UWAGA!
Realia uniwersum "Star Treka" zostały stworzone przez Gene'a Roddenberry'ego i wszelkie prawa do nich znajdują się obecnie w posiadaniu wytwórni Paramount Pictures.
piątek, 11 października 2013
LVIII.
Podczas gdy na pokładzie Hermasza szukano pytoniego wylęgu, załoga Voyagera zabezpieczała skrupulatnie wszystko, co tylko się dało. Jak słusznie rozumowali, przebicie więżącej statek anomalii mogło zaowocować potężną falą uderzeniową. Wszyscy byli podnieceni do granic możliwości, zarówno faktem że mają szansę wyrwać się z na oko beznadziejnej sytuacji, jak i tym, że oto czeka ich spotkanie z drugą ziemską załogą. Ten nastrój ekscytacji udzielił się nawet Doktorowi i jedynymi istotami, które zachowały pełny spokój, byli Tuvok i 7of9. Ta ostatnia siedziała przy największym działku fazerowym i obliczała koordynaty, wprowadzając niezliczone poprawki na przeróżne zmienne losowe. Co jakiś czas łączyła się z Krzysztofem Majchrem, konsultując z nim kolejne zmiany współrzędnych. W końcu nadeszła chwila, gdy oboje stwierdzili, że już lepiej być nie może i z tą wiadomością połączyli się ze swymi dowódcami.
- No to nie czekajmy dłużej - zdecydowała kapitan Janeway - Bo jak będziemy czekać to jeszcze stanie się coś, co uniemożliwi nam te próby.
- No to lu, Smoku. - skwitowała zwięźle raport swego czołowego snajpera kapitan Zakrzewska, która akurat była w łazience i pomagała Weronice wykąpać Miśka. Wielki owczarek ujadał i skowyczał tak, że Krzysztof Majcher z trudem słyszał Liliannę przez głośnik.
- Dobra, to zmawiam się z tą lalą od Voyagera i zasuwamy - odpowiedział - Uprzedź ludzi, Lila, może nami telepnąć, szczególnie jak panienka w połowie roboty zechce poprawić makijaż i rączka się jej omsknie.
- Nie trzeba, ja to zrobię - włączył się niespodziewanie główny komputer i zaraz potem rozdarł się na wszystkie pokłady - Uwaga istoty organiczne! Przygotować się fizycznie i moralnie na niekontrolowane wstrząsy!
Ten komunikat wywołał niejakie zamieszanie, połączone z powszechnymi życzeniami pod adresem mamusi Hermasza, kompletnie - jak stwierdził R'Cer - pozbawionymi podstaw logicznych, za to nad wyraz barwnymi. Jasiek Gąsienica i Jędrzej Karpiel natychmiast pospieszyli, by zabezpieczyć swoją ukochaną bimbrownię, ojciec Maślak zaczął zbierać chętnych na zbiorowe modły w intecji powodzenia akcji ratunkowej, zaś profesor Trekowski wygasił palniki w pracowni i zamknął na głucho wszystkie pojemniki z niewiadomymi substancjami. Właściciele co mniejszych pupilków sprawdzali starannie terraria i klatki, a doktor T'Shan pospiesznie zapakowała córeczkę do łóżka wmawiając jej, że już jest noc i trzeba spać.
W ciągu dziesięciu minut cała obsada mostka była na miejscu, nawet mokry po kąpieli Misiek, który wkręcił się tam i nie dał wygonić. Również mostek Voyagera był wyraźnie bardziej ludny niż kiedykolwiek, bo oprócz tego, że były zajęte wszystkie stanowiska, wielu ludzi po prostu kręciło się po nim wyraźnie udając, że przyszli w jakimś konkretnym celu. Kapitan Janeway siedziała w fotelu, zaciskając swe kształtne palce na jego poręczach. Obok niej stał porucznik Chakotay, równie zdenerwowany jak ona, ale usiłujący zachować spokój. Tom Paris przy sterach dzwonił zębami, z czego w ogóle nie zdawał sobie sprawy, chorąży Kim bębnił nerwowo palcami po konsoli maszynowni, i jedynie Tuvok nie okazywał żadnych emocji. Gdy ekran rozjaśnił się ukazując wnętrze mostka Hermasza, Kathryn z trudem opanowała się, by nie zerwać się z fotela. Powstrzymała ją przed tym tylko obawa kompromitacji. To, co zobaczyła, mogło zresztą wytracić z równowagi osobę dużo spokojniejszą, bo nawet od konsoli Tuvoka dobiegł ją stłumiony dźwięk, jakby wciąganego gwałtownie powietrza.
Na ekranie mała kapitan w staroświeckim mundurze z białoczerwonymi wypustkami awanturowała się straszliwie ze swymi ludźmi, których na mostku było stanowczo za dużo, by mogli stanowić jedną wachtę. Jędrne i nad wyraz obrazowe wyzwiska sypały się jak z rękawa, harmider panował niewiarygodny, i na pierwszy rzut oka mostek Hermasza przypominał piwiarnię, w której doszło do zwyczajowego nieporozumienia. W dodatku pomiędzy przepychającymi się i wykrzykującymi swe pretensje ludźmi pętał się ogromny, mokry pies, co chwila podcinając komuś nogi.
– Czy... coś się dzieje? – spytała wreszcie Janeway, zdziwiona tym niecodziennym widokiem.
– Nie, skądże, normalnie miła atmosfera – odpowiedziała jej Lilianna, puszczając ucho młodego blondynka, którego właśnie siłą posadziła przy sterach – A co na pani folwarku?
– Jesteśmy gotowi i... zdyscyplinowani.
– My wbrew pozorom też. Czerep, jak pan jeszcze raz puści stery, łapy poprzetrącam! Stelmach, cholero jasna, siadaj pan przy konsoli maszynowni i pilnuj wskaźników, bo nie odpowiadam za siebie! Chorąży Podgumowana, jak panią kopnę w lewy półdupek, to nogami się pani nakryjesz i łbem do śmietnika wlecisz, czego pani tu się szwendasz?!
- A bo może będzie coś trzeba...? - pisnęła wdzięcznym dyszkantem ruda i piegowata kobieta mundurze sekcji inżynieryjnej z czasów kapitana Kirka.
– Trzeba to lobotomii u pani, albo przynajmniej parę razy w łeb! Arek, do nagłej krwi, zajmij się tym szemranym towarzystwem, bo ja mam co innego do roboty niż niańczyć bandę przygłupów!
– Kto nie ma służby, uprzejmie proszę won, ale już! – podniósł głos pierwszy oficer, na co nikt nie zwrócił większej uwagi. Przystojny Wolkanin z dystynkcjami komandora patrzył na to całe zamieszanie od konsoli naukowej, zachowując niezmącony spokój, a nawet z lekkim znudzeniem. Widać było, że takie widoki to dla niego nie pierwszyzna i że nie ma najmniejszego zamiaru interweniować.
Nagle wszyscy uspokoili się i zajęli swoje miejsca, jakby otrzymali polecenie od kogoś niewidzialnego. Gwar ucichł i dał się słyszeć męski głos, mówiący:
- Uwaga, ferajna! Godzina 0 za pięć... cztery... trzy... dwa... jeden... teraz!
poniedziałek, 23 września 2013
LVII
"Potwornie wściekła" to kapitan Zakrzewska raczej nie była, ale mocno podenerwowana to i owszem. Nie chodziło jej przy tym bynajmniej o von Brauna i jego girlaski - od początku podejrzewała młodego dyplomatę o jakieś machlojki i tylko czekała, kiedy bomba pęknie. Ich problem był jednak zgoła nieistotny, gdy zestawiło się go ze sprawą ratunku dla Voyagera. Opracowana przez Trekowskiego procedura była mocno ryzykowna. Gdyby wiązki nie pokryły się z wyliczoną dokładnością, efekt obustronnej salwy mógłby się okazać mało przyjemny. Nie ona jedna to wiedziała i nie ona jedna ufała Trekowskiemu jedynie w bardzo ograniczony sposób. Przechodząc obok pokładowej kaplicy Lilianna usłyszała chóralne modły i domyśliła się, że ojciec Maślak postanowił po swojemu wspomóc działania techniczne. Potwierdziła to siostra Ofelia, którą spotkała tuż za zakrętem.
