie jestem robotem, panie inżynierze, tylko androidem. Myślę samodzielnie i zostałem sądownie uznany za istotę, nie rzecz która może do kogoś należeć.
- mI dowodzisz ludźmi?
- Jeśli zachodzi taka potrzeba, to tak.
Vuvu podrapał się jedną z sześciu łapek za uchem, podreptał do niespodziewanego gościa i zaczął uważnie obwąchiwać jego lewy but. Widać było, że jest bardzo zdezorientowany i nie wie, z czym ma do czynienia. Tymczasem Michałow obszedł Datę dookoła i na koniec pokiwał głową z politowaniem.
– No proszę. Głupie kilkadziesiąt lat mnie nie ma i już całej Flocie palma odbija. Zabrakło ludzi na stanowiska oficerskie czy jak?
– O ile mi wiadomo, nie zabrakło.
– Dlaczego więc jesteś komandorem, a nie odkurzaczem?
– Ponieważ skonstruowano mnie na potrzeby służby. Później niejednokrotnie miałem okazję udowodnić swoją przydatność i kompetencję.
Inżynier potrząsnął głową.
– Nadal nic nie rozumiem. Hermasz też jest przydatny i kompetentny, a nikt nie nadaje mu stopni oficerskich.
– A może ktoś powinien. – odezwał się spod sufitu obrażony głos – Jestem dyskryminowany i mam zamiar napisać w tej sprawie skargę do Trybunału Strassburskiego. Zażądam odszkodowania i puszczę Federację z torbami. W głowie się nie mieści, żeby w tak oświeconych czasach uczciwy komputer traktować jak chłopca do bicia...
Data rozejrzał się.
– Przepraszam?
– Proszę. Ja się pytam, czemu daje się stopnie oficerskie androidowi a nie daje się Hermaszowi? – ględził dalej przepity bas – Czy tylko dlatego, że nie przypominam wyglądem nędznej istoty białkowej? Czuję się poniżony, zdeptany i prześladowany...
– Och, zamknij się, Hermuś! – zawołała szatynka – Jeśli ma cię to uszczęśliwić, napiszemy wniosek o jakiś oficerski stopień dla ciebie, ale to potem.
– Potem to za płotem, a w Polsce jak kto chce.
– To komputer pokładowy? – spytał Data z wyraźnym szacunkiem.- Uczono mnie, że w waszych czasach jeszcze nie było na Ziemi w pełni funkcjonalnej sztucznej inteligencji... poza komputerem profesora Daystromma.
– Polaków jak zwykle się pomija – prychnął jeden z ekipy inżynierów – Sukces w rozpracowaniu Enigmy tez nam spod dupy wyrywano. I zwycięstwo pod Grunwaldem. Tylko cudu nad Wisłą i skoku przez płot nie udało się ruszyć.
- Lepek, chcesz w ryja? – krzyknął na niego Michałow, aczkolwiek już bez złości – Bierzcie się wszyscy do roboty, ale już, a ja oprowadzę naszego sztucznego gościa. Jak mnie nie ma, rządzi Jolka. Kiedy wrócę, sprawdzę ile zrobiliście. I z góry zapowiadam, że jeśli Grzesiek nie upora się wreszcie z cewkami, a Podgumowany nie skalibruje tych cholernych injektorów, to tak obu wykołuję, że będą wołać wszystkich świętych na pomoc.
Dopiero na korytarzu Data odważył się spytać:
- Czy pan zawsze tak krzyczy na podwładnych, inżynierze?
– Ja krzyczałem? – zdziwił się szczerze Michałow – Mylisz się, komandorze na mikrochipach, ja w życiu nie byłem taki spokojny.
– Skoro pan tak mówi...
Ruszyli naprzód przez korytarze. Już za pierwszym zakrętem wpadli na niskiego, grubiutkiego księdza, prowadzącego zajadłą dysputę z wysoką zakonnicą w przekrzywionym kornecie. Widok był tak nieoczekiwany, że Data przystanął.
– Nie zwracaj na nich uwagi – poradził mu życzliwie Michałow – To tylko ojciec Maślak i siostra Ofelia, nasi kapelani, obojga płci, tak na wszelki wypadek. Właściwie sam się zastanawiam, dlaczego nie dorzucono nam jakiegoś genderowca w habicie do kompletu. Byłoby to całkiem logiczne.
– Jak zwykle bluźnisz, mój synu – ojciec Maślak miał niestety podzielną uwagę – Okaż lepiej skruchę, bo kara twoja będzie wielka. Kim jest nasz gość?
– To komandor Data, proszę księdza – odparł inżynier – Android, który dochrapał się stanowiska funkcyjnego i dowodzi ludźmi.
Ojciec Maślak cofnął się o krok i przeżegnał odruchowo.
– Toż to obraza boska! Apage! Nadchodzi apokalipsa!
- Nadchodzi tak od jakichś dwóch i pół tysiąca lat, jeśli nie więcej. Nie ma co się cykać.- pocieszył go Michałow wesoło i poczciwie.
- Sztuczny człowiek? Ciekawe czy można takiego ochrzcić.- zadumała się siostra Ofelia – Chyba napiszę do Watykanu i spytam. Czy Watykan jeszcze istnieje?
- Istnieje jako relikt o znaczeniu muzealnym. Religie straciły już swe dawne gospodarczo polityczne znaczenie - odpowiedział jej uprzejmie Data – Może siostra najwyżej napisać do kustosza.
Przez chwilę ksiądz i zakonnica wymieniali spojrzenia, aż wreszcie Tadeusz Maślak klasnął w pulchne dłonie i krzyknął w natchnieniu:
- Cieszmy się i radujmy, siostrzyczko! Z tego wniosek, że ty i ja zostaliśmy wybrani, by odrodzić Kościół! Alleluja!
niedziela, 29 czerwca 2014
LXX
Wchodząc do mesy kapitan Picard przede wszystkim potknął się o kędzierzawego bruneta, który czołgał się na czworakach, ścierając podłogę staromodną szmatą.
– Nie możesz uważać gdzie leziesz, łysy? – warknął nieprzyjaźnie brunet, unosząc się na kolana i wyżymając szmatę nad wiadrem.
– Zachowuj się, Sixto! – krzyknęła gniewnie Lilianna – To kapitan Jean Luc Picard, dowódca bratniej jednostki!
