UWAGA!
Realia uniwersum "Star Treka" zostały stworzone przez Gene'a Roddenberry'ego i wszelkie prawa do nich znajdują się obecnie w posiadaniu wytwórni Paramount Pictures.
czwartek, 4 czerwca 2015
XC.
Komunikator wrzeszczał i klął jak najęty. Mattias zabrał go R’Cerowi i przykręcił głośność.
– Czy to świństwo, które pan rozpylił, nie dałoby się znowu zastosować? – spytał – Coś mi się zdaje że warto by się nim posłużyć, albo wszystkich nas czeka sąd wojskowy.
– Gaz – mruknął R’Cer – Gaz... O na górę Selaya, co ja narobiłem....
– No co?
Wolkanin spojrzał na kapitana Picarda i admirał Rossę.
– Błagam o wybaczenie – powiedział – Wygląda na to, że zachowanie kapitan Zakrzewskiej i pierwszego inżyniera to moja wina.
– Jak to? – spytała admirał takim tonem, jakby nic jej już nie mogło zaskoczyć.
– Istota Q oddziaływała na emocje załogi, nawet moje. Żeby je uspokoić, użyłem wolkańskiego medykamentu w areozolu, ligeitu. Nie wziąłem pod uwagę, że podczas uruchomiania systemu podtrzymania życia, który akurat wtedy był w naprawie, uwalnia się do atmosfery statku pewna ilość gazowego topalinu. Zmieszany z ligeitem kumuluje się w ludzkim organizmie i po ustaniu działania medykamentu powoduje niekontrolowany wzrost agresji. Były przypadki morderstw po takiej mieszance.
Kapitan Picard przetrawiał chwilę te wiadomość.
– Czyli wasza kapitan...?
– Nie jest winna temu co wygadywała i co robiła. Dobrze że nikogo nie położyła trupem, dobrze wie jak to robić.
– No to zajmijmy się najpierw nią, a pan niech jakoś uspokoi tego Michałowa.
Mina R’Cera wskazywała na pewne wątpliwości, czy uspokojenie głównego inżyniera jest w ogóle możliwe, ale posłusznie wziął komunikator i podkręcił potencjometr. Okazało się, że Karol Michałow nie skończył jeszcze swej przemowy, musiał więc poczekać.
Tymczasem kapitan Picard, admirał Rossa i Worf udali się do brygu. Już z daleka usłyszeli śpiew, a właściwie coś, co w założeniu miało być śpiewem, w wykonaniu obu aresztantek:
– Gdy przyjdzie ranek, stanę u twych bram
Sie pożegnałem bez do widzenia
Nie wiem czy będziesz tam
Sie pożegnałem, wychodzę z więzienia
Tylko noc, noc, noc! Płoną światła ramp!
Mocny reflektor niebo przeczesuje
Ach, światło to jak ja dobrze znam!
Nigdy nie gaśnie, ktoś zawsze obserwuje!
Nie wiem czy wierzę jej
czy nie wierzę
Wierzę jej,
czy nie wierzę! – ryczały niemelodyjnie na dwa głosy. Podszedłszy bliżej oficerowie przekonali się, że kapitan Zakrzewska leży na pryczy w pozycji urągającej zdrowemu rozsądkowi – skosem, na plecach, z głową zwisającą z brzegu, a nogami zadartymi pionowo w górę i opartymi o ścianę. Keras, pewnie nie chcąc być gorsza, przybrała podobną pozę, z tym że na podłodze, o którą opierała się karkiem, resztę ciała mając w idealnej świecy na ścianie. Nie przeszkadzało im to jakoś śpiewać.
– Hm, przepraszam? – zagaił niepewnie kapitan Picard. Pieśń skonała.
– Za co tym razem? – zasięgnęła Lilianna, nie zmieniając pozycji – Za przerwanie treningu hatha yogi?
– Yogi?
– To taki miś. Lubił kraść kosze piknikowe.
Picard machnął ręką, postanawiając nie wnikać w meritum sprawy.
– Pozwolisz z nami do ambulatorium. Istnieje podejrzenie, że jesteś pod nieświadomym wpływem środków chemicznych.
– Co takiego? – zainteresowała się kapitan Zakrzewska i wreszcie usiadła normalnie na pryczy – Ktoś mi czegoś dodał do porannego mleczka?
– Nie całkiem. Wszystko wytłumaczę po drodze.
– Mam nadzieję, bo inaczej dostaniesz w ucho. Nikt nie będzie mnie pomawiał o pospolite ćpuństwo.
– Tu chodzi raczej o chemikalia w powietrzu na twoim statku.
Lilianna roześmiała się serdecznie.
– Na moim statku lata w powietrzu wiele rzeczy i zawsze latało. Ale może i masz rację, Jean Luc, bo czuję się jakoś tak jak na rauszu, a przysięgłabym, że od dawna nie tykałam naszego bimbru.
– Nie puszczę cię samej, kapitanko. – Keras zwinnym ruchem stanęła na nogi – Nie ufam tej babie. Nawet bez mego wiernego betleHa dam radę każdemu na tym statku.
Zmierzyła admirał Rossę wrogim spojrzeniem. Lilianna wzruszyła ramionami.
– Niech idzie, tak będzie nawet lepiej. Może i ją się przebada? Jeśli coś działało na mnie, mogło i na nią.
– Klingoni mają inne organizmy, ale może to i dobry pomysł.
Tak więc Keras ruszyła do ambulatorium u boku swego dowódcy, tocząc wokoło spojrzeniem zapowiadającym, że w razie potrzeby gotowa jest na wszystko. W ambulatorium czekał już zgnębiony R’Cer z przysypiającą córeczką na rękach, Mattias von Braun, kapitan Picard i pani admirał.
– Michałow obiecał, że się wstrzyma.- powiedział von Braun na widok Lilianny.
- Michałow? A przed czym? Nie puści pawia póki nie wrócę?
– Zrobił zamach stanu i objął dowodzenie, razem z Krzyśkiem Majchrem. Zamknęli biednego Arka w szafce na mopy.
– O Matko Boska! – jęknęła kapitan Zakrzewska – Lepiej się pospieszmy, bo Karol gotów sprokurować nawet incydent międzyplanetarny. Te, piguła, pobierz mi krew galopem, a ty dawaj komunikator, pogadam sobie z panem Michałowem. Mój sprzęt wysiadł.
Usiadła z impetem na krześle, nadstawiając zgięcie łokciowe. Doktor Crusher z obrażoną miną pobrała jej krew, potem Keras, von Braunowi, R’Cerowi i nawet małej T’Alli. Zrobiła to tak zręcznie, że dziewczynka nawet się nie obudziła. Potem pani doktor znikła w pokoju laboratoryjnym, a kapitan Zakrzewska połączyła się z Hermaszem.
– Się masz, morda! – zawołała, gdy zgłosił się główny inżynier – Co ty tam fikasz? Skarżą mi się tu na ciebie!
– Lilka! To ty nie w mamrze? Wypuścili cię?! – rozdarł się Michałow – No mówiłem, że jak im na sztorc postawimy....
– Już ty lepiej niczego na sztorc nie stawiaj, a w każdym razie nie publicznie, bo narobisz zgorszenia. – przerwała mu kapitan Zakrzewska – Choć przyznam, że jest na co popatrzeć...
– Eeee... widziałaś?!
– Przypadkiem, przysięgam! Zamyśliłam się i wlazłam niechcący do męskiej łazienki zamiast do damskiej. Miałeś cały łeb w mydlinach to mnie nie zauważyłeś, ale ja dużo widziałam. Oj, duuużo.
– Dobra, dość tych komplementów. Co się naprawdę stało na pokładzie tej śmieciarki?
Kapitan Picard aż wzdrygnął się z obrazy, ale zmilczał, widząc spojrzenie Lilianny. Przesłała mu ręką uspokajający znak.
- Nic się nie stało, to zwykłe nieporozumienie.Keras jest nadgorliwa i trochę przesadziła. Teraz posłuchaj. Atmosfera Hermasza jest zatruta.
– Nieprawda! – wtrącił się z oburzeniem główny komputer.
– Hermuś, cisza! To coś, czego nie rejestrujesz jako czynnik trujący, po prostu gazowy topalin. Karol, słuchaj mnie uważnie. Razem z tym co zaaplikował nam R’Cer, utworzył jakieś świństwo. Jesteś wściekły, to znaczy bardziej niż zwykle, bo się podtrułeś, tak jak ja i wielu innych. Pewnie jedni mniej, a drudzy więcej.
– Fakt, na całym statku wybuchają awantury. Nawet Jolka dała w łeb Małosolnemu.
– No widzisz. Opanuj jakoś ten pieprzony bajzel, dobrze? Ja muszę tu jeszcze zostać. I... – dorzuciła po namyśle – Nie wpuszczaj nikogo na pokład bez mojej osobistej autoryzacji, dobrze?