- Cała nadwachta się tam modli - powiedziała zakonnica - Tadek zagonił wszystkich, których złapał, a kto był oporny, to i różańcem po karku oberwał.
Sławny różaniec ojca Maślaka był rozmiaru "mega", a jako wykonany z mahoniu i litego srebra, stanowił nie lada broń, niegorszą niz przeciętny łańcuch rowerowy. Nic tez dziwnego, że takiemu argumentowi trudno było się oprzeć.
- A siostra nie poszła?
- Nie. Porządkuję zakrystię, bo jakbyśmy mieli gości i któryś by chciał się wyspowiadać, to żeby wstydu nie było.
- Wątpię jakoś, by w załodze kapitan Janeway byli jacyś szczególnie gorliwi katolicy - mruknęła Lilianna - Ale niech siostra robi co uważa za stosowne.
- Nie mam wyjścia. Tadek bywa bardzo pryncypialny.
Kapitan Zakrzewska pokiwala głową ze zrozumieniem. Nie od dziś znała siostrę Ofelię od Aniołów i wiedziała, że w jej wygładzonym słowniku określenie "bardzo pryncypialny" oznacza "cholernie upierdliwy" - co było prawdą bezsporną. Czasami naprawdę lepiej było poddać się woli ojca Maślaka niż kłócić się z nim, co było zajęciem po pierwsze czasochłonnym, a po drugie szalenie wyczerpującym.
Po drodze do "wieżyczki" Lilianna natknęła się jeszcze na małżeństwo Podgumowanych, które w niezwykłej jak dla tej pary zgodzie dokoptowało sobie chorążego Kindermana i cała trójka grała z T'Allią w "Ole, ole Janko" na samym środku korytarza.
- Sio z tym do świetlicy lub do holodeku. Korytarz statku gwiezdnego to nie ogródek jordanowski. - zarządziła dobrotliwie, przechodząc obok.
- Ciocia kapitan zagra z nami! - zawołała T'Allia prosząco, łapiąc Liliannę za nogawkę munduru.
- Nie teraz. Po kolacji. - obiecała jej, nim zniknęła w turbowindzie - Hermasz, przygotuj wszystko do poważnego wstrząsu, a na razie zawieź mnie do wieżyczki.
- Robi się, królewno - zgrzytnął ochryple komputer - Czuję się jednak w obowiązku nadmienić, że pan Majcher zahasłował wejście, żeby mu się nikt nieproszony nie wtranżolił.
- Nie szkodzi. Znam hasła Krzyśka tak samo jak on moje.
- Mam nadzieję, bo ja ich nie znam
W głosie komputera brzmiało wyraźne rozgoryczenie. "Wieżyczka", czyli centrum obsługi dział fazerowych i wyrzutni torped, było niejako układem autonomicznym i wstęp tam mieli tylko ci, którzy znali aktualne hasło. W tej części statku brakowało wszechobecnego podsłuchu, tak więc w ten sposób Hermasz nie mógł tych haseł poznać. Ponadto wszelkie próby nawiązania pokojowej współpracy z małym komputerkiem, kontrolującym "wieżyczkę", spełzały na niczym. System o imieniu Gucia (nikt nie miał pojęcia, kto go tak nazwał, ale maluch nie reagował na inne określenia) był uparty jak muł. Bardzo to Hermasza gnębiło.
- Nie złość się, Hermuś - powiedziała pojednawczo Lilianna - Wiesz dobrze, że tak jest bezpieczniej. Gdyby wrógł wdarł się na pokład i przejął jakoś nad tobą kontrolę, nie zdoła wykorzystać naszego uzbrojenia.
- Niech tylko spróbują tu wejść!
- Wiem wiem, ale wszystko trzeba wziąć pod uwagę.
Komputer burknął coś w odpowiedzi i zamilkł. Bywał czasem po dziecinnemu obraźliwy, ale wszyscy już do tego przywykli i nie zwracali na jego fochy żadnej uwagi.
Wysiadłszy z turbowindy kapitan Zakrzewska wstrząsnęła się lekko. W tej części statku panował przeraźliwy ziąb. Szczęśliwie korytarz był krótki - po kilkunastu krokach Lilianna stanęła przed pancernymi drzwiami, na których widniał wymalowany artystycznie olejną farbą staroświecki czołg i napis "Rudy 102". Dotknęła panela kontrolnego. Coś szczęknęło i odezwał się uprzejmy, dziewczęcy głosik Guci:
- Zidentyfikuj się, przybyszu.
- To ja, Gucia. Kapitan Lilianna Zagrzewska, numer służbowy 279601
- Proszę podać hasło.
Lilianna zakasłała lekko i wyrecytowała do mikrofonu:
- Zgroza!
Co za proza!
Jam mimoza
fiołka liść!
Takiego zbója
pan nie zbuja!
Alleluja
możem iść.
Gucia zapiszczała, po czym stwierdziła słodko:
- Identyfikacja poprawna. Hasło prawidłowe. Proszę wejść, kapitanie.
Klapa odchyliła się lekko i kapitan mogła wkroczyć do "wieżyczki", gdzie Krzysztof Majcher kalibrował właśnie ręczny celownik największego działka.
- Cześć, Lila - przywitał się nieregulaminowo - Widzę, że wciąż pamiętasz nasze ulubione hasło. Jeszcze trochę i będę gotowy. Strasznie rozregulowane, psia morda.
- Dasz radę do godziny 0?
- Jasne, nie ma sprawy. Czy ten ich strzelec, ta znaczy się lala w srebrnym trykocie, nie spudłuje, jak myślisz?
- Ja wiem? Sądząc z tego co mówiono i z wyglądu, to częściowo komputer... Borg.
- Czyli ni pies ni wydra, coś na kształt świdra. Cóż, zobaczymy. Tak w ogóle, to coś się stało? Nie wyganiam cię, ale jeśli chciałaś pogadać, to mogłaś po prostu użyć interkomu.
Kapitan Zakrzewska zawahała się, a potem wyjęła z torebki przy pasie tabliczkę angielskiej czekolady Catburry, którą chomikowała u siebie jeszcze od startu.
- To na podniesienie morale - powiedziała - A Weronika obiecała, że jak dobrze się spiszesz, dostaniesz całusa.
- No to mam teraz dobry powód by nie skrewić. - rozpromienił się Krzysiek, który bardzo lubił zarówno czekoladę, jak i Weronikę. Ułamał kawałek tabliczki, wepchnął sobie do ust i po chwili na jego krągłej twarzy pojawił się błogi wyraz rozmarzenia.
- Boska.
Lialianna trzepnęła go po przyjacielsku w kark i wyszła, a Gucia zamknęła za nią klapę. Wieżyczka znowu została odseparowana od reszty statku tak, jakby przygotowywała się do obrony przed inwacją Klingonów.
- Teraz trzeba jeszcze załatwić sprawę von Brauna - pomyślała kapitan, jadąc turbowindą na mostek - Jeśli operacja się powiedzie, trzeba będzie go wypuścić, bo kto przygotuje uroczystą kolację? Ech, ciężki jest los dowódcy. Ciągle te zgniłe kompromisy...
Mamrocząc do siebie z niezadowoleniem wyszła z windy, wpadając od razu na Keras.
- Co pani robi na mostku?! - zagrzmiała.
- Niechże się pani nie złości - ujął się za Klingonką R'Cer, nim zdążyła odpowiedzieć coś niewątpliwie pozbawionego szacunku i nieprzyjemnego. - To ja poprosiłem panią Zajczik, żeby pomogła mi naprawić skaner. W stoczni remontowej wymieniono nasz model na klingoński, zupełnie nie umiem sobie z nim poradzić.
- Ciekawe, co za palant to zrobił - Lilianna pokręciła głową z dezaprobatą - Hermasz, wiesz coś o tym?
- Jakże by nie, królowo - odparł komputer - Ten skaner jest zdobyczny. Dali go nam, bo żaden inn y nie dawał się wmontowac w konsolę, a oryginalnych z NX już żadnych nie mieli.
- Mogli choć spytać... Keras, da sobie pani z nim radę?
- toH - odparła Klingonka - To prosta usterka. Będzie gotów za jakieś pół waszej godziny.. a co to za junk 'ay'?!
Z łożyska skanera wyciągnęła coś, co przypominała dużą, czarną dżdżownicę i przyglądała się temu z wyraźnym pomieszaniem
- Może to się je?