Brunet wzruszył ramionami i odgarnął loki z czoła.
– No to uważaj jak leziesz, kapitanie Jean Luc Picard, łysy dowódco bratniej jednostki.
– Morda w kubeł, kretynie, jeśli nie umiesz się zachować! Przepraszam, Jean Luc, on już taki jest. A dlaczego w ogóle łazisz na czworakach, krwiopijco, skoro mamy półautomaty?
– Krwiopijco? – zaniepokoił się Picard, postanawiając puścić mimo uszu przytyki na temat swej łysiny. Sixto uśmiechnął się, ukazując długie, charakterystyczne kły i kapitan USS Enterprise mimowolnie się cofnął.
– Nie siej pan cykorii, nie ma powodu – z półmroku wyłonił się zażywny, ale pełen gracji mężczyzna w tradycyjnej kucharskiej czapie – Z półautomatami wszystko w porządku, ten łobuz sprząta za karę. Jak się ścierą namacha, odechce mu się brykać. Witam gości. Matias von Braun, do usług.
– Wozicie ze sobą wampira? – spytała z niedowierzaniem Troi. Sixto dźwignął się na nogi, wytarł dłonie o spodnie, po czym ujął rękę Doradczyni i ucałował ją elegancko.
– Polecam się, piękna damo, zwłaszcza jeśli cierpisz na niejakie nadciśnienie.
Kucharz trzepnął go karcąco w plecy.
– Do roboty albo nie dostaniesz kolacji.
Picard spojrzał na kapitan Zakrzewską, która machnęła ręką i wyjaśniła mu pokrótce, skąd na pokładzie jej statku wziął się tak nietypowy załogant.
– Tolerujecie na Ziemi takich odmieńców? – spytał Worf ze zdziwieniem równie głębokim jak jego bas. Cały czas nie odrywał oczu od Keras, która w końcu nie wytrzymała i pokazała mu język.
Sixto prychnął z lekceważeniem, a von Braun zmierzył Klingona wzrokiem.
– Nie rozumiem, skąd to pytanie – powiedział zaczepnym tonem – Jeśli Gwiezdna Flota przyjmuje Klingonów do służby, to chyba wszystko się może zdarzyć...
– Gdy głowa pełna marzeń... – zawtórował mu z głębi mesy przeciągły śpiew. Z półmroku wyłonił się postawny mężczyzna z sześciopakiem piwa w jednej dłoni i półmiskiem przysmażonych kiełbas w drugiej.
– Zobacz, Ali, co zdobyłem dla nas na podwieczorek.
Cywilna załogantka pokiwała głową z politowaniem.
– Co jak co, ale piwo to na drugim końcu galaktyki zobaczysz. Za kogo ja wyszłam...
– No jeśli ty tego nie wiesz, to my tym bardziej.- parsknęła jadowicie jedna z tancerek.
– O ty Karol, gdzie to zwinąłeś? – najeżyła się kapitan Zakrzewska.
– Nie zwinąłem, uczciwie wygrałem w karty od Matiasa. To jego prywatny zapas, prawdziwy Żywiec.
Lilianna prychnęła i zwróciła się do Picarda:
- To mój główny inżynier, Karol Michałow. Jego żona Allandra jest naszym psychologiem. Słuchaj no, kochany, zdejmij ten mundur, dział obsługi ci go wypierze. Karol, masz jakiś zapasowy kombinezon?
– Jasne – odparł ochoczo inżynier – Jasiek, kopnij się ino do maszynowni, niech Lepek ci da czysty kombinezon nr 5.
– Wy mi nie rozkazujeta, panocku!
– Jasiek, jazda do maszynowni, bo ci dupę skopie i buraków nasadzę! – wrzasnęła wściekle Lilianna i jasnowłosy olbrzym zniknął niczym spłoszony motyl.
– Nie trzeba... – wydusił z siebie Picard, ale energiczna Polka przerwała mu od razu:
- Właśnie że trzeba. Przebierzesz się i pogawędzimy sobie przy jakimś koktajlu. Przepraszam na chwilę.
Zwróciła się ponownie do swego inżyniera, który tymczasem częstował wszystkich zgromadzonych gorącymi kiełbaskami. Nie stanowiło to z jego strony zbyt wielkiego wyrzeczenia, jeśli weźmie się pod uwagę, że mogłoby ich wystarczyć dla całego plutonu Czarnych Beretów.
– Co z napędem?
- Będzie gotów, gdy tylko Grzesiek skończy kalibrować injektory. Zresztą co ja się tłumaczę... Jaka była umowa? Kapitan trzyma nos na mostku i do maszynowni go nie wścibia, tak? Mnie nie trzeba przypominać o moich obowiązkach, ja swoje wiem.
– Mam nadzieję – kapitan Zakrzewska zwróciła się do reszty załogantów – A wy tu czego?! Co to, cyrk czy kabaret? Jazda na swoje odcinki do zadań, ale już! Keras może zostać, jeśli chce pogadać z rodakiem, reszty za pięć sekund ma tu nie być.
– Na jakiego Fek'lhr mi gadać z tym DenIb Qatlh? z tym Magh?
- Zdrajcą.- przetłumaczył odruchowo von Braun.
– Zdrajcą? - zdziwiła się Lilianna.
– Służy we Flocie, więc musi nim być.
– W zasadzie ty też teraz służysz we Flocie.
– ghuy'cha, a czy ja mówię że jestem wierna swemu Imperium? Co nie znaczy, że muszę szanować każdego odszczepieńca i wyrodka.
Klingonka okręciła się na pięcie i odeszła korytarzem, dumnie kręcąc muskularną pupą. Reszta też się rozeszła według rozkazu, a w mesie zostali tylko goście, kapitan Zakrzewska, von Braun i Sixto, nadal zmywający podłogę. Po chwili zjawił się zdyszany Jasiek i wręczył Picardowi niebieski kombinezon. Kapitan Enterprise udał się na zaplecze, skąd po chwilki wrócił przebrany w suchy strój i wręczył Jaśkowi przemoczony wódką mundur, od którego odpiął komunikator.
– Bydzie gotowe za piyńć minut.- obiecał góral i ponownie znikł.