- No jasne. A co?
– Potem ci powiem. Muszę jeszcze wyjaśnić kilka spraw. Bez odbioru.
Kapitan Zakrzewska wyłączyła komunikator.
– Lepiej, żeby nie wiedział, co chcecie zrobić.- rzuciła wyzywająco w stronę admirał Rossy – Ten statek to jego duma, jego dziecko. Gdyby on był na moim miejscu, skończyłaby pani z przetrąconym karkiem lub co najmniej szczęką.
– To jakiś dzikus!
– Skądże. Po prostu uwielbia tę naszą łajbę i dałby się za nią pokrajać. Z waszego punktu widzenia jest może inżynierem sprzed wieku, ale zapewniam, że drugiego takiego jak on ze świecą szukać. Uczy się błyskawicznie, a metal w jego rękach jest posłuszny jak tresowane zwierzę. Za pomocą swego zestawu narzędzi zrobi wszystko za wyjątkiem obiadu. Stawiam głowę, że po półrocznym kursie uzupełniającym zapędzi w kozi ród wszystkich waszych specjalistów. Wypróbujcie go, a zobaczycie, co potrafi.
Admirał Rossa nie była przekonana, ale w sukurs kapitan Zakrzewskiej przyszedł niespodziewanie Data, który zjawił się jak diabeł z pudełka, prezentując swą sztywną postawę i kanciastą twarz o żółtych oczach.
– Potwierdzam. – rzekł – Miałem okazję popracować z Karolem Michałowem i byłem pod wrażeniem jego sprawności manualnej oraz intelektualnej.
Powiedziałby coś więcej, ale doktor Crusher wróciła właśnie z laboratorium.
– Kapitanie, mam wyniki badań. – zwróciła się do Picarda – We krwi pobranej od wszystkich pacjentów znajduje się topalin i jakiś związek, którego nie znam.
– Ligeit.- podpowiedział jej R’Cer.
– Możliwe. W każdym razie według chromatografu razem te dwa środki mogą działać na organizm humanoida jak mocny alkohol. Na szczęście łatwo zaradzić jego skutkom. Od razu zareplikowałam neutralizator.
Wyjęła z kieszeni hipoinjektor. Kapitan Zakrzewska podsunęła jej ramię takim ruchem, jakby robiła jej wielką łaskę. Doktor Crusher podała jej dawkę leku, potem pozostałym. Jedynie Keras odmówiła zgody na zastrzyk i była śmiertelnie oburzona podejrzeniami o odmienny stan świadomości.
– Proszę dać jej spokój. – rzekła wreszcie Lilianna, rozcierając ścierpnięte po neutralizatorze ramię – Ona zawsze się tak zachowuje, więc pewnie jej ten gaz wcale nie zaszkodził.
sobota, 30 maja 2015
LXXXIX.
- Pani jest bezczelna! – krzyknęła admirał Rossa.- I niesubordynowana!
– Tak! A pani mnie wkurza! Nikt nie ruszy mojego statku, nawet sam prezydent tej zasranej galaktyki, jasne?!
Mattias von Braun, przerażony, usiłował powstrzymać potok wymowy swojej kapitan, ale równie dobrze mógłby chcieć zatrzymać wodospad Niagara. Zresztą i leciwą admirał poniosło.
– Pani nie umie zachować się wobec wyższych szarż! – wrzeszczała – Nie zasługuje pani na dowodzenie nawet osadą wioślarską!
– A pani stanowisko admirała dostała pewnie jako prezent pod choinkę! – nie pozostała jej dłużna Lilianna – Jak można rządzić się nie swoją własnością?! Proszę sprawdzić zapiski Floty, a dowie się pani, że Hermasz nigdy formalnie do niej nie należał! Ponieważ został zbudowany dla nas, a budowniczowie pewnie dawno wąchają kwiatki od spodu, tylko my możemy o nim decydować! Dotarło, czy szkolenia trzeba?!
Dalsza dyskusja przybrała już taką formę, że admirał Rossa nie wytrzymała i zażądała:
- Kapitanie Picard, proszę natychmiast aresztować tę kobietę!
Nie wiedzieć czemu ten akurat rzeczownik do reszty małą Polkę rozpieklił.
– Ja ci tu zaraz dam kobietę, ty stara klępo! „Kobieto”, mówi do człowieka!
Żołnierze ochrony, wezwani przez Worfa, nadbiegli z pośpiechem. Mattias von Braun usiłował mediować, ale Keras chwyciła walecznie swój batleth i zasłoniła swego dowódcę własnym ciałem.
– Tylko się zbliżcie, bahtag!
Kapitan Zakrzewska nie miała przy sobie broni, ale przezornie zażądała od replikatora łomu. Właściwie chciała łyżki do opon, ale że replikator nie wiedział, co to jest, poprzestała na łomie.
– Fazery na ogłuszanie! - wrzeszczał rozpaczliwie kapitan Picard, przerażony tym co się działo.
Keras wywijała batlethem, aż świszczało, tak że nikt nie mógł nawet się zbliżyć i zanosiło się na to, że faktycznie trzeba będzie użyć fazerów, gdy wrócił R’Cer i zażądał spokojnym głosem wyjaśnień. Widok Wolkanina, przedstawiciela najbardziej szanowanej rasy Federacji, ostudził nieco gorące temperamenty.
– Przepraszam, co się tu dzieje?
– Nic! Normalnie, miła atmosfera. – odparła wściekle Lilianna, podpierając się łomem. R’Cer spojrzał pytająco na admirał Rossę, unosząc niemo lewą brew.
– Może pan pouczy tę... swoją kapitan, że winna jest mi posłuszeństwo! - wyrzuciła z siebie admirał.
– Żeby tak sprawę rozpatrzeć logicznie, to nie. – powiedział Wolkanin po namyśle – Zgodnie z prawem Gwiezdnej Floty nie ma czegoś takiego jak służba dożywotnia, a wiek emerytalny kapitan Zakrzewska już dawno osiągnęła...
– Bezczelny! – parsknęła Lilianna z obrazą.
– Poza tym regulamin nie uwzględnia ciągłości zależności służbowych po tak znacznym przeskoku czasowym. Obawiam się, pani admirał, że między wami dwiema żadnych zależności nie można się dziś doszukać.- dokończył R’Cer i oddał bardzo zaciekawioną tym zamieszaniem T’Allię na potrzymanie Doradcy Troi. Następnie podszedł do Lilianny i spróbował odebrać jej łom, co nie skończyło się najlepiej. Keras, która opacznie wytłumaczyła sobie jego intencje, grzmotnęła komandora płazem batlethu w głowę, po czym przyłożyła Worfowi, który nieopatrznie zbliżył się do niej za bardzo.
Przemowa R’Cera ogłupiła admirał Rossę do tego stopnia, że nie wiedziała już, co ma robić, ale kapitan Picard zdążył wziąć się w garść i stanowczym głosem wydał odpowiednie polecenia. Skutkiem tego kapitan Zakrzewska i ta, która nie opuściła jej w potrzebie, znalazły się w brygu (zakłócenie spokoju, groźby karalne i stawianie oporu przy aresztowaniu), a mężczyźni musieli wysłuchać wielu gorzkich słów. Na koniec admirał Rossa spytała R’Cera, który stał ze zrozpaczoną miną:
- Czy jest pan przygotowany do przejęcia dowództwa w sytuacji awaryjnej?
– Nie aż tak awaryjnej – odparł Wolkanin – Jeśli wrócę na statek z wiadomością, że kapitan siedzi w mamrze, a ja na to pozwoliłem, to mnie tam żywcem rozszarpią.
– Czy oni w ogóle nie znają zależności służbowych? – spytała admirał, marszcząc czoło ze zdziwieniem.
– Znać znają...ale tylko wobec swojej Kapitan
Mattias von Braun uderzył się naglę ręką w czoło.
– Jasna cholera! – wrzasnął – Kapitanie Picard, czy ochrona skonfiskowała Keras komunikator?
– Nie miała takiego rozkazu.- warknął Worf, który właśnie wrócił z ambulatorium, gdzie opatrzono mu rozciętą batlethem głowę. Pani Zajczik nie poddała się bez walki. Zresztą jej kapitan wcale nie była gorsza.
Mattias jęknął rozpaczliwie.
– Przecież ona na pewno zawiadomiła o wszystkim swego męża. A jeśli coś wie Osip, to wie o tym cały statek. Pewnie w tym momencie już wrze tam jak w ulu.
Jakby na potwierdzenie jego słów odezwało się wezwanie z mostka:
- Kapitanie, obcy statek oddala się i podnosi osłony.
Wolkanin pokiwał głową melancholijnie.
– Zaczęło się.