- Nie! - wrzasnął Trekowski, który z braku lepszego zajęcia oczekiwał na godzinę 0, nudząc się przy konsoli maszynowni - To mały pyton!
- Jezus Maria, skąd tu się wzięły małe pytony? - jęknęła Inga Lausch, chowając się przezornie za konsolę łączności. Trekowski podszedł i zdecydowanie odebrał Keras wijące się leniwie stworzenie.
- Wygląda na to, że Adam i Ewa złamały jedno z przykazań - stwierdził - Ich tu musi być więcej.
- Co my z nimi zrobimy? - Arek, zajęty na swoim miejscu jakimiś wyliczeniami, podniósł głowę - Terrariów nam nie starczy.
Profesor wzruszył ramionami.
- Będziemy mieli prezent dla bratniej załogi - odparł - No co, zły pomysł? Jak znalazł.
środa, 18 września 2013
LVI.
Kuba Żmijewski rzadko kiedy pieklił się na swych pacjentów, tym razem jednak dosłownie wyszedł z siebie. Powodem tego nie było nawet to, że przyniesiono mu Michałowa ululanego w drobny mak, ale fakt, że na dzień dobry uszczypnął on doktor Foremną, i to bynajmniej nie w ramię. Na próżno tłumaczono mu, że naczelny inżynier jest zbyt pijany, by wiedzieć kogo szczypie i że równie dobrze mógł w ten sposób potraktować siostrę Lolitę lub nawet Cezarego Figielka.
- Co mi tu za banialuki opowiadacie! Łobuz dobrze wiedział, za co się łapie! - ryczał lekarz - Czekaj no, zasmolony inżynierku, wszystko powiem twojej żonie, wtedy zobaczysz!
- Ja już widziałem - oznajmił Michałow - Zaglądalem przez szparę do łazienki, gdy twoja brała przysznic...
Urwał, gdyż Kuba zamachnął się i tylko szczęśliwym zbiegiem okoliczności inżynierowi udało się uniknąć ciosu w szczękę.
- Chorego bijesz, łapiduchu?! - wrzasnął, próbując oddać lekarzowi, co jednak mu się nie udawało, gdyż zamiast jednego Kuby widział trzech..
- Takiś pan chory, jak ja Konopnicka - przyszła mężowi w sukurs doktor Foremna - Chyba że mówimy o gorączce mnonopolowej. Lolita, dawaj trzeźwik. Czy Keras też się tak samo zaprawiła jak pan?
Krzysztof Majcher potrząsnął głową z powątpiewaniem.
- Mało prawdopodobne, Klingoni mają mocne głowy. Stawiam na to, że teraz właśnie upija kogoś innego.
Pociągnął Michałowa za wiszący mu na plecach krawat, zmuszając w ten sposób inżyniera, żeby zrobił "siad". Doktor Foremna skorzystała z chwilowego zaskoczenia pacjenta, by wpakować mu w ramię porcję trzeźwika z hypoinjektora. Michałow otrzasnął sie jak pies, co wyszedł z wody i potoczył po obecnych przytomniejszym wzrokiem.
- Wiesz co, Krzysiek, ty to jednak jesteś świnia. - oświadczył z godnością, wstając i poprawiając krawat.
- Do usług - odparł niespeszony Majcher - Możesz mnie oświecić, po co ci na pokładzie ten "zwis męski"? Do munduru pasuje jak kwiatek do kożucha.
- Matias chce zorganizować LARPa w swoim lokalu i próbowaliśmy przebrania. - wyjaśnił inżynier.
- LARPa? Jeszcze mu mało przygód? - zdziwił się doktor Żmijewski i wydał z siebie ostry pisk, bo kręcąca mu się pod nogami T'Allia dziabnęła go znienacka czymś ostrym.
- No nie, tu dybią na moje życie!
R'Cer wziął córeczkę na ręce i odebrał jej niebezpieczne narzędzie - był to odłupany kawałek jakiegoś plastikowego pojemnika.
- Czy ty masz mało zabawek? - spytał karcąco - Musisz zbierać różne śmieci?
- Ja lubię.- stwierdziła dziewczynka i pociągnęła ojca za ucho. R'Cer stracił na moment swój zwykły godny wyraz twarzy, bo T'Allia, choć miała zaledwie dwa i pół roku, była po wolkańsku silna i paluszki miała jak ze stali.
- Matka powinna nauczyć cię manier, wiesz?
- Może sam ją pan nauczą? - wtrąciła się cierpko siostra Lolita - Pan są ojcem.
- Wlej pan temu bachorowi kilka pasów - poradził Żmijewski, ogladając poszkodowaną łydkę - Ona jest niebezpieczna dla otoczenia. Drętwieję na myśl, że to rośnie.
R'Cer rzucił lekarzowi spojrzenie, którego nawet ślepy nie mógłby nazwać pochlebnym i wyszedł razem z córką na korytarz.
- Ja też lecę - rzekł Majcher - Muszę wszystko sprawdzić, nim wybije czas oddania zbawczej salwy. Gdzie Ośka? Będzie mi potrzebny.
Lolita Niemogę spojrzała na zegarek.
- O tej porze mają pewnie jeszcze sesję terapeutyczną u pani Michałow.
- Chce mi pani wmówić, że on potrzebuje psychoterapii?!
- Ja tak nie mówię, to pani Michałow tak mówią.
- Według Allandry my wszyscy mamy coś z głową - westchnął Karol Michałow - Pójdę do niej i wyślę Ośkę do wieżyczki.
Allandra Michałow rzeczywiście traktowała swe obowiązki psychologa pokładowego bardzo serio. Założyła kartę każdemu członkowi załogi, korzystając z pomocy oficera personalnego, Bibiany Nowak. Przy okazji wyszło na jaw, skąd Matias von Braun wziął tancerki do swego lokalu - otóż Sixto nie był bynajmniej jedynym pasażerem na gapę. Matias, który już na Ziemi snuł plany przekształcenia mesy w bar, namówił kilka wesołych panienek by ukryły się u niego w kabinie i wyszły dopiero w odległości paru parseków od Ziemi. W ten sposób nikt początkowo nie połapał się w sytuacji, tylko Bibiana liczyła i liczyła, i siwiała od tego, bo wciąż nie zgadzały się jej rejestry załogi. I teraz, gdy Allandra maglowała w swoim gabinecie nieszczęsnego Zajczika, oficer Nowak udała się do kapitan Zakrzawskiej z donosem na pokładowego kucharza i dyplomatę w jednym.
- No proszę, a ja z początku myślałam, że to hologramy - Lilianna pokiwała głową ze zrozumieniem - Proszę zatem poprosić do mnie pana von Braun i te jego figlarki.
Bibiana zasalutowała i wybiegła. Poniewaz jednak dość długo nie zjawiała się z powrotem, kapitan Zakrzewska wyszła z założenia, że jeśli góra nie chce przyjść do Mahometa, to Mahomet musi pofatygować się do góry i udała się do baru. Była jeszcze dość daleko, gdy usłyszała wściekłe okrzyki. Głos von Brauna wywrzaskiwał coś obraźliwego, a wtórowały mu inne, cieńsze i bardziej melodyjne, acz równie nerwowe głosy. Lilianna przyspieszyła kroku i wkrótce znalazła się w mesie, gdzie zastała niecodzienną scenę. W kącie kuliła się przerażona i zapłakana oficer Nowak, zaś von Braun potrząsał pięściami nad jej głową, wykrzykując jakieś zdania, w których na okrągło przewijały się takie komplementy jak "łajza, kapuś, donosiciel". Sekundowały mu skąpo ubrane tancerki, wykazując się nadzwyczaj bogatym słownikiem. Przy barze siedziała mocno wstawiona Keras i popijała coś z wysokiej szklanki, nie odrywając zaciekawionych oczu od tego co się działo.
- Spokój! - ryknęła kapitan - bo zaraz wszyscy wylądujecie w brygu! Co to ma znaczyć?!
Matias odwrócił się do niej z wyraźnie brutalnymi zamiarami, ale przystopował widząc, że intruz to sam dowódca.
- I co by się takiego stało, gdyby ten kabel trzymał swój parszywy jęzor za zębami? - spytał, wyraźnie kończąc wcześniej rozpoczętą myśl.