Jedna z tancerek przyniosła szklanki pełne jakiegoś kolorowego napoju i kilka miseczek z przekąskami. Coraz bardziej zdezorientowany Picard pociągnął łyk ze swej szklanki i aż zakaszlał.
– Co to, żyletki w płynie?!
– Nie, nasz bimber z dodatkami – odparła Lilianna, spróbowawszy – Jak to się mówi, i smak ma, i witaminy. Matias, daj cos bezalkoholowego dla naszych gości!
– A co oni, z przedszkola są?
– Nie mędrkuj, do jasnej zmory!
– Macie tu sok śliwkowy? – zasięgnął informacji Worf. Matias parsknął wzgardliwie, ale po chwili na blacie stołu pojawił się zestaw najrozmaitszych soków. Troi z wprawą zmieszała przygotowane drinki z sokami i wodą, aż stały się możliwe do picia. Sądząc po jej uśmiechu, dziwny statek coraz bardziej się jej podobał.
– Nie możesz uważać gdzie leziesz, łysy? – warknął nieprzyjaźnie brunet, unosząc się na kolana i wyżymając szmatę nad wiadrem.
– Zachowuj się, Sixto! – krzyknęła gniewnie Lilianna – To kapitan Jean Luc Picard, dowódca bratniej jednostki!
Brunet wzruszył ramionami i odgarnął loki z czoła.
– No to uważaj jak leziesz, kapitanie Jean Luc Picard, łysy dowódco bratniej jednostki.
– Morda w kubeł, kretynie, jeśli nie umiesz się zachować! Przepraszam, Jean Luc, on już taki jest. A dlaczego w ogóle łazisz na czworakach, krwiopijco, skoro mamy półautomaty?
– Krwiopijco? – zaniepokoił się Picard, postanawiając puścić mimo uszu przytyki na temat swej łysiny. Sixto uśmiechnął się, ukazując długie, charakterystyczne kły i kapitan USS Enterprise mimowolnie się cofnął.
– Nie siej pan cykorii, nie ma powodu – z półmroku wyłonił się zażywny, ale pełen gracji mężczyzna w tradycyjnej kucharskiej czapie – Z półautomatami wszystko w porządku, ten łobuz sprząta za karę. Jak się ścierą namacha, odechce mu się brykać. Witam gości. Matias von Braun, do usług.
– Wozicie ze sobą wampira? – spytała z niedowierzaniem Troi. Sixto dźwignął się na nogi, wytarł dłonie o spodnie, po czym ujął rękę Doradczyni i ucałował ją elegancko.
– Polecam się, piękna damo, zwłaszcza jeśli cierpisz na niejakie nadciśnienie.
Kucharz trzepnął go karcąco w plecy.
– Do roboty albo nie dostaniesz kolacji.
Picard spojrzał na kapitan Zakrzewską, która machnęła ręką i wyjaśniła mu pokrótce, skąd na pokładzie jej statku wziął się tak nietypowy załogant.
– Tolerujecie na Ziemi takich odmieńców? – spytał Worf ze zdziwieniem równie głębokim jak jego bas. Cały czas nie odrywał oczu od Keras, która w końcu nie wytrzymała i pokazała mu język.
Sixto prychnął z lekceważeniem, a von Braun zmierzył Klingona wzrokiem.
– Nie rozumiem, skąd to pytanie – powiedział zaczepnym tonem – Jeśli Gwiezdna Flota przyjmuje Klingonów do służby, to chyba wszystko się może zdarzyć...
– Gdy głowa pełna marzeń... – zawtórował mu z głębi mesy przeciągły śpiew. Z półmroku wyłonił się postawny mężczyzna z sześciopakiem piwa w jednej dłoni i półmiskiem przysmażonych kiełbas w drugiej.
– Zobacz, Ali, co zdobyłem dla nas na podwieczorek.
Cywilna załogantka pokiwała głową z politowaniem.
– Co jak co, ale piwo to na drugim końcu galaktyki zobaczysz. Za kogo ja wyszłam...
– No jeśli ty tego nie wiesz, to my tym bardziej.- parsknęła jadowicie jedna z tancerek.
– O ty Karol, gdzie to zwinąłeś? – najeżyła się kapitan Zakrzewska.
– Nie zwinąłem, uczciwie wygrałem w karty od Matiasa. To jego prywatny zapas, prawdziwy Żywiec.
Lilianna prychnęła i zwróciła się do Picarda:
- To mój główny inżynier, Karol Michałow. Jego żona Allandra jest naszym psychologiem. Słuchaj no, kochany, zdejmij ten mundur, dział obsługi ci go wypierze. Karol, masz jakiś zapasowy kombinezon?
– Jasne – odparł ochoczo inżynier – Jasiek, kopnij się ino do maszynowni, niech Lepek ci da czysty kombinezon nr 5.
– Wy mi nie rozkazujeta, panocku!
– Jasiek, jazda do maszynowni, bo ci dupę skopie i buraków nasadzę! – wrzasnęła wściekle Lilianna i jasnowłosy olbrzym zniknął niczym spłoszony motyl.
– Nie trzeba... – wydusił z siebie Picard, ale energiczna Polka przerwała mu od razu:
- Właśnie że trzeba. Przebierzesz się i pogawędzimy sobie przy jakimś koktajlu. Przepraszam na chwilę.
Zwróciła się ponownie do swego inżyniera, który tymczasem częstował wszystkich zgromadzonych gorącymi kiełbaskami. Nie stanowiło to z jego strony zbyt wielkiego wyrzeczenia, jeśli weźmie się pod uwagę, że mogłoby ich wystarczyć dla całego plutonu Czarnych Beretów.
– Co z napędem?
- Będzie gotów, gdy tylko Grzesiek skończy kalibrować injektory. Zresztą co ja się tłumaczę... Jaka była umowa? Kapitan trzyma nos na mostku i do maszynowni go nie wścibia, tak? Mnie nie trzeba przypominać o moich obowiązkach, ja swoje wiem.
– Mam nadzieję – kapitan Zakrzewska zwróciła się do reszty załogantów – A wy tu czego?! Co to, cyrk czy kabaret? Jazda na swoje odcinki do zadań, ale już! Keras może zostać, jeśli chce pogadać z rodakiem, reszty za pięć sekund ma tu nie być.
– Na jakiego Fek'lhr mi gadać z tym DenIb Qatlh? z tym Magh?