– Jaka jest specyfikacja osłon? – spytał zaniepokojony Picard. Nie wierzył co prawda, by Hermasz mógł stanowić zagrożenie Enterprise, ale wolał nie ryzykować. Po chwili Ro Laren zameldowała:
- Nie wiem. Nigdy nie widziałam takich częstotliwości. To jakby nakładały się na siebie dwa kody. Próbuję skanować...- bajorańska chorąży zakończyła zdanie ostrym piskiem.
– Co się stało, Ro?! – krzyknął Picard.
– To niemożliwe, kapitanie!
- Co niemożliwe?
– Konsola kopie prądem!
Wewnętrzne głośniki na Enterprise zgrzytnęły i zamiast ciepłego kobiecego sopranu popłynął z nich wściekły sznapsbaryton Hermasza:
- Ja ci tu poskanuję, mechaniczna tępoto, ja ci tu poskanuję!
Jean Lub Picard spojrzał pytająco na R’Cera, który wzruszył ramionami i wyjaśnił zmęczonym głosem:
- Nasz komputer pokładowy działa na własną rękę. To świadoma istota. Kiedy Q przerzucił nas do kwadrantu Delta, główny inżynier USS Voyager poprawił jego parametry, a przy okazji osłony statku, za pomocą technologii przejętej od Borg. Jeśli się nie mylę, to Hermasz potrafi teraz przejąć kontrolę nad każdym innym komputerem. Zresztą chyba i wcześniej to mu się udawało, bo nie działa według sztywnego programu, a myśli jak człowiek.
– Chce mi pan powiedzieć, że... – Picardowi zabrakło tchu z oburzenia. Przywykł do myślenia o swoim statku jako o twierdzy nie do pokonania, a tu dowiadywał się, że może mu zagrozić byle jaki składak sprzed prawie stu lat! Wolkanin skrzywił się niechętnie.
- Ja nic nie chcę mówić. Na razie może pan jeszcze negocjować, bo Hermasz na pewno będzie potrzebował czasu, by spenetrować wasze systemy. Póki co może spowodować przebicie elektryczne albo opanować system komunikacyjny, ale nie dam głowy, czy nie dobierze się do fazerów albo układu samozniszczenia.
– Ale jak...?
– Sami jesteście sobie winni, odwrócił po prostu waszą wiązkę skanującą.- wtrącił się von Braun – Po diabła ta wariatka z mostka próbowała dobrać się do naszych osłon? My was nie zaczepialiśmy.
– Co tu się dzieje? – admirał Rossa opuściła ręce bezradnym gestem – Jaki kwadrant Delta? Jaki Voyager? O co tu chodzi?
– A pani niech lepiej nic nie mówi! –zdenerwował się nagle R’Cer – Całe to zamieszanie wynikło z pani apodyktycznej postawy. Proszę mi teraz pozwolić porozmawiać spokojnie z tymczasowym dowódcą mojego statku i uspokoić go trochę, bo jak znam swoją załogę, to naprawdę może dojść do bitwy. Wiem, że jesteście lepiej uzbrojeni i zapewne nie dalibyśmy wam rady. Czy jednak zależy wam na tym, żeby mieć na sumieniu ponad sto osób? A może lepiej byłoby poszukać innego rozwiązania?
Kapitan Picard uspokoił się olbrzymim wysiłkiem woli.
– Nie chcemy nikogo skrzywdzić. – powiedział.- Niech pan z nimi porozmawia.
R’Cer odszedł na bok, wyjął komunikator i wywołał mostek Hermasza. Musiał powtórzyć formułę wywołania trzy razy, nim odezwał się wreszcie szczęk oznajmiający nawiązanie łączności.
– A, jesteś, zdrajco spiczastouchy! – ryknął z komunikatora głos Michałowa – Czy to ty wystawiłeś Lilkę temu łysielcowi?! Czekaj no, niech ja ci się dobiorę do tyłka, to ci sam Surak nie pomoże, nawet gdyby wziął i ożył!
piątek, 22 maja 2015
LXXXVIII.
Kiedy na pokładzie hangarowym wylądował archaiczny prom, jako żywo przypominający słynne Galileo 7, kapitan Jean Luc Picard obciągnął nerwowo mundur. Mając w pamięci swe niedawne przeżycia na pokładzie Hermasza nie był wcale pewny, czy zaproszenie delegacji z tego osobliwego statku jest dobrym posunięciem, musiał jednak w końcu pogadać z polską kapitan na poważnie, a podczas jego nieobecności na statek przyleciała admirał Rossa. Picard podejrzewał, że rozmowa tych dwóch kobiet może być nader interesująca i prawdę mówiąc nie miał ochoty być jej świadkiem. Admirał przywiozła nowe rozkazy i bał się nawet pomyśleć, jakie są. Epoka Kirka dawno minęła, teraz panowały inne zasady, nie było miejsca na kowbojskie wypady. Załoga, tak nagle ściągnięta w nowe czasy, będzie musiała się przystosować, a z tym może być kłopot. Kapitan Picard zdążył poznać Polaków stanowiących tę załogę i czarno widział możliwość wypracowania consensusu. Jeśli do tej pory nie rozmawiał o tym z admirał Rossą, stojącą godnie obok niego, to dlatego ze nie chciał denerwować starszej pani. I tak miał u niej duży minus. Wciąż nie mogła mu darować, że pozwolił jej wnukowi zostać u Talarianina, który wychowywał chłopca po śmierci jego rodziców. Picard wiedział, że postąpił słusznie, ale rozumiał też uczucia pani admirał. Na pewno było jej trudno.
Trap wahadłowca opuścił się i zeszła po nim malownicza grupa: filigranowa pani kapitan, przyciskająca do ciemienia mokry worek, uzbrojona w batleth Klingonka, zażywny mężczyzna w mundurze i wysoki, szczupły Wolkanin. Wyglądałoby to jeszcze jako tako, gdyby powagi chwili nie zamąciła rzecz najmniej spodziewana. Oto bowiem na trapie zjawiła się nagle mała dziewczynka w kusej replice żeńskiego munduru z czasów kapitana Kirka i z rozdzierającym uszy piskiem:
- Tata! – pobiegła za Wolkaninem. Ten odwrócił się gwałtownie, a na jego ascetycznej twarzy odbiło się powściągliwe zdumienie. Dziewczynka zatrzymała się przed nim, rozłożyła rączki i oświadczyła głośno:
- Ja chcę siusiu!
– Co się tu dzieje, do trędowatej cholery? – zasięgnęła informacji kapitan Zakrzewska – Kto pozwolił panu zabrać T’Allię ze sobą, R’Cer?
– Nie miałem pojęcia, że jest w promie. Przecież bym ją zaraz oddał komuś pod opiekę. – Wolkanin wziął dziecko na ręce i rozejrzał się – Przepraszam, ale gdzie tu jest toaleta dla pań?
– Ja zaprowadzę. – zaofiarowała się życzliwie Deanna Troi. Lilianna spojrzała na wyraźnie zbitego z tropu Picarda i wzruszyła ramionami.
– Proszę wybaczyć, ta mała uwielbia chować się w różne dziwne miejsca. Ostatecznie nie można wszystkiego dziecku zabronić, no nie?
– Nie znam się na tym. – odparł kapitan Enterprise ostrożnie – Jeśli wolno mi zauważyć, masz krew na twarzy. Zapraszam do naszego ambulatorium.
– E, obejdzie się. Mam tylko guza jak hiszpańska mandarynka, nic więcej.
– Główny inżynier rzucił w nią kluczem francuskim. – doniosła Keras, dusząc się ze śmiechu. Dla klingońskiego poczucia humoru sytuacja w maszynowni była doskonałym żartem, lepszym niż cała komedia.
– Co?! – krzyknęła admirał Rossa, wyraźnie wstrząśnięta.
– Keras, nie pleć jak nie wiesz. – ofuknęła Klingonkę kapitan Zakrzewska. Opuściła rękę z workiem i dotknęła palcami w samej rzeczy pięknego guza – Michałow pokłócił się z profesorem Trekowskim, a ja wlazłam w nieodpowiednim momencie i to wszystko. Nie ma o co kruszyć kopii.
– Jak to nie ma o co? To napaść na oficera wyższego stopniem i zamach na dowódcę jednostki!
Lilianna spojrzała zezem na oburzoną admirał.
- Spokojnie, babciu. – powiedziała - Co się pani tak nabzdyczyła jak nie przymierzając przedwojenny indor?
– To jest Ma’am Connaught Rossa, admirał Gwiezdnej Floty.- jęknął przerażony takim brakiem respektu Picard. Lilianna nie wydawała się być poruszona.
– Ech, nie znam się na tych nowych dystynkcjach. Tak czy inaczej, szanowna pani admirał, Michałow owszem rzucić rzucił, ale nie we mnie. I nie był to klucz francuski, tylko jakaś inna szczegóła techniczna. Oberwałam przypadkiem i nie ma co z tego powodu tupać. Jakby spadł na mnie słoik ogórków z półki, to przecież nie postawię za to kredensu przed sądem, prawda? Macie tu trochę lodu? Mój jakby stopniał.