- Dość - ucięła Lilianna - Lokal zostaje zamknięty, a pan i pańskie pupilki wędrujecie na tydzień do brygu. Hermasz, dawaj mi tu dwa patrole ochrony!
- Już się robi, królowo! - odezwał się dziarsko bas komputera.
- Ale... za co do brygu? - próbował sie bronić von Braun, jednak przerwała mu jękliwa skarga Bibiany - Chciał mnie zabić!
Personalna rzeczywiście wyglądała jak półtora nieszczęścia. Podarty mundur zwisał z niej w strzępach, a rozmazany makijaż nadawał jej wygląd pijanego Komancza na ścieżce wojennej.
- Gdyby chciał, to byś teraz leżała plackiem. - przychnęła ze swego miejsca pani Zajczik.
- Nie pytałam o zdanie, klingońska przybłędo! - wrzasnęła Nowak.
- A twoja matka hodowała tribble i miała płaskie czoło. - obraziła się Keras i chciała dodać coś jeszcze, gdy do mesy wpadła ochrona.
- Keras, natychmiast do kwatery i wytrzeźwieć. Pani Nowak do zaopatrzenia po nowy mundur i umyć mordę nim wróci pani na służbę. A reszta do brygu - wydała dyspozycje Lilianna - A niech usłyszę o jeszcze jednym wybryku, nim skończymy nasze zadanie, to ja przestanę być taka miła, jasne? Maura, albo będzie pani pilnować porządku jak się patrzy, albo mnie pani popamięta!
Ochrona szybko zlikwidowała awanturę, zamykając von Brauna i wyklinające na czym świat stoi tancerki w osobnych celach.
- Szefowo, ale czemu nasza stara ukarała też całą załogę? - spytał chorąży Czerwonka, gdy już uporali się z tą robotą - Przecież gdy kucharz siedzi, to my wszyscy będziemy skazani na żarcie z replikatorów.
- Pewnie tak - przyznała smętnie Maura Gwizdak, wielbicielka dobrej kuchni - Nie radzę jednak interpelować naszej kapitan, a w każdym razie nie teraz. Wygląda mi na potwornie wściekłą i na razie lepiej nie wchodzić jej w drogę.
poniedziałek, 9 września 2013
LV
– Pani kapitan, wygląda na to że ci ludzie mają rację – rzekł wreszcie Tuvok – Jeśli wiązki pokryją się z dokładnością do 0.2%, w anomalii otworzy się tunel dość duży, by Voyager mógł się przez niego przecisnąć.
– 0.2% to bardzo mały margines bezpieczeństwa – Janeway spojrzała na 7of9 – Człowiek nie zdoła osiągnąć tak dobrego wyniku, ale może ty dasz radę, Seven?
– Mam 20% szans na powodzenie. – odparła dziewczyna spokojnie. R’Cer obrzucił ją powściągliwie zaciekawionym spojrzeniem.
– Proszę mi wybaczyć, czy pani nie jest czasem ze społeczności Borg? – zapytał.
– Byłam.
– Nasz R’Cer znalazł koleżankę. – stwierdziła sterniczka Bąk.
– Jaką koleżankę? – zdziwił się Neelix i w tym momencie na mostek wmaszerowała nieproszona figura – Karol Michałow, w dodatku pijany jak nieboskie stworzenie. Był boso, miał na sobie tylko bokserki i krawat, nie wiedzieć czemu zwisający na plecach. Roztrącił bez ceremonii zgromadzonych i nagle znalazł się na wprost ekranu, z którego gapiła się na niego poczciwa gęba nieznanego faceta. Przez chwilę wymieniali spojrzenia, potem Michałow zapytał nieco bełkotliwie:
- Przepraszam... jaka rasa?
– Co?
– Rrrrasa.
– Panie Michałow, niechże pan wraca do siebie, poobraża pan naszych gości. – powiedziała łagodnie Lilianna. Inżynier spojrzał na nią zamglonymi oczami, a potem potoczył wzrokiem po wszystkich i uczynił jakiś nieskoordynowany, szeroki gest lewą ręką.
– Biorę was na świadków – wydukał z pijackim patosem – Czy ja obrażam tę rasę?
- Jestem Talaxianinem. - wtrącił się Neelix, który wreszcie zrozumiał, o co chodzi. Michałow mamrotał przez chwilę pod nosem, potem machnął ręką ze zniechęceniem.
– Panie, to nie jezd nazwa dla kogoś kto trrroszkę wypity. – stwierdził.
– Przynosi pan wstyd Gwiezdnej Flocie i naszej załodze – R’Cer uznał za stosowne wziąć sprawy w swoje ręce – Gdzie się pan tak urządził?
– Byłem w barze von Brrrrauna... Rrrrozmawiałem z Keras.
– No to musiała być ciekawa rozmowa.
– Rany koguta, R’Cer, wyprowadź pan tego pijanicę do ambulatorium! – wrzasnęła kapitan, dając wreszcie upust swej popędliwej naturze – Niech go Foremna otrzeźwi, zanim faceta zabiję i zostaniemy bez szefa maszynowni!
– Jolka poradzi sobie i bez niego. – mruknął z rozbawieniem Trekowski.
– Nawet jeszcze lepiej – przyświadczył Arek z uciechą, nie odrywając zafascynowanych oczu od widoku Wolkanina, szarpiącego się z Michałowem, który wcale nie miał ochoty opuszczać tak ciekawego miejsca jak mostek. Krzysztof Majcher musiał złapać inżyniera za nogi i dopiero wtedy można było go wynieść. Jeszcze z windy było słychać, jak Michałow śpiewa na całe gardło:
- Polej, polej, polej, polej!
Czas wymienić w mózgu olej!
Ty mówisz “Wóda to trumna!”
Gorzała będzie z ciebie bardzo dumna
Alkohol, twierdzisz, to potwór
więc lu go w otwór
żeby, żeby sczezł!
My som szyici
wszystkie zaszyci!
Znamy te chwyty już na wskroś!
Jak będziesz wyglądał zaszyty?
Jak niegdysiejsza dziurka
albo gorsze coś!
Kapitan Zakrzewska chrząknęła z zażenowaniem i zwróciła się ponownie do ekranu, na którym widniały trzy nad wyraz zdumione oblicza.
– No dobra, to były sprawy rodzinne. No więc wracając do naszej rozmowy...
– Proszę mi wybaczyć, ale nagle pani załoga wydała mi się mało godna zaufania. – przerwała jej Kathryn Janeway. Uznała za cud, że w ogóle udało się jej wydobyć słowo z gardła.
– Bo my nie zasługujemy na zaufanie – odparła spokojnie Lilianna – Mimo to jesteśmy waszą jedyną szansą więc nie bardzo macie wybór. Umówmy się zatem co do czasu operacji, zróbmy swoje i pożegnajmy się grzecznie jak na istoty rozumne przystało.
Siedzący przy jej fotelu Misiek nie wiedzieć czemu wziął to do siebie i liznął dowódcę Hermasza w rękę.
- Oczywiście, piesku, ty też będziesz mógł się żegnać jak my wszyscy.
- Wozi pani ze sobą przedstawiciela nieinteligentnej rasy? – zapytała 7of9.
– A bo jednego?
– Czy można wiedzieć w jakim celu?
– Nie, nie można, panno cyborgówno. To prywatna sprawa, moja i mojej załogi. To jak, pani kapitan Janeway? Strzelamy czy dajemy sobie spokój i wy zostajecie kręcić się po wsze czasy jak za przeproszeniem gówno w przeręblu, a my idziemy na popijawę do baru von Brauna i lecimy sobie dalej?
Kathryn poczuła zamęt w głowie. Całe jej doświadczenie podpowiadało, by nie wchodzić w żadne układy z tą małą kobietką w dziwacznym mundurze, ale instynkt szeptał, że to jedyna szansa dla Voyagera. Tak czy inaczej, była odpowiedzialna za swoich ludzi i musiała wykorzystać wszystkie dostępne mozliwości.
– Lepiej pokutować za grzechy niż żałować, że się nic nie zrobiło. – rzekł Trekowski, przyglądający się jej z życzliwym uśmiechem – Jak pani nie wierzy, mogę zawołać Pingwina, ona to potwierdzi.
– Czyś pan oszalał? Siostra Ofelia nie będzie nikogo namawiać do grzechu. A więc, droga Kasiu?