- Zdrajcą.- przetłumaczył odruchowo von Braun.
– Zdrajcą? - zdziwiła się Lilianna.
– Służy we Flocie, więc musi nim być.
– W zasadzie ty też teraz służysz we Flocie.
– ghuy'cha, a czy ja mówię że jestem wierna swemu Imperium? Co nie znaczy, że muszę szanować każdego odszczepieńca i wyrodka.
Klingonka okręciła się na pięcie i odeszła korytarzem, dumnie kręcąc muskularną pupą. Reszta też się rozeszła według rozkazu, a w mesie zostali tylko goście, kapitan Zakrzewska, von Braun i Sixto, nadal zmywający podłogę. Po chwili zjawił się zdyszany Jasiek i wręczył Picardowi niebieski kombinezon. Kapitan Enterprise udał się na zaplecze, skąd po chwilki wrócił przebrany w suchy strój i wręczył Jaśkowi przemoczony wódką mundur, od którego odpiął komunikator.
– Bydzie gotowe za piyńć minut.- obiecał góral i ponownie znikł.
Jedna z tancerek przyniosła szklanki pełne jakiegoś kolorowego napoju i kilka miseczek z przekąskami. Coraz bardziej zdezorientowany Picard pociągnął łyk ze swej szklanki i aż zakaszlał.
– Co to, żyletki w płynie?!
– Nie, nasz bimber z dodatkami – odparła Lilianna, spróbowawszy – Jak to się mówi, i smak ma, i witaminy. Matias, daj cos bezalkoholowego dla naszych gości!
– A co oni, z przedszkola są?
– Nie mędrkuj, do jasnej zmory!
– Macie tu sok śliwkowy? – zasięgnął informacji Worf. Matias parsknął wzgardliwie, ale po chwili na blacie stołu pojawił się zestaw najrozmaitszych soków. Troi z wprawą zmieszała przygotowane drinki z sokami i wodą, aż stały się możliwe do picia. Sądząc po jej uśmiechu, dziwny statek coraz bardziej się jej podobał.
poniedziałek, 24 marca 2014
LXIX
Przed drzwiami delegacja z USS Enterprise D została powitana przez uzbrojony patrol ochrony, najwyraźniej wezwany przez technika z przesyłowni. Patrol składał się z trzech dziewczyn w mundurach z zamierzchłej epoki, Różniły się one od noszonych wówczas przez załogantki Gwiezdnej Floty mundurowych sukienek biało-czerwonymi wstawkami i orzełkami przy kołnierzu, ale równie śmiało jak tamte odsłaniały zgrabne nogi młodych kobiet.
– Jesteśmy aresztowani? – zasięgnął informacji kapitan Picard, usiłując nie patrzeć poniżej rąbka sukienek, bo był to widok nad wyraz rozpraszający.
– Ależ skąd – odparła uprzejmie jedna z załogantek – Potraktujcie nas jako asystę honorową. Ja jestem Maura Gwizdak, porucznik, szef ochrony Hermasza.
– Przysłał was dowódca tego statku? – spytał Worf obrażonym basem.
– W pewnym sensie. Lalunia poinformował o was, Pierwszy spytał, co robić, a kapitanka na to wrzasnęła, żebym się wami zajęła i nie zawracała jej głowy do odwołania. Sztorcuje teraz dział naukowy, a w kolejce stoi jeszcze główny inżynier, personalna i kucharz.
– Kucharz też? – wyrwało się Dacie.
– Też – przytaknęła Maura – Jak się nasza stara wścieknie, to nie ma dla niej nic świętego. Proszę za mną, oprowadzę was, zanim kapitanka nie skończy z rozstawianiem załogi po kątach. A to może potrwać, ona jest bardzo wymowna.
Kapitan Picard pomyślał, że jest skłonny w to uwierzyć. Nie bardzo wiedział, jak ma się zachować, ale na szczęście póki co nie musiał podejmować żadnych decyzji. Porucznik Gwizdak zachowywała się jak profesjonalny pilot wycieczek, oprowadzający grupę obcokrajowców po Starówce – w zasadzie po rozmachu i wystroju statku klasy Galaxy Hermasz mógł się wydać eksponatem muzealnym. Goście nie bardzo mieli ochotę na taką wycieczkę, dali się jednak sterroryzować i wędrując za uzbrojonymi ślicznotkami słuchali pokornie objaśnień Maury. Dotarli wreszcie na czwarty pokład, gdzie natknęli się wreszcie na kapitan Zakrzewską. Prawdę mówiąc słyszeli ją z daleka, bo wydzierała się tak, że aż ściany drżały, tupiąc jednocześnie w pokład z energią stada młodych bawołów.
– Chyba coś się wydarzyło. Coś poważnego. – powiedział niepewnie Data, spoglądając na Maurę. Ta wzruszyła ramionami.
– Nie, nie sądzę... Raczej chodzi o to, że rano tancerki z baru pobiły się ze stałymi bywalcami. Pani Michałow miała zrobić im sesję terapeutyczną i pewnie coś poszło nie tak. Zaraz zobaczymy.
Przyspieszyła kroku. Po chwili oczom wszystkich ukazało się całe zgromadzenie: trzy dziewczyny w skąpych łaszkach, kilku mężczyzn, kobieta po cywilnemu i... wysoka Klingonka w tradycyjnym, skórzanym stroju. Wszyscy byli upaprani aż po oczy czymś, co wyglądało jak bita śmietana z dodatkami i stali, stłoczeni w pokorną grupkę, a przed nimi piekliła się kapitan Zakrzewska. Kapitana Picarda zaskoczył fakt, że jest ona jeszcze niższa, niż się spodziewał, prawdziwa kruszyna w mundurze. Wielki, pewnie dwumetrowy mężczyzna o rozwichrzonych jasnoblond włosach próbował ją powstrzymać, ale nie zwracała na niego uwagi.
– Nie dość że wkręciłyście się tu na waleta, małpy zielone w kratkę kopane, to jeszcze awantury urządzacie po pijaku?! - ryczała mała kapitan, wygrażając pięścią wszystkim dookoła – Ja wam dam! Ja wam pokażę! W najbliższej bazie przegonię was na cztery wiatry, a razem z wami waszego protektora z piekła rodem i tego krwiopijcę, co śpiewaka udaje! Dość tego dobrego!