– Tak... to znaczy, replikatory są tam.. – Picard pokazał palcem, starając się pozbierać myśli i woląc nie odgadywać, jak to wszystko ocenia admirał Rossa. Na razie gapiła się bezmyślnie za małą Polką, która wyminęła ją nonszalancko i pomaszerowała we wskazanym kierunku.
– Fiu, fiu – kapitan Zakrzewska z wyraźnym uznaniem obejrzała zgrabną aparaturę – Wygląda bardzo ciekawie. A dużo umie?
– Cokolwiek sobie kto zażyczy. Proszę spróbować.- zachęcił ją Will Riker. Lilianna poszukała wzrokiem panelu.
– Proszę po prostu powiedzieć, czego pani sobie życzy.
– Aha. No to salaterkę kostek lodu.
– Proszę podać wymiary naczynia, kształt i rozmiar kostek.- odezwał się miły, usłużny głos. Zdetonowana kapitan pomyślała chwilę, aż wreszcie machnęła ręka.
– Ech, pieprzyć lód. Daj mi lody śmietankowe z czekoladową posypką, dużą porcję...powiedzmy, półlitrowy pucharek. Tylko czubaty.
Odłożyła worek, w którym zamiast lodu faktycznie chlupotała już tylko smętna woda, wzięła naczynie, które pojawiło się w odbieralniku i zaczęła z apetytem wyjadać jego zawartość.
– To najlepsze lekarstwo na ból głowy, jakie znam. – oświadczyła, wracając do sterczących na lądowisku jak słupy oficerów – I nie wymaga stosowania żadnych lekarskich sztuczek. Zaraz dojdę do siebie i wtedy porozmawiamy. Bo rozumiem, że pani admirał nie jest tu grzecznościowo, tylko że tak powiem z ramienia?
– Z rozkazu Gwiezdnej Floty. – uściśliła Connaught Rossa chłodno – Mam przekazać pani rozkazy naczelnego dowództwa.
– I w tym celu wysłali dostojną wiekiem admirał? Nie wystarczyłby szeregowiec z listem uwierzytelniającym?
– Nie. Jako przedstawiciel Floty mam postanowić, co dalej robić z panią i pani załogą.
Lilianna patrzyła na nią, oblizując łyżeczkę.
– Hm? A co możecie zrobić? Łbów nam chyba nie pourywacie. My się naprawdę tu nie prosiliśmy.
– To wiadomo. – admirał skinęła głową – Musi pani jednak zrozumieć, że ten statek, którym lata pani załoga, nie pasuje do dzisiejszego taboru Gwiezdnej Floty, a załoga tym bardziej. Nie wiem jeszcze, co z nią zrobić, bo że okręt trzeba złomować, to jasne.
Kapitan Zakrzewska omal nie zadławiła się lodami.
– Złomować Hermasza? Po moim trupie!
– Jest tragicznie przestarzały.
– No i ch...! To znaczy, gówno wam do tego! To nie Flota zbudowała ten statek, tylko polskie społeczeństwo! I Flota nie będzie o nim decydować, jasne, babuniu?!
czwartek, 7 maja 2015
LXXXVII
Kiedy doktor T’Shan weszła do ambulatorium, zastała w nim taką scenę: ojciec Maślak drzemał pod kroplówką, a na jego wydatnym brzuchu, zwinięta w kłębek jak kot, spała T’Allia, ssąc przez sen kciuk. Lekarka zabrała dziewczynkę i położyła na sąsiednim łóżku, po czym zmieniła doktor Foremną. W ambulatorium nie działo się nic nagłego, można było spokojnie posiedzieć i poczytać.
Zupełnie inaczej rzecz się miała na mostku, gdzie trwała ożywiona wymiana zdań z Enterprise. Siedząca przy konsoli komunikacyjnej Ro Laren piała ze zdenerwowania głosem tak wysokim, że aż piana występowała jej na usta i minęło sporo czasu nim zorientowała się, że rozmawia nie z żywą istotą, a z komputerem pokładowym obcego statku. Załoga hermaszowskiego mostka słuchała z zaciekawieniem ich wymiany zdań, nie próbując wtrącić się i powstrzymać lecący z obu głośników bełkot, w jaki pomału przeistoczyła się ta rozmowa. Biedna Ro Laren, której kapitan Picard polecił przekazanie Hermaszowi krótkiej informacji (prośbę o osobiste stawiennictwo na Enterprise celem odebrania rozkazów dowództwa), nie była przygotowana na słowne przepychanki z inteligencją nie tylko sztuczną, ale i złośliwą jak wszyscy diabli, która będzie w idiotyczny sposób komentować niemal każde jej słowo. Ta niekomfortowa sytuacja trwała o wiele dłużej, niż powinna, gdyż wezwana w trybie pilnym kapitan zajrzała po drodze do maszynowni. Nie miałoby to może większego znaczenia, gdyby główny inżynier nie przemówił się właśnie z profesorem Trekowskim, który przyniósł jeden ze swych aparatów z kategorycznym żądaniem, by go natychmiast naprawiono. Zdenerwowany stanem serwerów Michałow nad wyraz obrazowo wyjaśnił, gdzie profesor może sobie wsadzić zarówno aparat, jak i swoje żądanie. Będący z natury cholerykiem Dinosław Trekowski rzucił w niego zepsutym urządzeniem. Inżynier odwzajemnił mu się transformatorem, który minął o milimetry głowę profesora, za to trafił wchodzącą właśnie panią kapitan prosto w starannie zakręconą grzywkę. Zgodnie z zasadą zachowania pędu energia kinetyczna transformatora, ciśniętego mocarnym ramieniem Michałowa, musiała zostać przezeń oddana przy gwałtownym wyhamowaniu, spowodowanym napotkaniem na drodze głowy Lilianny. A że masa razy przyspieszenie to jest siła, owo zderzenie zaowocowało skutecznym załamaniem równowagi żyroskopowej apetycznego damskiego ciała, a krótko mówiąc kapitan wykopyrtnęła się jak długa, kompletnie tracąc przy tym zdolności poznawcze tudzież wokalne.
– Jezus Maria, kapitankę zabili! – rozdarł się pobożnie Andrzej Lepek, upuszczając skaner, przy którym właśnie pracowicie dłubał. Michałow wyskoczył z serwerowni, śmiertelnie przerażony efektem swej akcji.
– Lilka, no co ty, nie wygłupiaj się! – zawołał – Grzechu, dawaj bimber!
– Nieprzytomnemu nie wolno niczego wlewać do gęby – zaprotestowała przytomnie Jolka Stern – Może się zachłysnąć i fik na tamten świat.Może wodą ja polejmy.
- Kiedy to, kuropatwo na grzance, dla mnie! Bo mnie kurwica telepie!
– Ludzie, tu działa ambulatorium – wtrącił się Sytar, przejmując kontrolę nad ciałem Grześka – Wezwijcie ekipę medyczną, nędzne istoty, zamiast się kłócić. To może być wstrząśnienie mózgu, krwiak podpajęczynówkowy i kto tam wie co jeszcze. Nie ruszajcie jej, dopóki nie przyjadą sanitariusze i dajcie znac na mostek. Ktoś musi tu dowodzić, ktokolwiek.
Do wezwania medyków ostatecznie nie doszło, gdyż w tym właśnie momencie kapitan Zakrzewska usiadła, trzymając się za głowę i zaczęła miotać takimi przekleństwami, że nawet Michałow poczuł mimowolny szacunek. Swój monolog pani kapitan zakończyła stwierdzeniem, że główny inżynier ma natychmiast skończyć naprawę serwerów, a gdy już skończy, to ona się z nim policzy. Potem wsparła się na pomocnym ramieniu Lepka, wstała i nieco chwiejnie ruszyła do najbliższej turbowindy.
– Ta ma twardy łeb.- mruknął Trekowski, patrząc w ślad za nią.
Kapitan Zakrzewska weszła na mostek, wciąż trzymając się za głowę, na której wyrastał imponujący guz.
– Laboga, panicko, a dyć wy som ranni. – jęknął na jej widok Jasiek Gąsienica.
– Nie twój interes, Jasiu. – odparła kapitan – Grzmij do replikatora i przynieś mi gumowy worek z lodem. Co tu się dzieje?
– Bardzo przepraszam, ale pani krwawi.- zauważył Arek z niepokojem.- Co się stało?
– Kochanek mnie pobił.- odparła spokojnie Lilianna – Zadowolony? Hermasz, zamknij się, albo ci powyłączam obwody!
Główny komputer umilkł pokornie, a pani kapitan spojrzała na ekran główny, na kompletnie wykończoną Ro Laren.
– Przepraszam, jaka rasa? – spytała z umiarkowanym zainteresowaniem.