Janeway wzdrygnęła się, słysząc te familiarne słowa, a potem westchnęła beznadziejnie.
– Coś w tym jest – powiedziała – Jestem w sytuacji przymusowej. Zrobimy to za, powiedzmy, dziesięć godzin. Musimy skalibrować nasze armatki. Pasuje?
- Jak raz na maczugę. No to hasta la vista, baby. Proszę się odezwać, gdy będziecie gotowi.
– 0.2% to bardzo mały margines bezpieczeństwa – Janeway spojrzała na 7of9 – Człowiek nie zdoła osiągnąć tak dobrego wyniku, ale może ty dasz radę, Seven?
– Mam 20% szans na powodzenie. – odparła dziewczyna spokojnie. R’Cer obrzucił ją powściągliwie zaciekawionym spojrzeniem.
– Proszę mi wybaczyć, czy pani nie jest czasem ze społeczności Borg? – zapytał.
– Byłam.
– Nasz R’Cer znalazł koleżankę. – stwierdziła sterniczka Bąk.
– Jaką koleżankę? – zdziwił się Neelix i w tym momencie na mostek wmaszerowała nieproszona figura – Karol Michałow, w dodatku pijany jak nieboskie stworzenie. Był boso, miał na sobie tylko bokserki i krawat, nie wiedzieć czemu zwisający na plecach. Roztrącił bez ceremonii zgromadzonych i nagle znalazł się na wprost ekranu, z którego gapiła się na niego poczciwa gęba nieznanego faceta. Przez chwilę wymieniali spojrzenia, potem Michałow zapytał nieco bełkotliwie:
- Przepraszam... jaka rasa?
– Co?
– Rrrrasa.
– Panie Michałow, niechże pan wraca do siebie, poobraża pan naszych gości. – powiedziała łagodnie Lilianna. Inżynier spojrzał na nią zamglonymi oczami, a potem potoczył wzrokiem po wszystkich i uczynił jakiś nieskoordynowany, szeroki gest lewą ręką.
– Biorę was na świadków – wydukał z pijackim patosem – Czy ja obrażam tę rasę?
- Jestem Talaxianinem. - wtrącił się Neelix, który wreszcie zrozumiał, o co chodzi. Michałow mamrotał przez chwilę pod nosem, potem machnął ręką ze zniechęceniem.
– Panie, to nie jezd nazwa dla kogoś kto trrroszkę wypity. – stwierdził.
– Przynosi pan wstyd Gwiezdnej Flocie i naszej załodze – R’Cer uznał za stosowne wziąć sprawy w swoje ręce – Gdzie się pan tak urządził?
– Byłem w barze von Brrrrauna... Rrrrozmawiałem z Keras.
– No to musiała być ciekawa rozmowa.
– Rany koguta, R’Cer, wyprowadź pan tego pijanicę do ambulatorium! – wrzasnęła kapitan, dając wreszcie upust swej popędliwej naturze – Niech go Foremna otrzeźwi, zanim faceta zabiję i zostaniemy bez szefa maszynowni!
– Jolka poradzi sobie i bez niego. – mruknął z rozbawieniem Trekowski.
– Nawet jeszcze lepiej – przyświadczył Arek z uciechą, nie odrywając zafascynowanych oczu od widoku Wolkanina, szarpiącego się z Michałowem, który wcale nie miał ochoty opuszczać tak ciekawego miejsca jak mostek. Krzysztof Majcher musiał złapać inżyniera za nogi i dopiero wtedy można było go wynieść. Jeszcze z windy było słychać, jak Michałow śpiewa na całe gardło:
- Polej, polej, polej, polej!
Czas wymienić w mózgu olej!
Ty mówisz “Wóda to trumna!”
Gorzała będzie z ciebie bardzo dumna
Alkohol, twierdzisz, to potwór
więc lu go w otwór
żeby, żeby sczezł!
My som szyici
wszystkie zaszyci!
Znamy te chwyty już na wskroś!
Jak będziesz wyglądał zaszyty?
Jak niegdysiejsza dziurka
albo gorsze coś!
Kapitan Zakrzewska chrząknęła z zażenowaniem i zwróciła się ponownie do ekranu, na którym widniały trzy nad wyraz zdumione oblicza.
– No dobra, to były sprawy rodzinne. No więc wracając do naszej rozmowy...
– Proszę mi wybaczyć, ale nagle pani załoga wydała mi się mało godna zaufania. – przerwała jej Kathryn Janeway. Uznała za cud, że w ogóle udało się jej wydobyć słowo z gardła.
– Bo my nie zasługujemy na zaufanie – odparła spokojnie Lilianna – Mimo to jesteśmy waszą jedyną szansą więc nie bardzo macie wybór. Umówmy się zatem co do czasu operacji, zróbmy swoje i pożegnajmy się grzecznie jak na istoty rozumne przystało.
Siedzący przy jej fotelu Misiek nie wiedzieć czemu wziął to do siebie i liznął dowódcę Hermasza w rękę.
- Oczywiście, piesku, ty też będziesz mógł się żegnać jak my wszyscy.
- Wozi pani ze sobą przedstawiciela nieinteligentnej rasy? – zapytała 7of9.
– A bo jednego?
– Czy można wiedzieć w jakim celu?
– Nie, nie można, panno cyborgówno. To prywatna sprawa, moja i mojej załogi. To jak, pani kapitan Janeway? Strzelamy czy dajemy sobie spokój i wy zostajecie kręcić się po wsze czasy jak za przeproszeniem gówno w przeręblu, a my idziemy na popijawę do baru von Brauna i lecimy sobie dalej?
Kathryn poczuła zamęt w głowie. Całe jej doświadczenie podpowiadało, by nie wchodzić w żadne układy z tą małą kobietką w dziwacznym mundurze, ale instynkt szeptał, że to jedyna szansa dla Voyagera. Tak czy inaczej, była odpowiedzialna za swoich ludzi i musiała wykorzystać wszystkie dostępne mozliwości.
– Lepiej pokutować za grzechy niż żałować, że się nic nie zrobiło. – rzekł Trekowski, przyglądający się jej z życzliwym uśmiechem – Jak pani nie wierzy, mogę zawołać Pingwina, ona to potwierdzi.
– Czyś pan oszalał? Siostra Ofelia nie będzie nikogo namawiać do grzechu. A więc, droga Kasiu?
Janeway wzdrygnęła się, słysząc te familiarne słowa, a potem westchnęła beznadziejnie.
– Coś w tym jest – powiedziała – Jestem w sytuacji przymusowej. Zrobimy to za, powiedzmy, dziesięć godzin. Musimy skalibrować nasze armatki. Pasuje?
- Jak raz na maczugę. No to hasta la vista, baby. Proszę się odezwać, gdy będziecie gotowi.
piątek, 23 sierpnia 2013
LIV
Po dobrze przespanej nocy kapitan Janeway próbowała z samego rana nawiązać kontakt z Hermaszem, jednak w odpowiedzi na jej wywołania z głośnika popłynęły jedynie melancholijne dźwięki piosenki "Przydybali babcię w lasku", a wizja w ogóle nie dawała się włączyć. Po kilku daremnych próbach Kathryn machnęła ręką i poszła do maszynowni, gdzie B'Elanna kłóciła się właśnie z 7of9, mającą zupełnie inne poglądy na kwestię naprawy jednego z injektorów antymaterii.
- Naprawcie ten injektor, wszystko jedno jak - przecięła ich spór ostro - Musimy być gotowi na wszystko, bo może załoga tamtego statku rzeczywiście opracuje dla nas jakiś ratunek.
- A co mówią? - zaciekawiła się B'Elanna.
- Na razie nic nie mówią, nie mogę się z nimi połączyć. Główny komputer ich statku zamiast odpowiadać śpiewa.
- Jak to śpiewa?
- Coś o tym że nasypali babci piasku, zresztą nieważne. Spróbuję później. Co z tym injektorem?
- Za godzinę będzie gotów.
Prosto z maszynowni Janeway udała się do mesy, gdzie zażądała śniadania. Neelix nałożył jej szczodrą ręką jakiejś osobliwej potrawy i nieproszony usiadł na krześle obok. Miał na sobie czysty fartuch, a bokobrody starannie wyczesane i ułożone. Jego małe, dobrotliwe oczka błyszczały podnieceniem.
- I co słychać z naszym uwolnieniem? - spytał.