- Lilianno, niechże się pani opanuje – przerwała jej zimno kobieta po cywilnemu, zgarniając z twarzy krem i zlizując go z palców – Nie stało się nic takiego. To typowa sytuacja. Ludzie muszą czasem upuścić trochę pary, celem zachowania zdrowia psychicznego.
– To wina tego nędznego bahtag! – wrzasnęła Klingonka – To nie kucharz tylko targ!
– Ki diobeł targ? – zainteresował się wysoki blondyn.
– Klingońska świnia.- wyjaśniła mu krótko jedna z tancerek.
– O, to barzo brzyćko wos nazwoła, panocku!
– Wiem to i bez ciebie – odezwał się wściekły głos z wewnątrz pomieszczenia, które musiało być mesą – Ja zaraz pokażę tej małpie!
– Keras, padnij! – krzyknęła kapitan Zakrzewska i gwałtownie szarpnęła Klingonkę w dół. Skutkiem tej akcji butelka, która właśnie wyleciała z mesy, nie trafiła w kobietę, za to spadła na głowę nie spodziewającego się niczego Picarda, pękła w kawałki i zlała go około litrem przejrzystego płynu, wydzielającego nader swojską woń. Z pewnością nie był to żaden syntehol a autentyk prosto z Ziemi. Picard przysiadł na podłodze, bardziej ze zdziwienia niż z bólu, bowiem butelka była z cienkiego tworzywa szkłopodobnego i nie mogła wyrządzić mu krzywdy.
Z mesy wyjrzała poczciwa, okrągła twarz.
– O, strasznie przepraszam – speszył się właściciel twarzy – Chciałem trafić w Keras. Pan się nie martwi, to tylko wódka, podobno dobra na porost włosów.
- Nie gadałbyś głupstw, von Braun – ofuknęła go Lilianna, podeszła do Picarda i pomogła mu wstać – Gdyby to była prawda, co najmniej połowa moich załogantów miałaby brody od podniebienia do samej podłogi. Dałbyś lepiej jakąś ścierkę albo co.
Jedna z tancerek pobiegła na zaplecze i wróciła z rolką papierowego ręcznika. Kapitan Picard zaczął się wycierać, myśląc jednocześnie, jak trudno zachować godność gdy człowiek wonieje wódką i jest cały mokry.
– Ładnie się tu bawicie.- mruknął niechętnie.
– Bywa jeszcze lepiej – odparła spokojnie kapitan Zakrzewska - Skoro już pan tu jest ze swymi przydupasami, to załatwmy to po co pan przyszedł, bo ja mam jeszcze pół maszynowni do obsztorcowania. Napije się pan czegoś?
- Brrr, nie!
– Bez obaw, mamy też napoje całkiem niewinne. Chodźmy do mesy, półautomaty już ją pewnie wysprzątały.
– Jesteśmy aresztowani? – zasięgnął informacji kapitan Picard, usiłując nie patrzeć poniżej rąbka sukienek, bo był to widok nad wyraz rozpraszający.
– Ależ skąd – odparła uprzejmie jedna z załogantek – Potraktujcie nas jako asystę honorową. Ja jestem Maura Gwizdak, porucznik, szef ochrony Hermasza.
– Przysłał was dowódca tego statku? – spytał Worf obrażonym basem.
– W pewnym sensie. Lalunia poinformował o was, Pierwszy spytał, co robić, a kapitanka na to wrzasnęła, żebym się wami zajęła i nie zawracała jej głowy do odwołania. Sztorcuje teraz dział naukowy, a w kolejce stoi jeszcze główny inżynier, personalna i kucharz.
– Kucharz też? – wyrwało się Dacie.
– Też – przytaknęła Maura – Jak się nasza stara wścieknie, to nie ma dla niej nic świętego. Proszę za mną, oprowadzę was, zanim kapitanka nie skończy z rozstawianiem załogi po kątach. A to może potrwać, ona jest bardzo wymowna.
Kapitan Picard pomyślał, że jest skłonny w to uwierzyć. Nie bardzo wiedział, jak ma się zachować, ale na szczęście póki co nie musiał podejmować żadnych decyzji. Porucznik Gwizdak zachowywała się jak profesjonalny pilot wycieczek, oprowadzający grupę obcokrajowców po Starówce – w zasadzie po rozmachu i wystroju statku klasy Galaxy Hermasz mógł się wydać eksponatem muzealnym. Goście nie bardzo mieli ochotę na taką wycieczkę, dali się jednak sterroryzować i wędrując za uzbrojonymi ślicznotkami słuchali pokornie objaśnień Maury. Dotarli wreszcie na czwarty pokład, gdzie natknęli się wreszcie na kapitan Zakrzewską. Prawdę mówiąc słyszeli ją z daleka, bo wydzierała się tak, że aż ściany drżały, tupiąc jednocześnie w pokład z energią stada młodych bawołów.
– Chyba coś się wydarzyło. Coś poważnego. – powiedział niepewnie Data, spoglądając na Maurę. Ta wzruszyła ramionami.
– Nie, nie sądzę... Raczej chodzi o to, że rano tancerki z baru pobiły się ze stałymi bywalcami. Pani Michałow miała zrobić im sesję terapeutyczną i pewnie coś poszło nie tak. Zaraz zobaczymy.
Przyspieszyła kroku. Po chwili oczom wszystkich ukazało się całe zgromadzenie: trzy dziewczyny w skąpych łaszkach, kilku mężczyzn, kobieta po cywilnemu i... wysoka Klingonka w tradycyjnym, skórzanym stroju. Wszyscy byli upaprani aż po oczy czymś, co wyglądało jak bita śmietana z dodatkami i stali, stłoczeni w pokorną grupkę, a przed nimi piekliła się kapitan Zakrzewska. Kapitana Picarda zaskoczył fakt, że jest ona jeszcze niższa, niż się spodziewał, prawdziwa kruszyna w mundurze. Wielki, pewnie dwumetrowy mężczyzna o rozwichrzonych jasnoblond włosach próbował ją powstrzymać, ale nie zwracała na niego uwagi.