– Co?
– No, jaką rasę panienka reprezentuje?
– Bajor.
– O, ciekawe. Nie znam. Ma panna dla mnie jakieś wiadomości?
– Nie jestem panną, tylko chorążym.
– Orszańskim?
– Co proszę?
– Dziękuję. Dawaj chorążówna te rozkazy.
– Kapitan Picard prosił, żeby stawiła się pani na pokładzie Enterprise razem z asystą honorową.- wyrzuciła z siebie jednym tchem Ro Laren i otarła czoło z potu.
– Na moim pokładzie nie ma ani jednej honorowej osoby, wliczając w to mnie samą. Po co kapitan Łysa Pała chce się ze mną znowu widzieć?
– Nie powiedział.
– No to powtórz mu panna chorąży, że zjawię się, gdy tylko Michałow uruchomi transportery, co pewnie nastąpi gdzieś w połowie przyszłego tygodnia. No chyba żebyśmy wzięli prom... Panie Majcher, wie pan coś o promach?
Główny nawigator odwrócił się od konsoli sterów.
– Nic mi nie wiadomo o tym, żeby ucierpiały – odpowiedział – Czy każe pani przygotować któryś z nich?
– Z ust mi to wyjąłeś, a nawet nie bolało.
Krzysztof Majcher wstał, zasalutował i opuścił mostek, kierując się na pokład hangarowy. Stały tam cztery standardowe promy: Kaszpirowski, Ziobro Adama, Bracia Kaczorki i Big Cyc. Po namyśle zdecydował się wziąć ten ostatni, jako że był on poddawany niedawno szczegółowemu przeglądowi, co dawało niejaką nadzieję, że wbrew przyjętej na pokładzie Hermasza tradycji będzie jako tako działał. Tymczasem kapitan Zakrzewska, wciąż trzymając przy ciemieniu gumowy worek napełniony lodem w kostkach, wezwała kategorycznie Jaśka, Keras i R’Cera, by stawili się na stanowisku promów. Pani Zajczik bardzo się ucieszyła, że będzie mogła wykazać się jako żołnierz swojej kapitan (choć technicznie rzecz biorąc była cywilem). Jasiek oświadczył kategorycznie, że nie pójdzie bez ciupagi – a trzeba by widzieć tę jego siekierkę, wykonaną lege artis z najsolidniejszego drewna i dobrej stali. R’Cer próbował mu wyperswadować branie ze sobą tak archaicznej broni, ale nic nie wskórał, jako że Keras wzięła oczywiście bat’leth.
– Dziwcokowi wolno, a mi nie?! – wrzasnął Jasiek i w niedwuznaczny sposób zamierzył się ciupagą na Wolkanina. R’Cer uczuł się zmuszony użyć przymusu bezpośredniego, w efekcie turbowinda, która jechali, została zdemolowana, a krewkiego górala zastąpił ostatecznie Matias von Braun.
piątek, 1 maja 2015
LXXXVI
Jak Hermasz Hermaszem, takiego piekła jeszcze na nim nie było. Kapitan Zakrzewska machnęła ręką na wszystko i udała się na mostek, skąd urywało się rozpaczliwe wezwanie pierwszego oficera, zatem mechanicy uznali, że... hulaj dusza i ani myśleli przerwać egzekucję. Ojciec Maślak darł się niczym diabeł w święconej wodzie, choć wykąpano go zaledwie w zalewie po kapuście. Jego potępieńcze wrzaski sprowadziły w końcu do działu zaopatrzenia Jaśka Gąsienicę, który oburzył się straszliwie na widok poniewieranego przez mechaników kapelana, a swe oburzenie wyraził w sposób bardzo bezpośredni. Ponieważ kotłowanina trwała czas jakiś, Kolorado Kwiek wezwał ochronę. To nie spodobało się nikomu.
– Łajza, kapuś, donosiciel! – wrzeszczał Urban Małosolny, wymachując nieszczęsnemu Cyganowi pięścią przed nosem – Ubek, esbek, konfident!
Tu urwał, bo Azalia trzasnęła go po głowie ciężką tacą, nie wiadomo co robiącą w magazynie. Niewiele to pomogło, gdyż temat zaraz podjęli Brzęczyszczykiewicz i Michałow. Pozbawiony nadzoru ojciec Maślak wylazł z beczki, sowicie ozdobiony resztką kiszonej kapusty, siekanej marchewki tudzież koperku i wyprostowawszy się dumnie spróbował opuścić tak niegościnne progi. Niestety po drodze poślizgnął się na kiszonym ogórku, który też zaplątał się do beczki, przewrócił się i przejechał z impetu przez pół zaopatrzenia, podcinając nogi Michałowowi, Małosolnemu, małżeństwu Kwieków, Jaśkowi, oddziałowi ochrony oraz siostrze Ofelii, która postanowiła sprawdzić, co się dzieje z jej bratem. Po pewnym czasie, gdy wszyscy obecni wyjaśnili sobie nieporozumienie, a także ustalili która kończyna do kogo należy, ochrona próbowała dokonać formalnego aresztowania. Napotkało to jednak nieprzewidziane trudności. Michałow zadeklarował, że owszem, da się wsadzić do brygu, ale nie myśli wtedy pracować, a serwery na pewno same się nie naprawią. Ochrona postanowiła więc zaaresztować Brzęczyszczykiewicza i Małosolnego, czego zresztą wielkim głosem żądał ojciec Maślak za, jak to określił, „gwałt na osobie duchownej”. Usłyszawszy tak sformułowane oskarżenie obaj inżynierowie bardzo się obrazili.
– Niech tak skonam, nikt go nie gwałcił, komu by się chciało zresztą?! – wrzeszczał Małosolny, dodając jeszcze pod adresem kapelana słowa, które trudno byłoby powtórzyć w mieszanym towarzystwie. Siostra Ofelia próbowała go uciszyć, ale że się nie dał, staromodnym obyczajem trzasnęła go w nos. Żołnierze spróbowali zatem aresztować krewką zakonnicę. Temu jednak wielkim głosem sprzeciwili się Maslak i Jasiek, grożąc ochronie ekskomuniką, anatemą oraz pocięciem ciupazecką. Na dodatek Karol Michałow wrzeszczał, że od jego ekipy wara, bo jak nie, to on tak urządzi ten zasrany statek, że go sam diabeł nie pozna. W tym momencie do kłótni włączył się Hermasz, protestując stanowczo przeciw słowu „zasrany” i twierdząc, że nie zna żadnego diabła, który mógłby go rozpoznać albo nie. Drużyna w końcu zrejterowała uznając, że jak tak dalej pójdzie, to za chwilę do aresztowania pozostaną jej tylko zaopatrzeniowcy, którzy co prawda cyganili przy zakupach, ale poza tym nie popełnili żadnego większego przestępstwa.
W końcu emocje opadły. Inżynierowie udali się do maszynowni, a ojciec Maślak poszedł zmienić swoje nieszczęsne ochędóstwo. Mamrotał przy tym z niezadowoleniem, że na pewno się przeziębi, zanim wszakże dotarł do swojej kwatery, okazało się, że ma znacznie gorszy problem. Zdjąwszy komżę i sutannę spojrzał niechcący w lustro i przeraził się tak bardzo, że w samych slipkach wypadł z kabiny jak z procy i pognał do ambulatorium. Wpadł tam z takim rozpędem, że przewrócił na podłogę doktor Foremną i siostrę Lolitę Niemogę, które medytowały właśnie nad rozebraną w kawałki aparaturą do ogólnej diagnostyki.
– Kurza twarz, patrz co robisz, niemoto! – wrzasnęła pani doktor, zbierając się z podłogi. Spojrzawszy na kapelana straciła jednak ochotę do awantur.
– Matko Boska, co ojciec ze sobą zrobił? – zawołała. I tak okrągła twarz księdza zrobiła się jeszcze pełniejsza, a jego usta przypominały odnośny organ aktorki, która przesadziła z kolagenem.
– Nie mam pojęcia! – wykrztusił ojciec Maślak – I dlatego tu jestem!
– Klasyczny obrzęk Quinkiego. Nie widziałam takiego od czasu studiów. Lola, dawaj zestaw przeciwstrząsowy, a ojca poproszę na łóżko.
Pani doktor przeprowadziła szybki skan ręcznym trikorderem i podała księdzu leki przeciwalergiczne. Podłączywszy kroplówkę ze sterydami zaczęła przeglądać wyniki skanu.
– Jest ojciec uczulony na ostrą paprykę. – powiedziała – Nie wiedział ojciec o tym?
– Wiedziałem. – jęknął Maślak.
– To po co ojciec ją jadł?
– Nie jadłem! Mechanicy wpakowali mnie do beczki po kiszonej kapuście.
– Pewnie była robiona z dodatkiem papryki. Ma ojciec szczęście że nie skończyło się to gorzej.