- Nie wiem - odparła Janeway, pochłaniając to, co jej podsunął i konstatując, że nie jest to złe - Zaraz ponowię próbę łączności. Wie pan co, Neelix? Skoro pełni pan na statku rolę ambasadora, to może zechce mi pan towarzyszyć? Coś mi mówi, że w rozmowie z tymi dziwakami przyda mi się pomoc dyplomaty.
- Przecież to nie są przedstawiciele nieznanej rasy...
- To się panu tylko tak wydaje. Coś mi się zdaje, że dogadać się z nimi nie będzie łatwo. Niech pan zdejmie fartuch i uda się ze mną na mostek, tak na wszelki wypadek.
Talaxianin skinął głową z entuzjazmem, zniknął za drzwiami i po chwili pojawił się elegancki i wymuskany jak spod igły. Wpadł przy tym na 7of9, która właśnie weszła do mesy z żałobnym meldunkiem, że inkryminowany injektor antymaterii nie wytrzymał niestety zintegrowanych prób naprawy.
- No to pięknie - westchnęła ciężko kapitan - Jeśli tamci nic nie wymyślą, jesteśmy ugotowani. Seven, pani pójdzie z nami na mostek.Ci z Hermasza mogą chcieć jakichś inżynieryjnych danych.
- Tak jest. - odparła 7of9 zwięźle.
Na miejscu okazało się, że chorąży Kim zdołał już nawiązać łączność wizualną. Na ekranie widać było mostek drugiego statku, na którym były tylko trzy osoby. Przy sterach siedziała szczuplutka dziewczyna o ciemnych włosach i malowała sobie paznokcie trzema rodzajami lakieru naraz. Przy konsoli łączności figurował wielki i umięśniony jak atleta blondyn i czytał instrukcję obsługi z miną wyraźnie wskazującą na to, że nie rozumie ani słowa. Na fotelu dowodzenia spał ogromny, kudłaty pies zwinięty w kłębek.
- Tu Kathryn Janeway z USS Voyager - zaczęła pani kapitan niezbyt pewnym głosem - Chciałabym rozmawiać z dowódcą jednostki.
Blondyn upuścił instrukcję i zerwał się z fotela, uderzając z łomotem kolanem o wspornik konsoli.
- Wciórności! - stęknął boleściwie - Jo je, panicko, Jasiek Gusienica, fajfendekel od nasy kapitonki.Jo pilnuja tu syćkiego, bo nasa staro jesce w lesie.
- Że co? - wyrwało się 7of9. Spojrzała na Neelixa, ale ten też nie wiedział, o co chodzi.
- Przepraszam, ale prawie nic nie zrozumiałam. - powiedziała bezradnie kapitan Janeway.
- Proszę się nie trudzić, wszystkie translatory wysiadają na tej jego podtatrzańskiej gwarze - wtrąciła się pannica od sterów i zaczęła dmuchać na swoje paznokcie - Jasiu, wywołaj Lilkę przez interkom, o tej porze na pewno już nie śpi.
- No nie wim, Weronicko... a jak bydzie zła?
- Nie będzie. Wywołaj.
Atletyczny blondyn przestawił staroświecki przełącznik na ścianie i huknął:
- Panicko kapiton, piknie pytom na kładkie... tfu, na mostecek wos pytom! Jakieści tu państwo kcom pomówić. Godają, co som ode komiwojażera.
=/\= Z Voyagera, gazdo - odezwała się z głośnika spokojna odpowiedź - Ich statek tak się nazywa.
- Hihi, ale hecnie!
=/\= To już nie nasza sprawa. Zaraz będę. Przekaż im, że mam dobrą nowinę.
Jak łatwo było przewidzieć, ta informacja bardzo ucieszyła kapitan Janeway, która właśnie zaczynała powątpiewać, czy nie ma czasem do czynienia z jakimś kosmicznym domem wariatów. W tej sytuacji stało się to obojętne - wariaci czy nie, jeśli wyciągną Voyagera z anomalii, załoga będzie zawdzięczać im życie.
Kilka minut później kapitan Zakrzewska wmaszerowała na mostek w towarzystwie kilku swoich załogantów, których Janeway i jej towarzysze oczywiście znać nie mogli.
- Sio, psisynu! Do czego to podobne?! - krzyknęła na psa, który ziewnął potężnie i zwlókł się z fotela dowodzenia, strojąc przy tym żałosną minę stworzenia skrzywdzonego przez życie – Witam panią kapitan.
– Witam. Oto mój ambasador, Neelix, a to 7of9, z ekipy inżynieryjnej.
– Miło mi. Oto moi najbliżsi współpracownicy: pierwszy oficer Arkadiusz Żydek, profesor Dinosław Trekowski, główny nawigator Krzysztof Majcher i oficer naukowy pan R’Cer. Reszta wepchnęła się tu nieproszona, nagła krew wie po co. Jak się spało?
– Dziękuję, nienajgorzej... ale chyba krócej. – odparła Janeway z niezamierzonym przekąsem.
- Och, to przypadek. Profesor Trekowski obudził nas wszystkich w środku pokładowej nocy i zrobił zamieszanie. Jak mi się wydaje, znalazł rozwiązanie waszego problemu. – oświadczyła Lilianna i rozsiadła się w fotelu – Profesorze, anawa, niech pan zaiwania.
Z grupy załogantów wystąpił szpakowaty, niegolony od kilku dni mężczyzna w białym fartuchu, zarzuconym na niedopięty mundur. Jedno i drugie nosiło wyraźne ślady bliskich kontaktów z przeróżnymi odczynnikami chemicznymi.
– Według moich obliczeń wystarczy zastosować metodę przeciwstawnych wiązek – powiedział – Jedyny problem to ten, że muszą one zderzyć się dokładnie w jednym punkcie, żeby móc otworzyć tunel, którym wasz statek wyleci z anomalii. Macie dobrych snajperów?
– Niezłych – odparła Janeway – A wy?
– Dennych – parsknęła kapitan Zakrzewska – Na szczęście też dwóch porządnych. Z tym że jeden ma niestety kaca i chwilowo jest nie w formie. Z naszej strony strzeli więc pan Majcher, on ma cela. Kto od was się podejmie?
– Ja. – zgłosił się Tom Paris.
– Trafisz pan w stodołę?
– W sęczek na jej drzwiach też, szanowna pani, jeśli zajdzie taka potrzeba.
– No to może się uda. Namiary oblicza właśnie nasz zbrojmistrz, który sam ma niezłego cela, ale nie dość dobrego na taki numer. O ile dobrze zrozumiałam wywody profesora, wiązki muszą spotkać się w punkcie docelowym z dokładnością co do pół sekundy łuku.
– Właśnie. – przyświadczył Trekowski, niezbyt zadowolony że nie dano mu okazji do dłuższego wykładu. Przysiadł na poręczy jednego z foteli i wpakował obie ręce do kieszeni fartucha, przy czym jedną, cokolwiek nadprutą, oberwał do reszty.
– To zadziała? – spytała kapitan Janeway, zwracając się do Tuvoka, który sterczał jak zwykle za swą konsolą. Wolkanin pochylił się nieco i zaczął obliczać, podczas gdy Neelix szeptał za plecami swej kapitan z 7of9. Swobodne zachowanie polskiej załogi bardzo mu się spodobało, ale jednocześnie poczuł dziwne onieśmielenie. Może po raz pierwszy w życiu nie wiedział, jak ma zagaić rozmowę. A miał na to wielką ochotę, choć nikt nie zwracał uwagi ani na niego, ani na wystrzałową Borg w obcisłym kombinezonie.
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
LIII.
Kapitan Zakrzewska wyjaśniła w krótkich słowach, że według prastarego obyczaju aresztantom przysługuje wyłącznie czarny chleb i czarna kawa. Trekowski na to oświadczył, że przepada za kawą, ale na obiad życzyłby sobie risotto albo flaki.
- Trzeba by spytać von Brauna, czy ma składniki. - mruknął Jędrek Karpiel, przestępując z nogi na nogę.
- A ja tam wybredna nie jestem, lubię gęsie pipki i koszerną pejsachówkę - oświadczyła Malwinka Kręcik - Ojcze Tadeuszu, ze spożywania starozakonnych potraw nie trzeba się chyba spowiadać?