– Nie dość że wkręciłyście się tu na waleta, małpy zielone w kratkę kopane, to jeszcze awantury urządzacie po pijaku?! - ryczała mała kapitan, wygrażając pięścią wszystkim dookoła – Ja wam dam! Ja wam pokażę! W najbliższej bazie przegonię was na cztery wiatry, a razem z wami waszego protektora z piekła rodem i tego krwiopijcę, co śpiewaka udaje! Dość tego dobrego!
- Lilianno, niechże się pani opanuje – przerwała jej zimno kobieta po cywilnemu, zgarniając z twarzy krem i zlizując go z palców – Nie stało się nic takiego. To typowa sytuacja. Ludzie muszą czasem upuścić trochę pary, celem zachowania zdrowia psychicznego.
– To wina tego nędznego bahtag! – wrzasnęła Klingonka – To nie kucharz tylko targ!
– Ki diobeł targ? – zainteresował się wysoki blondyn.
– Klingońska świnia.- wyjaśniła mu krótko jedna z tancerek.
– O, to barzo brzyćko wos nazwoła, panocku!
– Wiem to i bez ciebie – odezwał się wściekły głos z wewnątrz pomieszczenia, które musiało być mesą – Ja zaraz pokażę tej małpie!
– Keras, padnij! – krzyknęła kapitan Zakrzewska i gwałtownie szarpnęła Klingonkę w dół. Skutkiem tej akcji butelka, która właśnie wyleciała z mesy, nie trafiła w kobietę, za to spadła na głowę nie spodziewającego się niczego Picarda, pękła w kawałki i zlała go około litrem przejrzystego płynu, wydzielającego nader swojską woń. Z pewnością nie był to żaden syntehol a autentyk prosto z Ziemi. Picard przysiadł na podłodze, bardziej ze zdziwienia niż z bólu, bowiem butelka była z cienkiego tworzywa szkłopodobnego i nie mogła wyrządzić mu krzywdy.
Z mesy wyjrzała poczciwa, okrągła twarz.
– O, strasznie przepraszam – speszył się właściciel twarzy – Chciałem trafić w Keras. Pan się nie martwi, to tylko wódka, podobno dobra na porost włosów.
- Nie gadałbyś głupstw, von Braun – ofuknęła go Lilianna, podeszła do Picarda i pomogła mu wstać – Gdyby to była prawda, co najmniej połowa moich załogantów miałaby brody od podniebienia do samej podłogi. Dałbyś lepiej jakąś ścierkę albo co.
Jedna z tancerek pobiegła na zaplecze i wróciła z rolką papierowego ręcznika. Kapitan Picard zaczął się wycierać, myśląc jednocześnie, jak trudno zachować godność gdy człowiek wonieje wódką i jest cały mokry.
– Ładnie się tu bawicie.- mruknął niechętnie.
– Bywa jeszcze lepiej – odparła spokojnie kapitan Zakrzewska - Skoro już pan tu jest ze swymi przydupasami, to załatwmy to po co pan przyszedł, bo ja mam jeszcze pół maszynowni do obsztorcowania. Napije się pan czegoś?
- Brrr, nie!
– Bez obaw, mamy też napoje całkiem niewinne. Chodźmy do mesy, półautomaty już ją pewnie wysprzątały.
piątek, 7 marca 2014
LXVIII
Po dłuższej naradzie z wyższymi oficerami kapitan Picard doszedł do wniosku, iż "wie, że nic nie wie" i połączył się z kwaterą główną Gwiezdnej Floty.
- Coś podobnego! - powiedziała kwatera, wysłuchawszy jego relacji - Merytorycznie rzecz biorąc, ten statek nadal należy do Floty, musi pan więc dogadać się z jego kapitanem i nakłonić go, żeby poleciał na Ziemię. Trzeba zwołać naradę w sprawie tak niezwykłego znaleziska i określić jego dalsze losy.
- Problem w tym, że ten kapitan to jakaś nawiedzona baba.
- Wyczuwał seksizm.- wtrąciła się Deanna Troi.
- I nie sądzę, by posłuchała jakichkolwiek rozkazów, które się jej nie spodobają - ciągnął dalej Picard - Doradzałbym maksymalną ostrożność. Czytałem o załodze PSS Hermasz w pamiętnikach admirała Kirka i mam niedobre przeczucia.
- Na razie proszę udać się na ten statek i oficjalnie poinformować dowódcę o jego powinności zameldowania sie kwaterze głównej.
- Raczej nas nie wpuści po dobroci.
- Nie powie mi pan, że nie da się sforsować osłon sprzed stu lat nowoczesnym transporterem!
- Ale...
- Nie ma "ale", wykonać. Chyba uczestniczył pan w trudniejszych zadaniach.
- Nie jestem tego taki pewny. - mruknął Picard, gdy ekran zgasł. Pamiętniki Jamesa T. Kirka jednoznacznie określały kapitan Zakrzewską jako osobę pozbawioną wszelkiego szacunku dla dowództwa Gwiezdnej Floty, a jej załogę jako zbieraninę spod najciemniejszej gwiazdy.
- Żeby choć Pulasky tu była, ona może by się z nimi dogadała.
Wstał z fotela, rozejrzał się po swych ludziach i zdecydował:
- Pan Worf, pani Troi i komandor Data idą ze mną. Tymczasowo mostek obejmuje pierwszy oficer Riker.
- Nie będzie nas czasem zbyt mało? - wyraził swym głębokim basem wątpliwość Worf. Picard spojrzał na niego i skrzywił się nieznacznie.
- Gdybyśmy się mieli z nimi bić, to pewnie byłoby nas za mało. Ale na zwykłą wizytę będzie dość.
- Przeczuwam, że ta wizyta zwykła nie będzie. - zaśmiała się Deanna Troi, idąc razem z Datą do turbowindy. Za nimi podążył Worf, mrucząc coś o tym, że warto by wziąć ze sobą porządną broń, a za nimi sam kapitan, który miał taką minę, jakby szedł na gilotynę.
W hali transportu okazało się, że technik na Hermaszu nie chce słyszeć o żadnym nieautoryzowanym przesyle, nie ma również zamiaru zawracać głowy swemu dowódcy takimi błachostkami jak rozkazy z kwatery głównej. Wobec jego nieprzejednanej postawy Jean Luc Picard zdecydował się na przesył z poziomu własnego statku. Na wszelki wypadek kazał trzymać fazery w pogotowiu, choć żywił nadzieję, że do zbrojnego starcia nie dojdzie.