– To nie moja wina! Chcieli mnie utopić!
– Za co?
– Za poświęcenie serwerowni. Chyba jakiś sprzęt się przepalił od wody święconej.
– A, to wyjaśnia to nagłe zaciemnienie. U nas padł przez to analizator biochemiczny. Właśnie próbowałyśmy go naprawić. – Foremna zrobiła powtórny skan – Proszę leżeć, póki nie zejdzie kroplówka. Lola, daj koc termiczny. Dziś zostaje ojciec na obserwacji. Proszę się niczym nie przejmować, będzie dobrze.
– Tak, o ile mnie tu nie znajdą i nie dobiją. – mruknął ksiądz melodramatycznie. Pani doktor uśmiechnęła się łagodnie.
– Proszę się nie martwić. Poproszę naszych inżynierów, żeby następnym razem topili ojca w czymś, co nie zawiera zakazanych przypraw.
– Wielkie dzięki.
Ojciec Maślak zakrył oczy przedramieniem, demonstracyjnie przybierając pozę skrzywdzonej niewinności i trwał tak jakiś czas, wyraźnie oczekując pocieszeń. Nie zauważył przy tym, że doktor Foremna wyszła, a Lolita Niemogę zajęła się uzupełnianiem wpisów w karcie. Gdy wreszcie, znudzony, opuścił rękę, jego wzrok padł na spiczastouchą dziewczynkę, która stała obok łóżka i wspinała się na palce, usiłując go sobie dokładnie obejrzeć.
– Wujek jest chory? – pisnęła wesoło.
– Niestety, dziecko – odparł z dostojeństwem – Inaczej by mnie tu nie było.
– Ma wujek zatwardzenie? Jak ja miałam, to mi ciocia Lolita zrobiła lewatywę. Wujkowi tez zrobi.
– Nie ma potrzeby. Dolega mi coś innego.
– Poproszę mamę i zrobi wujkowi mind meld.
– O nie! Żadnych pogańskich obrzędów.
Niezrażona chłodnymi odpowiedziami T’Allia wspięła się na biołóżko i następnie na brzuch księdza.
– Zaśpiewać wujkowi o kotku, co był chory i leżał w łóżeczku?
Ojciec Tadeusz uśmiechnął się mimo woli i z dziwną u niego czułością położył rękę na ciemnej główce.
– Ech, biedna ty niechrzczona duszyczko... – westchnął.
– Łajza, kapuś, donosiciel! – wrzeszczał Urban Małosolny, wymachując nieszczęsnemu Cyganowi pięścią przed nosem – Ubek, esbek, konfident!
Tu urwał, bo Azalia trzasnęła go po głowie ciężką tacą, nie wiadomo co robiącą w magazynie. Niewiele to pomogło, gdyż temat zaraz podjęli Brzęczyszczykiewicz i Michałow. Pozbawiony nadzoru ojciec Maślak wylazł z beczki, sowicie ozdobiony resztką kiszonej kapusty, siekanej marchewki tudzież koperku i wyprostowawszy się dumnie spróbował opuścić tak niegościnne progi. Niestety po drodze poślizgnął się na kiszonym ogórku, który też zaplątał się do beczki, przewrócił się i przejechał z impetu przez pół zaopatrzenia, podcinając nogi Michałowowi, Małosolnemu, małżeństwu Kwieków, Jaśkowi, oddziałowi ochrony oraz siostrze Ofelii, która postanowiła sprawdzić, co się dzieje z jej bratem. Po pewnym czasie, gdy wszyscy obecni wyjaśnili sobie nieporozumienie, a także ustalili która kończyna do kogo należy, ochrona próbowała dokonać formalnego aresztowania. Napotkało to jednak nieprzewidziane trudności. Michałow zadeklarował, że owszem, da się wsadzić do brygu, ale nie myśli wtedy pracować, a serwery na pewno same się nie naprawią. Ochrona postanowiła więc zaaresztować Brzęczyszczykiewicza i Małosolnego, czego zresztą wielkim głosem żądał ojciec Maślak za, jak to określił, „gwałt na osobie duchownej”. Usłyszawszy tak sformułowane oskarżenie obaj inżynierowie bardzo się obrazili.
– Niech tak skonam, nikt go nie gwałcił, komu by się chciało zresztą?! – wrzeszczał Małosolny, dodając jeszcze pod adresem kapelana słowa, które trudno byłoby powtórzyć w mieszanym towarzystwie. Siostra Ofelia próbowała go uciszyć, ale że się nie dał, staromodnym obyczajem trzasnęła go w nos. Żołnierze spróbowali zatem aresztować krewką zakonnicę. Temu jednak wielkim głosem sprzeciwili się Maslak i Jasiek, grożąc ochronie ekskomuniką, anatemą oraz pocięciem ciupazecką. Na dodatek Karol Michałow wrzeszczał, że od jego ekipy wara, bo jak nie, to on tak urządzi ten zasrany statek, że go sam diabeł nie pozna. W tym momencie do kłótni włączył się Hermasz, protestując stanowczo przeciw słowu „zasrany” i twierdząc, że nie zna żadnego diabła, który mógłby go rozpoznać albo nie. Drużyna w końcu zrejterowała uznając, że jak tak dalej pójdzie, to za chwilę do aresztowania pozostaną jej tylko zaopatrzeniowcy, którzy co prawda cyganili przy zakupach, ale poza tym nie popełnili żadnego większego przestępstwa.
W końcu emocje opadły. Inżynierowie udali się do maszynowni, a ojciec Maślak poszedł zmienić swoje nieszczęsne ochędóstwo. Mamrotał przy tym z niezadowoleniem, że na pewno się przeziębi, zanim wszakże dotarł do swojej kwatery, okazało się, że ma znacznie gorszy problem. Zdjąwszy komżę i sutannę spojrzał niechcący w lustro i przeraził się tak bardzo, że w samych slipkach wypadł z kabiny jak z procy i pognał do ambulatorium. Wpadł tam z takim rozpędem, że przewrócił na podłogę doktor Foremną i siostrę Lolitę Niemogę, które medytowały właśnie nad rozebraną w kawałki aparaturą do ogólnej diagnostyki.
– Kurza twarz, patrz co robisz, niemoto! – wrzasnęła pani doktor, zbierając się z podłogi. Spojrzawszy na kapelana straciła jednak ochotę do awantur.
– Matko Boska, co ojciec ze sobą zrobił? – zawołała. I tak okrągła twarz księdza zrobiła się jeszcze pełniejsza, a jego usta przypominały odnośny organ aktorki, która przesadziła z kolagenem.
– Nie mam pojęcia! – wykrztusił ojciec Maślak – I dlatego tu jestem!
– Klasyczny obrzęk Quinkiego. Nie widziałam takiego od czasu studiów. Lola, dawaj zestaw przeciwstrząsowy, a ojca poproszę na łóżko.
Pani doktor przeprowadziła szybki skan ręcznym trikorderem i podała księdzu leki przeciwalergiczne. Podłączywszy kroplówkę ze sterydami zaczęła przeglądać wyniki skanu.
– Jest ojciec uczulony na ostrą paprykę. – powiedziała – Nie wiedział ojciec o tym?
– Wiedziałem. – jęknął Maślak.
– To po co ojciec ją jadł?
– Nie jadłem! Mechanicy wpakowali mnie do beczki po kiszonej kapuście.
– Pewnie była robiona z dodatkiem papryki. Ma ojciec szczęście że nie skończyło się to gorzej.
– To nie moja wina! Chcieli mnie utopić!
– Za co?
– Za poświęcenie serwerowni. Chyba jakiś sprzęt się przepalił od wody święconej.
– A, to wyjaśnia to nagłe zaciemnienie. U nas padł przez to analizator biochemiczny. Właśnie próbowałyśmy go naprawić. – Foremna zrobiła powtórny skan – Proszę leżeć, póki nie zejdzie kroplówka. Lola, daj koc termiczny. Dziś zostaje ojciec na obserwacji. Proszę się niczym nie przejmować, będzie dobrze.
– Tak, o ile mnie tu nie znajdą i nie dobiją. – mruknął ksiądz melodramatycznie. Pani doktor uśmiechnęła się łagodnie.
– Proszę się nie martwić. Poproszę naszych inżynierów, żeby następnym razem topili ojca w czymś, co nie zawiera zakazanych przypraw.
– Wielkie dzięki.
Ojciec Maślak zakrył oczy przedramieniem, demonstracyjnie przybierając pozę skrzywdzonej niewinności i trwał tak jakiś czas, wyraźnie oczekując pocieszeń. Nie zauważył przy tym, że doktor Foremna wyszła, a Lolita Niemogę zajęła się uzupełnianiem wpisów w karcie. Gdy wreszcie, znudzony, opuścił rękę, jego wzrok padł na spiczastouchą dziewczynkę, która stała obok łóżka i wspinała się na palce, usiłując go sobie dokładnie obejrzeć.