- Nie. Są bardzo zacne w smaku, aby tylko nie za dużo czosnku w nich było - rozmarzył się ksiądz - Przed odlotem jadłem w jednej koszernej restauracji na poznańskiej starówce pieczoną gęś z farfelkami, palce lizać.
- Nam kiedyś pan von Braun robił kugel na specjalne zamówienie - wtrącił się chorąży Rozenfeld - Koszerny to on wprawdzie nie był, ale jaki smaczny za to...
- E tam! Koszerny, niekoszerny... Starozakonne przesądy! Nie ma to jak duszona wieprzowa karkówka. Albo żeberka z grilla podlewane piwem, co złe? - Karol Michałow miał zamiar rozwijać temat, ale Lilianna zamierzyła się na niego niedwuznacznie i umilkł.
- Skończcie z tym jadłospisem - zażądała stanowczo - Przez was rozum może się człowiekowi pomieszać. Profesorze Trekowski, niechże pan gada co z tą anomalią i Voyagerem?
Zainterpelowany naukowiec odchrząknął, poprawił laboratoryjny fartuch narzucony na gołe ciało i oznajmił z emfazą:
- To jest proste jak w mordę strzelił. W pojedynkę żaden statek nie zdołałby tego zrobić, tu się zgadzam, ale jak oni są tam, a my tu, to bez trudu rozbijemy anomalię niczym nie przymierzając jajko na prezydencie.
- Jajka na boczku, mmm, pycha...
- Co za prowokator to powiedział?! - zdenerwowała się kapitan.
- Ja, a bo co? - odparła zuchwale Aśka Kubica - Może nieprawdę mówię?
- Milcz, do cholery!
- Słucham, pani kapitan? - zgłosił się rozespany Ksawery Milcz, który ziewał pod ścianą. Lilianna machnęła obiema rękami.
- Wszyscy mają zamknąć twarze! - nakazała podniesionym głosem - Cisza na morzu, kto się pierwszy odezwie ten bałwan!
Nikt nie chciał wyjść na bałwana, więc rzeczywiście zapanowała cisza jak makiem posiał, w której - chyba tylko na złość przysłowiu - słychać było jedynie brzęczenie jakiejś głupiej muchy, która zabrała się z Ziemi "na gapę". Kapitan otuliła się mocniej podomką haftowaną w różowe kotki i ponagliła Trekowskiego:
- Proszę dalej, profesorze.
- Tak, a potem nazwie mnie pani bałwanem, nie ma głupich.
- Niechże pan nie robi cyrków!
- No dobra. Cały dowcip polega na tym, że trzeba otworzyć ogień z fazerów nacelowany na granicę anomalii, ale z dwóch stron jednocześnie. Znaczy, Voyager strzela od środka, a my od zewnątrz, tylko obie wiązki muszą trafić dokładnie w ten sam punkt, inaczej klapa.
- No i co to ma niby dać?
- Taki zintegrowany strzał otworzy tunel, przez który statek będzie mógł opuścić niebezpieczny obszar.
- To pewne?
- Jak bum cyk cyk! Tylko będą musieli dodać gazu, bo tunel szybko się zamknie i może ich złapać za ogon jak się nie pospieszą...
Kapitan Zakrzewska zastanowiła się, popatrując to na Trekowskiego, to na zegarek.
- Budzić ich? -spytała z powątpiewaniem - Czas pokładowy Voyagera pokrywa się z naszym.
- Tyle już czasu siedzą w tej dziurze, nie zaszkodzi jak pośpią sobie do pobudki.- wypowiedział się Arek.
- No tak... my też mamy prawo do wypoczynku. I na drugi raz niech pan o tym pamięta, profesorze - Lilianna spojrzała surowo na Trekowskiego - Abtreten, załogo. Wszyscy do łóżek, tylko każdy do swojego! I żebym za minutę nikogo poza ochroną nie widziała na korytarzu!
Ponieważ mimo wszystko kapitan Zakrzewska cieszyła się dużym mirem wśród swoich ludzi, wszyscy rozpierzchli się niczym stado spłoszonych wróbli i po chwili na korytarzu zostali tylko żołnierze ochrony, Kinderman i Rozenfeld, pani kapitan oraz Dinosław Trekowski. Profesor miał bardzo obrażoną minę, tak jakby spodziewał się fanfar na cześć swego odkrycia, a został totalnie zlekceważony.
- Na przyszłość niech pani na mnie nie liczy w kwestii ratowania statków. - burknął wojowniczo.
- Zapnij pan lepiej ten chałat, bo widać panu co nie trzeba - doradziła mu kapitan życzliwie - Od razu poczuje się pan bardziej godnie. I niech pan też idzie się przespać, bo zaraz pan padnie. Jutro pogadamy.
Po drodze do swej kwatery Lilianna zajrzała do swego ordynansa, którego rejwach na pokładzie najwyraźniej jakoś nie zbudził. Jasiek Gąsiennica chrapał w najlepsze, a na nim spała zwinięta w kłębek Gizia. Lilianna pokiwała melancholijnie głową. Ewentualny napastnik mógłby nie tylko wyrżnąć załogę i zrabować co się da, ale i wynieść jej dzielnego adiutanta jako osobliwe trofeum, nim ten by się spostrzegł. Przez chwilę myślała, czy by nie zbudzić górala i nie palnąć mu surowej mowy, ale potem machnęła ręką. Ostatecznie jeśli Jasiek miał tak mocny sen, nie była to jego wina i żadne dyscyplinarki tego nie zmienią.
Nocne zamieszanie sprawiło, że rano Hermasz musiał trzy razy powtórzyć sygnał pobudki, nim obudzeni ludzie zaczęli kląć i rzucać w głośniki, czym popadło. Przewidujący von Braun przygotował zamiast zwykłej porannej kawy tak zwanego "szatana", a jako danie główne meksykańskie naleśniki, tak szczodrze doprawione ostrą papryką, że momentalnie postawiły wszystkich na nogi. Spowodowały też wzmożoną konsumpcję kawy, a że był to "szatan", buzująca w żyłach załogantów kofeina doprowadziła do kilku bójek jeszcze przed rozpoczęciem porannej wachty. Kilku chorążych i jeden podporucznik zjawili się potem w ambulatorium, domagając się opatrzenia "chwalebnych ran", a razem z nimi przywlókł się Sixto. Guz na jego głowie, powstały w zetknięciu z klingońskim batlethem, nie chciał jakoś przestać boleć, pasażer na gapę przybrał więc pozę umierającego łabędzia i stwierdził, że nikt go nie lubi, że jest konający i ma wstrząs mózgu.
- Wstrząśnienie, jeśli już - fuknęła na niego doktor Foremna - To zwykły obrzęk. Nic poza tym. Siostro Niemogę, lód dla tego pana.
- Służba zdrowia mnie lekceważy na tle rasistowskim. - stwierdził wampir i położył się nieproszony na biołóżku, demonstracyjnie przymykając omdlałe powieki.
- Wstawaj pan z tego mebla, bo przepiszę panu dwudziestoczterogodzinną lewatywę! - wrzasnęła Foremna.
- Czy wampiry się wypróżniają? - spytała Lolita Niemogę sanitariusza Figielka. Ten wzruszył ramionami.
- Nie wiem, nie znam ich fizjologii. Doktorze, czy Sixto czasem srywa? - zwrócił się do Kuby Żmijewskiego.
- A bo ja za nim łażę do kibla? - odparł doktor obojętnie - Zośka, nie wściekaj się, chce gość diagnostyki to niech mu ją Czarek zrobi. Nasz klient, nasz pan. Figielek, zajmijcie się pacjentem. Temperatura, tętno, odruchy, analizy...
Sixto aż wierzgnął z uciechy i rozłożył się na biołóżku, jak mógł najwygodniej. Tym sposobem odkryto jeszcze jeden feler nieproszonego gościa: był klasycznym hipochondrykiem i najlepiej czuł się wtedy, gdy było mu najgorzej.
Podczas gdy w ambulatorium badano poszkodowanego wampira, starszyzna oficerska zebrała się na mostku. Nadszedł czas, by przekazać Voyagerowi dobre nowiny i nikt nie chciał tego przegapić.
- Trzeba by spytać von Brauna, czy ma składniki. - mruknął Jędrek Karpiel, przestępując z nogi na nogę.