Gdy tylko grupa zmaterializowała się na platformie, kędzierzawy blondynek o piwnych oczach włączył staroświecki comlink i zameldował znudzonym głosem, nawet nie racząc wstać z krzesła:
- Hej, mostek, mamy desant na pokładzie.
- A uzbrojony chociaż? - zasięgnął informacji ktoś z mostka.
- Czy ja wiem? - blondynek zmierzył gości taksującym spojrzeniem - Coś tam mają, ale niewiele tego.
- Wiele być nie musi, żeby nas podziurawić.
- Niech tylko spróbują - wtrącił się niespodziewanie głos, zdający się dochodzić zewsząd i znikąd zarazem - Rozładowałem zdalnie ich broń, ledwo się tu znaleźli. Nie ustrzelą nawet muchy.
- Kto to mówi? - zdenerwował się Worf.
- Ja, Hermasz. A coś ci się nie podoba, suszona wieprzowino?
Kapitan Picard sięgnął po swój fazer i przekonał się, że wskaźnik baterii rzeczywiście pokazuje zero. Tymczasem Data rozglądał się uważnie i wreszcie stwierdził:
- Kapitanie, wygląda na to, że stoimy na pokładzie obiektu obdarzonego własną inteligencją.
- Nie no, domyślił się - prychnął niewidzialny głośnik - Normalnie geniusz.
- Nie jestem geniuszem, tylko androidem i nazywam się Data.
- Podaj kogoś za to imię do sądu. Na mój gust dożywocie murowane.
- Przykro mi, ale nie rozumiem.
- Tak? No to dupa jesteś, nie AI.
- Gdzie jest kapitan tej jednostki?! - krzyknął Picard dużo głośniej niż zamierzał. Poczuł, że jeśli będzie jeszcze kilka minut słuchał tej wymiany zdań, zwariuje.
- Ostatnio piekliła się na pokładzie trzecim. - poinformował go spokojnie technik transportu, zakładając palcem stronę w czytanej właśnie staroświeckiej książce - Nie radzę tam iść.
- Niby czemu?
- No pomyśl pan logicznie, o co nasza stara mogła się pieklić na trzecim pokładzie?
Blondynek najwyraźniej zignorował fakt, że kapitan Picard nie był zorientowany w szczegółach konstrukcyjnych niezwykłego statku, na którym się teraz znajdował.
- Nie mam pojęcia. - przyznał z rezygnacją.
- Tam są laboratoria. Lemowa i Waldek Poligon robili jakieś doświadczenia z merkaptanami i zasmrodzili cały pokład tak gruntownie, że wejść tam teraz nie można...
Smakowita opowieść została przerwana szczękiem rozsuwanych drzwi. Do przesyłowni wpadła mała dziewczynka, której spiczaste uszy wyraźnie zdradzały wolkańskie pochodzenie, i schowała się za konsolą. Tuż za nią do hali wbiegła dorosła Wolkanka w barwach sekcji medycznej.
- T'Allia, ile razy mówiłam że masz mnie słuchać! - krzyknęła rozkazująco, nie zwracając najmniejszej uwagi na przybyszy - Natychmiast tu chodź i nie myśl, że odpuszczę ci zjedzenie obiadu!
- Niechże jej pani nie straszy, pani doktor, to niewychowawcze. - zwrócił jej uwagę technik, wyciągając rozbawione dziecko spod konsoli i podając je kobiecie.
- Pilnuj pan własnego nosa.
- Ooo, śmieszne buźki! - pisnęła T'Allia, pokazując paluszkiem na Worfa i Datę. Urażony Klingon zrobił najokropniejszą minę, na jaką mógł się zdobyć, i zawarczał, ale mała odpowiedziała na to jedynie wybuchem głośnego chichotu. Wolkańska lekarka zmierzyła przybyszy wzrokiem, mruknęła głośno:
- Mógłby tu ktoś do cholery posprzątać.
Po czym wymaszerowała z córeczką na rękach.
- Doradco? - Picard spojrzał na Troi, która wyglądała tak, jakby siłą powstrzymywała się od śmiechu.
- Cóż, mogę tylko powiedzieć że trafiliśmy w mocno niekonwencjonalne miejsce - powiedziała - Wyczuwam tu jednak same pozytywne emocje. Chwilami może zbyt silne, ale w zasadzie pozytywne.
- Zdaje się, że przed chwilą ktoś chciał nas sprzątnąć. To według pani jest pozytywne?
Betazoidka uśmiechnęła się łagodnie i podeszła do drzwi.
- Myślę, kapitanie, że powinniśmy wreszcie spotkać się z dowódcą tego okrętu. Weszliśmy co prawda bez zaproszenia, ale zachowajmy jakieś resztki dobrego wychowania.
- Coś podobnego! - powiedziała kwatera, wysłuchawszy jego relacji - Merytorycznie rzecz biorąc, ten statek nadal należy do Floty, musi pan więc dogadać się z jego kapitanem i nakłonić go, żeby poleciał na Ziemię. Trzeba zwołać naradę w sprawie tak niezwykłego znaleziska i określić jego dalsze losy.
- Problem w tym, że ten kapitan to jakaś nawiedzona baba.
- Wyczuwał seksizm.- wtrąciła się Deanna Troi.
- I nie sądzę, by posłuchała jakichkolwiek rozkazów, które się jej nie spodobają - ciągnął dalej Picard - Doradzałbym maksymalną ostrożność. Czytałem o załodze PSS Hermasz w pamiętnikach admirała Kirka i mam niedobre przeczucia.
- Na razie proszę udać się na ten statek i oficjalnie poinformować dowódcę o jego powinności zameldowania sie kwaterze głównej.
- Raczej nas nie wpuści po dobroci.
- Nie powie mi pan, że nie da się sforsować osłon sprzed stu lat nowoczesnym transporterem!
- Ale...
- Nie ma "ale", wykonać. Chyba uczestniczył pan w trudniejszych zadaniach.
- Nie jestem tego taki pewny. - mruknął Picard, gdy ekran zgasł. Pamiętniki Jamesa T. Kirka jednoznacznie określały kapitan Zakrzewską jako osobę pozbawioną wszelkiego szacunku dla dowództwa Gwiezdnej Floty, a jej załogę jako zbieraninę spod najciemniejszej gwiazdy.