– Wujek jest chory? – pisnęła wesoło.
– Niestety, dziecko – odparł z dostojeństwem – Inaczej by mnie tu nie było.
– Ma wujek zatwardzenie? Jak ja miałam, to mi ciocia Lolita zrobiła lewatywę. Wujkowi tez zrobi.
– Nie ma potrzeby. Dolega mi coś innego.
– Poproszę mamę i zrobi wujkowi mind meld.
– O nie! Żadnych pogańskich obrzędów.
Niezrażona chłodnymi odpowiedziami T’Allia wspięła się na biołóżko i następnie na brzuch księdza.
– Zaśpiewać wujkowi o kotku, co był chory i leżał w łóżeczku?
Ojciec Tadeusz uśmiechnął się mimo woli i z dziwną u niego czułością położył rękę na ciemnej główce.
– Ech, biedna ty niechrzczona duszyczko... – westchnął.
niedziela, 26 kwietnia 2015
LXXXV.
O czym away team rozmawiał, dostawszy się wreszcie szczęśliwie na pokład Enterprise, o tym rozmawiał, jedno jest pewne, że na pokładzie Hermasza nikt już o niedawnych gościach nie myślał. Nagła awaria była tak niespodziewana, że Karol Michałow najpierw sprał Urbana Małosolnego, technika odpowiedzialnego za oświetlenie, potem straszliwie scholerował Jolkę Stern, a dopiero na samym końcu zaczął zgłębiać, co się właściwie stało. Ponieważ nikt nie chciał mu powiedzieć nic konkretnego i każdy chował się, gdzie kto mógł, zaczął wydzierać się tak głośno, że sprowadził do maszynowni siostrę Ofelię. Ta się go nie bała i z miejsca spokojnie spytała:
- A do serwerowni pan zaglądał?
– Jeszcze nie, a bo co? – Karol wyglądał, jakby spadł z księżyca Andorii – Siostra coś wie czego ja nie wiem?
– Nie wiem, czego pan nie wie, inżynierze. Natomiast widziałam, jak tuż przed ogólnym zaciemnieniem właził tam mój zwariowany brat, a że miał przy sobie kropidło i wiaderko wody święconej, jak nic mógł coś zmalować. Czy poświęcenie mogło zaszkodzić serwerom?
Usłyszawszy tę rewelację Michałow najpierw zbladł, potem poczerwieniał, aż wreszcie posiniał niczym kurzy żołądek. Serwerownia Hermasza była jego oczkiem w głowie, hołubionym i pieszczonym, nikomu oprócz niego nie było wolno tam wchodzić, co miało ten sens, że tylko on jeden umiał się z nimi obchodzić. Potężne urządzenia nie pochodziły ze stoczni, Michałow najzwyczajniej w świecie świsnął je z wystawy osiągnięć technicznych narodów byłego Związku Radzieckiego i osobiście dostroił do potrzeb Hermasza. To dzięki nim wszystko na pokładzie jakoś działało. Inżynier zniknął zatem w rzeczonym pomieszczeniu i po chwili wyskoczył stamtąd susem, jakiego nie powstydziłby się nawet solidnie wystraszony kangur.
– Gdzie ta kreatura śródziemnomorska?! – wrzasnął takim głosem, jakby usiłował porozumieć się przez megafon z głównym dowództwem floty Vulcana – Gdzie ten smyk arcykapłański?! Do tej pory on mnie nie poznał, no to teraz mnie pozna!
I główny inżynier pognał przed siebie przez ciemne korytarze niesiony, żeby tak rzec, skrzydłami zemsty. Po drodze wpadł na swoją kapitan, czego we wzburzeniu nawet nie zauważył i tylko cudem jej nie stratował. Lilianna poderwała się szybko z podłogi i ruszyła ostrym sprintem za szefem swej maszynowni, całkiem słusznie rozumując, że w tym stanie ducha jest on zdolny do czynów bardzo brutalnych. Zważywszy na to, że na każdy krok Michałowa musiała stawiać około trzy własne, nie zdołała dogonić rosłego mężczyzny od razu. Dopadła go dopiero w zaopatrzeniu, gdzie inżynierowi udało się wreszcie dorwać tropioną zwierzynę.
– Pa...pa...panie Michałow! – wykrztusiła, z trudem łapiąc oddech – Pan... puści... naszego kapelana.
– Ja go puszczę przez najbliższą śluzę! – ryczał inżynier, potrząsając do taktu przerażonym i jednocześnie oburzonym księdzem – Ja go tą komżą uduszę, a potem wepchnę do kadzielnicy!
- Co się tu...? - tu kapitan Zakrzewska musiała przerwać, bo to, co mówił Michałow, było zbyt ciekawe.
- O żesz ty kto? Osz ty, ty czarna małpo rzymsko jerozolimska ty. Ty powsinogo watykańska. Azalia szykuj beczkę. Czy ja ci nie mówiłem, że nie chcę tutaj widzieć twojej spódnicy na moim pokładzie?
- To nie jest twój pokład, synu. - zdołał wystękać ojciec Maślak, co oczywiście wcale nie pomogło w rozładowaniu napięcia.
-To nie jest mój pokład? Ale maszynownia moja!
- Michałow! - ryknęła resztą sił pani kapitan.
- ...na twoim statku, ale moja! - zwrócił się do niej z pasją inżynier - Lilka, ty weź się nie wtrącaj jak się do czarnej mafii rozmawiam! Jak ja się za ciebie wezmę....!
- Beczka gotowa. - doniosła myszowatym głosem Azalia Kwiek, której naczelną zasadą było nigdy nie sprzeciwiać się furiatom.
- Jak ja się za ciebie wezmę, Maślaczku mój kochany, to z ciebie maślanka się zrobi w śmietanie. Pół miesiąca stawiałem te serwery zasrane. Pół miesiąca siedziałem dopasowując kable, odgniatając sobie dupę od podłogi i zgniatając brzuchem jajka nie po to żebyś teraz się na to odpryskał!
- To była święcona woda na demonów odegnanie...
- Żebyś się na to odpryskał swoimi święconymi sikami. Wiesz co powinienem teraz zrobić? Powinienem ciebie świętobliwy kurduplu posadzić, żebyś to naprawiał, ale raz że do twojej pustej wypranej z rozumu czapy nic by nie dotarło, a dwa przez swój debilizm jeszcze byś nas w powietrze wysadził.
- Ale pani kapitaaaaan...!
- Lilką się też zajmę, jak tylko z tobą skończę. Że ty jesteś tępa niemota to ja rozumiem, ale żeby ona do reszty skretyniała to w tym miesiącu się tego jeszcze nie spodziewałem!
- Ja go tam nie posyłałam! Mnie w to nie mieszaj!
- Że ma odjazdy to na tym statku normalne, ale mózg to ona chyba tej łysej pale między dzwonkami zostawiła, że ci na to pozwoliła. Józek, Grzesiek, bierzcie obsmarkańca i do beczki, już my go obświęcimy.
Ta ostatnia apostrofa była do Podgumiowanego i Brzęczyszkiewicza, którzy dopiero teraz zjawili się w zaopatrzeniu, słusznie podejrzewając, że mogą być potrzebni swemu szefowi. Nie mieli też zamiaru mu się sprzeciwiać, odwrotnie, przystąpili do wykonania rozkazu z zapałem godnym prawdziwych patriotów.
- Beczki, jakiej beczki? - Maślak zapiał wywijając w powietrzu tłustymi kulasami, niesiony pod pachy przez dwóch silnych mechaników.
- Ty mi wyświęciłeś serwery tak, że się sfajczyły na amen, to ja ci teraz wyświęcę piernaty. Jak ty się zabawiałeś w święcenie jajek, ja wymieniałem płyn katalityczny w akumulatorach i tak się składa, że nie zdążyłem wszystkiego w kosmos wywalić. Gwarantuje ci, że wyświęci cię to łącznie z kosteczkami i będę miał pokój święty, Amen.
- Karol! Nie możesz! Zabraniam! – kapitan zrobiła krok naprzód z nasrożoną miną i jednocześnie szukając nerwowo służbowego fazera. Jednak fazer, jakby wyczuł pismo nosem, gdzieś się zawieruszył i mogła najwyżej otworzyć swój nieodłączny sprężynowy nóż. Że jednak nie miał on opcji „ogłuszanie” wahała się to zrobić.
- A na mostek se idź zabraniać! - Mechanik ryknął spoglądając na nią z wysoka – Tobą potem się zajmę, a poza tym, to mu aby jajka wyszczypie. – Dodał po cichu, słysząc w tle plusk księdza wpadającego do blaszanej beczki. Maślak robił co tylko mógł, by wydostać się z pułapki i wzywał Pana Boga nadaremno, nic jednak nie wskazywało na to, by miał się rozpuścić.