- Żeby choć Pulasky tu była, ona może by się z nimi dogadała.
Wstał z fotela, rozejrzał się po swych ludziach i zdecydował:
- Pan Worf, pani Troi i komandor Data idą ze mną. Tymczasowo mostek obejmuje pierwszy oficer Riker.
- Nie będzie nas czasem zbyt mało? - wyraził swym głębokim basem wątpliwość Worf. Picard spojrzał na niego i skrzywił się nieznacznie.
- Gdybyśmy się mieli z nimi bić, to pewnie byłoby nas za mało. Ale na zwykłą wizytę będzie dość.
- Przeczuwam, że ta wizyta zwykła nie będzie. - zaśmiała się Deanna Troi, idąc razem z Datą do turbowindy. Za nimi podążył Worf, mrucząc coś o tym, że warto by wziąć ze sobą porządną broń, a za nimi sam kapitan, który miał taką minę, jakby szedł na gilotynę.
W hali transportu okazało się, że technik na Hermaszu nie chce słyszeć o żadnym nieautoryzowanym przesyle, nie ma również zamiaru zawracać głowy swemu dowódcy takimi błachostkami jak rozkazy z kwatery głównej. Wobec jego nieprzejednanej postawy Jean Luc Picard zdecydował się na przesył z poziomu własnego statku. Na wszelki wypadek kazał trzymać fazery w pogotowiu, choć żywił nadzieję, że do zbrojnego starcia nie dojdzie.
Gdy tylko grupa zmaterializowała się na platformie, kędzierzawy blondynek o piwnych oczach włączył staroświecki comlink i zameldował znudzonym głosem, nawet nie racząc wstać z krzesła:
- Hej, mostek, mamy desant na pokładzie.
- A uzbrojony chociaż? - zasięgnął informacji ktoś z mostka.
- Czy ja wiem? - blondynek zmierzył gości taksującym spojrzeniem - Coś tam mają, ale niewiele tego.
- Wiele być nie musi, żeby nas podziurawić.
- Niech tylko spróbują - wtrącił się niespodziewanie głos, zdający się dochodzić zewsząd i znikąd zarazem - Rozładowałem zdalnie ich broń, ledwo się tu znaleźli. Nie ustrzelą nawet muchy.
- Kto to mówi? - zdenerwował się Worf.
- Ja, Hermasz. A coś ci się nie podoba, suszona wieprzowino?
Kapitan Picard sięgnął po swój fazer i przekonał się, że wskaźnik baterii rzeczywiście pokazuje zero. Tymczasem Data rozglądał się uważnie i wreszcie stwierdził:
- Kapitanie, wygląda na to, że stoimy na pokładzie obiektu obdarzonego własną inteligencją.
- Nie no, domyślił się - prychnął niewidzialny głośnik - Normalnie geniusz.
- Nie jestem geniuszem, tylko androidem i nazywam się Data.
- Podaj kogoś za to imię do sądu. Na mój gust dożywocie murowane.
- Przykro mi, ale nie rozumiem.
- Tak? No to dupa jesteś, nie AI.
- Gdzie jest kapitan tej jednostki?! - krzyknął Picard dużo głośniej niż zamierzał. Poczuł, że jeśli będzie jeszcze kilka minut słuchał tej wymiany zdań, zwariuje.
- Ostatnio piekliła się na pokładzie trzecim. - poinformował go spokojnie technik transportu, zakładając palcem stronę w czytanej właśnie staroświeckiej książce - Nie radzę tam iść.
- Niby czemu?
- No pomyśl pan logicznie, o co nasza stara mogła się pieklić na trzecim pokładzie?
Blondynek najwyraźniej zignorował fakt, że kapitan Picard nie był zorientowany w szczegółach konstrukcyjnych niezwykłego statku, na którym się teraz znajdował.
- Nie mam pojęcia. - przyznał z rezygnacją.
- Tam są laboratoria. Lemowa i Waldek Poligon robili jakieś doświadczenia z merkaptanami i zasmrodzili cały pokład tak gruntownie, że wejść tam teraz nie można...
Smakowita opowieść została przerwana szczękiem rozsuwanych drzwi. Do przesyłowni wpadła mała dziewczynka, której spiczaste uszy wyraźnie zdradzały wolkańskie pochodzenie, i schowała się za konsolą. Tuż za nią do hali wbiegła dorosła Wolkanka w barwach sekcji medycznej.
- T'Allia, ile razy mówiłam że masz mnie słuchać! - krzyknęła rozkazująco, nie zwracając najmniejszej uwagi na przybyszy - Natychmiast tu chodź i nie myśl, że odpuszczę ci zjedzenie obiadu!
- Niechże jej pani nie straszy, pani doktor, to niewychowawcze. - zwrócił jej uwagę technik, wyciągając rozbawione dziecko spod konsoli i podając je kobiecie.
- Pilnuj pan własnego nosa.
- Ooo, śmieszne buźki! - pisnęła T'Allia, pokazując paluszkiem na Worfa i Datę. Urażony Klingon zrobił najokropniejszą minę, na jaką mógł się zdobyć, i zawarczał, ale mała odpowiedziała na to jedynie wybuchem głośnego chichotu. Wolkańska lekarka zmierzyła przybyszy wzrokiem, mruknęła głośno:
- Mógłby tu ktoś do cholery posprzątać.
Po czym wymaszerowała z córeczką na rękach.
- Doradco? - Picard spojrzał na Troi, która wyglądała tak, jakby siłą powstrzymywała się od śmiechu.
- Cóż, mogę tylko powiedzieć że trafiliśmy w mocno niekonwencjonalne miejsce - powiedziała - Wyczuwam tu jednak same pozytywne emocje. Chwilami może zbyt silne, ale w zasadzie pozytywne.
- Zdaje się, że przed chwilą ktoś chciał nas sprzątnąć. To według pani jest pozytywne?
Betazoidka uśmiechnęła się łagodnie i podeszła do drzwi.
- Myślę, kapitanie, że powinniśmy wreszcie spotkać się z dowódcą tego okrętu. Weszliśmy co prawda bez zaproszenia, ale zachowajmy jakieś resztki dobrego wychowania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)