- Hmmm, sądząc po odgłosach, nasz duszpasterz jest nadal cały, co jest grane? - Lilianna spojrzała na Michałowa z ciekawością.
- To byłby chyba pierwszy przypadek, że ktoś rozpuściłby się w mocno octowej wodzie po kiszonej kapuście.- wyjaśniła jej śpiewnie Azalia, podczas gdy inżynier zaśmiewał się do rozpuku, ocierając łzy rozbawienia.
Za pomoc w konstrukcji tego odcinka podziękowania zbiera Karol "biter" Michałowski
sobota, 18 kwietnia 2015
LXXXIV.
– Tego tu jeszcze brakowało – westchnęła Lilianna – Czego?
Q nie wydawał się być poruszony niemiłym przyjęciem. Przez chwilę patrzył po obecnych, aż wreszcie spytał podejrzanie uprzejmym tonem:
- I jak się bawicie?
– Wspaniale – odparła zgryźliwie kapitan Zakrzewska – Przynajmniej do tej pory. Pytałam, czego tu.
– Słyszałeś pan, panie Kutasiński? – poparł ją Majcher – Przydałoby się odpowiedzieć.
Q skrzywił się.
– Czy zdajecie sobie sprawę z tego, że w każdej chwili mogę was zniszczyć?
– Krowa która dużo ryczy, mało mleka daje – stwierdziła Lilianna z całym spokojem – Albo nas pan rozpierdziel po galaktyce jak Bóg przykazał, albo zjeżdżaj pan w cholerę i daj nam żyć. Dość pan narozrabiałeś jak na jeden raz.
Kapitan Picard zauważył z rozbawieniem, że jego nemesis traci grunt pod nogami. Q miewał do czynienia z różnymi modelami zachowań – bano się go, nienawidzono, usiłowano przebłagać – ale tu spotkał się zupełną nowością. Ci ludzie nie trzęśli się ze strachu, nie byli nawet wściekli, opędzali się po prostu od niego jak od uprzykrzonej muchy i raczej wyglądali na znudzonych niż na przerażonych. Nie zmieniał tego fakt, że narobił im mnóstwa kłopotów i zagroził nawet ich życiu.
– No dobrze – westchnął demonstracyjnie – Uwalniam was, róbcie co chcecie.
– Zaraz – wtrącił się Arek – A nie można by nas tak wykopać z powrotem do naszych czasów? Nie wiem jak innym, ale mnie się ta przyszłość nie podoba.
– Nic z tego – oświadczył twardo Q – To będzie dla was kara. Zostaniecie tutaj. Bawcie się dobrze. Aha, i zdezaktywowałem ten gaz wyciszający wasze emocje. Są zbyt zabawne, by je wyłączać.
I znikł.
– Ożesz w buźkę kochana płatna towarzyszka łoża jego rodzicielka była – powiedział Józek Stelmach, a w każdym razie tak przełożył jego słowa translator - Co teraz, kapitanko?
Lilianna wzruszyła ramionami i rzuciła jakieś nieprawdopodobne anatomicznie życzenie pod adresem już nieobecnego Q.
– Sternicy, raport. – zażądała.
– Wygląda na to, że wyszliśmy na otwartą przestrzeń – zameldowała podnieconym głosem Weronika - W odległości stu pięćdziesięciu tysięcy mil przed nami statek gwiezdny. Nie znam tej specyfikacji, ale fiuuu, ogromny.
– To pewnie Enterprise! – ucieszył się Picard. Marzył już o powrocie na własny statek, gdzie panowała mniej więcej normalna atmosfera, gdzie nikt nie rzucał skomplikowanymi technicznie przekleństwami ani nie zwoływał załogi na wspólną modlitwę biciem w gong.
– Zbliżyć się. – nakazała Lilianna. Sternicy posłusznie podprowadzili Hermasza pod ogromny statek, przy którym wyglądał „jak wypierdek z wetkniętym piórkiem”, co stwierdził głośno i bez skrępowania Józef Stelmach.
– Ja ci dam wypierdka, ty kupo białka.- obraził się Hermasz i kopnął Stelmacha prądem przez konsolę.
– Spokój, Hermuś – zarządziła kapitan Zakrzewska – Później ustalimy, kto komu co jest winien. Nasi goście chcą już pewnie jak najszybciej być w domu.
– Można trochę ciszej? – spytał R’Cer – Obudzicie mi dziecko.
Worf warknął po klingońsku coś, czego prawie nikt nie zrozumiał – oprócz R’Cera, który odpowiedział mu w tym samym języku i to tak, że Klingon zaryczał i chciał się na niego rzucić. Picard i Riker z trudem zaprowadzili porządek.
– Panie R’Cer, jak panu nie wstyd? – Lilianna zmierzyła swego oficera naukowego od stóp do głów spojrzeniem, w którym było tyleż podziwu co dezaprobaty – Co pan mu powiedział?
– A takie tam...
– Melduje pokornie, królowo, że użyte przez komandora zdanie brzmiało „A twoja matka miała płaskie czoło.” – zaraportował ochoczo Hermasz.
– To musiało boleć.- zachichotał Majcher, który z racji codziennej styczności z Zajczikiem oraz damą jego serca nauczył się trochę po klingońsku. Kapitan Zakrzewska pokręciła głową.
– Jeśli nawet nasz etatowy Wolkanin zaczyna tracić olimpijski spokój, musi być niedobrze. – zawyrokowała.
– Kapitanko, ktoś się do nas dobija. – zameldowała Malwinka Kręcik.
– Łącz i na ekran główny.
Malwinka pstryknęła przełącznikiem i na ekranie ukazał czarnoskóry mężczyzna z aparatem wizyjnym na oczach.
– Czy to wy porwaliście komandora Rikera? – spytał surowo.
– A już – parsknęła Lilianna – A na co on nam? Żeby tańczył na rurze w mesie? To wszystko sprawka Q. A tak w ogóle należałoby się przywitać i przedstawić, sierżancie.
– Nie jestem sierżantem.
– A chcielibyście być? Da się zrobić, wystarczy amputować panu te nity na kołnierzu.
– I niby pani miałaby to zrobić?
– Oj, proszę mnie nie prowokować, bo...
Kapitan Picard przerwał tę niezbyt mądrą wymianę zdań, przedstawiając niewidomego oficera jako swego głównego inżyniera.
– I rzeczywiście, Geordi, mógłby pan przestrzegać protokołu.- zakończył karcąco.- Ta dama jest dowódcą swojej jednostki tak samo jak ja dowódcą Enterprise.
Geordi wymamrotał przeprosiny, a Picard zwrócił się z kurtuazją do Lilianny:
- Proszę o pozwolenie opuszczenia pokładu.
– Zezwalam – odparła kapitan Zakrzewska dostojnie – Odprowadzę was do hali transportu.
Po drodze trzeba było jeszcze zgarnąć Datę, pracującego nad jednym z replikatorów. Nie bardzo chciał przestać, ale na rozkaz swego kapitana dołączył do reszty.
– Mógłbym usprawnić jeszcze kilka rzeczy.- powiedział żałośnie.
– Dziękuję za dobre chęci, ale wystarczy to, co pan już zrobił – pocieszyła go Lilianna – My sobie damy radę z tym co zostało. Zawsze jakoś sobie radzimy.
W hali transportu siedział technik Lalewicz. Tym razem nie czytał, grał za to w warcaby ze swą zmienniczką, Marianną Bolczyk. Na widok gości przerwał partię i wstał.
– Ci państwo wracają do domu – powiadomiła go Lilianna – Proszę rozpocząć procedurę.
– Zrobi się.
Lalewicz podszedł do konsoli i zaczął stroić przełączniki, gdy nagle coś gruchnęło i zgasło światło.
– Co znowu?! – rozdarła się kapitan.
– Brak zasilania – powiadomił ją Lalunia, wyłaniając się z mroku w mdłym świetle lamp awaryjnych – Przykro mi, ale transportu nie ma i na razie nie będzie.
– Dopiero co wszystko działało i znowu klapa?
– Z tym proszę już do maszynowni. Ja nie elektryś. – Lalewicz usiadł przy stoliku i jakby nigdy nic wrócił do gry.
Kapitan Zakrzewska zwróciła się do gości.
– Jeśli wasze komunikatory działają, połączcie się z Enterprise i poproście o transport, dobrze? Ja muszę zająć się tym co się tu dzieje. Nie chcę was dłużej w to mieszać, na pewno macie własne problemy.
Kapitan Picard zawahał się. Jego rycerska natura podszeptywała, że może lepiej byłoby zostać i zaoferować pomoc, ale potem pomyślał, że z poziomu własnego zaawansowanego technicznie statku może zrobić dla Hermasza więcej, niż będąc uwięzionym na jego pokładzie. Uspokojony tą myślą dotknął swego komunikatora.
– Halo, Enterprise. Pięć osób do transportu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)