- A ja tam wybredna nie jestem, lubię gęsie pipki i koszerną pejsachówkę - oświadczyła Malwinka Kręcik - Ojcze Tadeuszu, ze spożywania starozakonnych potraw nie trzeba się chyba spowiadać?
- Nie. Są bardzo zacne w smaku, aby tylko nie za dużo czosnku w nich było - rozmarzył się ksiądz - Przed odlotem jadłem w jednej koszernej restauracji na poznańskiej starówce pieczoną gęś z farfelkami, palce lizać.
- Nam kiedyś pan von Braun robił kugel na specjalne zamówienie - wtrącił się chorąży Rozenfeld - Koszerny to on wprawdzie nie był, ale jaki smaczny za to...
- E tam! Koszerny, niekoszerny... Starozakonne przesądy! Nie ma to jak duszona wieprzowa karkówka. Albo żeberka z grilla podlewane piwem, co złe? - Karol Michałow miał zamiar rozwijać temat, ale Lilianna zamierzyła się na niego niedwuznacznie i umilkł.
- Skończcie z tym jadłospisem - zażądała stanowczo - Przez was rozum może się człowiekowi pomieszać. Profesorze Trekowski, niechże pan gada co z tą anomalią i Voyagerem?
Zainterpelowany naukowiec odchrząknął, poprawił laboratoryjny fartuch narzucony na gołe ciało i oznajmił z emfazą:
- To jest proste jak w mordę strzelił. W pojedynkę żaden statek nie zdołałby tego zrobić, tu się zgadzam, ale jak oni są tam, a my tu, to bez trudu rozbijemy anomalię niczym nie przymierzając jajko na prezydencie.
- Jajka na boczku, mmm, pycha...
- Co za prowokator to powiedział?! - zdenerwowała się kapitan.
- Ja, a bo co? - odparła zuchwale Aśka Kubica - Może nieprawdę mówię?
- Milcz, do cholery!
- Słucham, pani kapitan? - zgłosił się rozespany Ksawery Milcz, który ziewał pod ścianą. Lilianna machnęła obiema rękami.
- Wszyscy mają zamknąć twarze! - nakazała podniesionym głosem - Cisza na morzu, kto się pierwszy odezwie ten bałwan!
Nikt nie chciał wyjść na bałwana, więc rzeczywiście zapanowała cisza jak makiem posiał, w której - chyba tylko na złość przysłowiu - słychać było jedynie brzęczenie jakiejś głupiej muchy, która zabrała się z Ziemi "na gapę". Kapitan otuliła się mocniej podomką haftowaną w różowe kotki i ponagliła Trekowskiego:
- Proszę dalej, profesorze.
- Tak, a potem nazwie mnie pani bałwanem, nie ma głupich.
- Niechże pan nie robi cyrków!
- No dobra. Cały dowcip polega na tym, że trzeba otworzyć ogień z fazerów nacelowany na granicę anomalii, ale z dwóch stron jednocześnie. Znaczy, Voyager strzela od środka, a my od zewnątrz, tylko obie wiązki muszą trafić dokładnie w ten sam punkt, inaczej klapa.
- No i co to ma niby dać?
- Taki zintegrowany strzał otworzy tunel, przez który statek będzie mógł opuścić niebezpieczny obszar.
- To pewne?
- Jak bum cyk cyk! Tylko będą musieli dodać gazu, bo tunel szybko się zamknie i może ich złapać za ogon jak się nie pospieszą...
Kapitan Zakrzewska zastanowiła się, popatrując to na Trekowskiego, to na zegarek.
- Budzić ich? -spytała z powątpiewaniem - Czas pokładowy Voyagera pokrywa się z naszym.
- Tyle już czasu siedzą w tej dziurze, nie zaszkodzi jak pośpią sobie do pobudki.- wypowiedział się Arek.
- No tak... my też mamy prawo do wypoczynku. I na drugi raz niech pan o tym pamięta, profesorze - Lilianna spojrzała surowo na Trekowskiego - Abtreten, załogo. Wszyscy do łóżek, tylko każdy do swojego! I żebym za minutę nikogo poza ochroną nie widziała na korytarzu!
Ponieważ mimo wszystko kapitan Zakrzewska cieszyła się dużym mirem wśród swoich ludzi, wszyscy rozpierzchli się niczym stado spłoszonych wróbli i po chwili na korytarzu zostali tylko żołnierze ochrony, Kinderman i Rozenfeld, pani kapitan oraz Dinosław Trekowski. Profesor miał bardzo obrażoną minę, tak jakby spodziewał się fanfar na cześć swego odkrycia, a został totalnie zlekceważony.
- Na przyszłość niech pani na mnie nie liczy w kwestii ratowania statków. - burknął wojowniczo.
- Zapnij pan lepiej ten chałat, bo widać panu co nie trzeba - doradziła mu kapitan życzliwie - Od razu poczuje się pan bardziej godnie. I niech pan też idzie się przespać, bo zaraz pan padnie. Jutro pogadamy.
Po drodze do swej kwatery Lilianna zajrzała do swego ordynansa, którego rejwach na pokładzie najwyraźniej jakoś nie zbudził. Jasiek Gąsiennica chrapał w najlepsze, a na nim spała zwinięta w kłębek Gizia. Lilianna pokiwała melancholijnie głową. Ewentualny napastnik mógłby nie tylko wyrżnąć załogę i zrabować co się da, ale i wynieść jej dzielnego adiutanta jako osobliwe trofeum, nim ten by się spostrzegł. Przez chwilę myślała, czy by nie zbudzić górala i nie palnąć mu surowej mowy, ale potem machnęła ręką. Ostatecznie jeśli Jasiek miał tak mocny sen, nie była to jego wina i żadne dyscyplinarki tego nie zmienią.
Nocne zamieszanie sprawiło, że rano Hermasz musiał trzy razy powtórzyć sygnał pobudki, nim obudzeni ludzie zaczęli kląć i rzucać w głośniki, czym popadło. Przewidujący von Braun przygotował zamiast zwykłej porannej kawy tak zwanego "szatana", a jako danie główne meksykańskie naleśniki, tak szczodrze doprawione ostrą papryką, że momentalnie postawiły wszystkich na nogi. Spowodowały też wzmożoną konsumpcję kawy, a że był to "szatan", buzująca w żyłach załogantów kofeina doprowadziła do kilku bójek jeszcze przed rozpoczęciem porannej wachty. Kilku chorążych i jeden podporucznik zjawili się potem w ambulatorium, domagając się opatrzenia "chwalebnych ran", a razem z nimi przywlókł się Sixto. Guz na jego głowie, powstały w zetknięciu z klingońskim batlethem, nie chciał jakoś przestać boleć, pasażer na gapę przybrał więc pozę umierającego łabędzia i stwierdził, że nikt go nie lubi, że jest konający i ma wstrząs mózgu.
- Wstrząśnienie, jeśli już - fuknęła na niego doktor Foremna - To zwykły obrzęk. Nic poza tym. Siostro Niemogę, lód dla tego pana.
- Służba zdrowia mnie lekceważy na tle rasistowskim. - stwierdził wampir i położył się nieproszony na biołóżku, demonstracyjnie przymykając omdlałe powieki.
- Wstawaj pan z tego mebla, bo przepiszę panu dwudziestoczterogodzinną lewatywę! - wrzasnęła Foremna.
- Czy wampiry się wypróżniają? - spytała Lolita Niemogę sanitariusza Figielka. Ten wzruszył ramionami.
- Nie wiem, nie znam ich fizjologii. Doktorze, czy Sixto czasem srywa? - zwrócił się do Kuby Żmijewskiego.
- A bo ja za nim łażę do kibla? - odparł doktor obojętnie - Zośka, nie wściekaj się, chce gość diagnostyki to niech mu ją Czarek zrobi. Nasz klient, nasz pan. Figielek, zajmijcie się pacjentem. Temperatura, tętno, odruchy, analizy...
Sixto aż wierzgnął z uciechy i rozłożył się na biołóżku, jak mógł najwygodniej. Tym sposobem odkryto jeszcze jeden feler nieproszonego gościa: był klasycznym hipochondrykiem i najlepiej czuł się wtedy, gdy było mu najgorzej.
Podczas gdy w ambulatorium badano poszkodowanego wampira, starszyzna oficerska zebrała się na mostku. Nadszedł czas, by przekazać Voyagerowi dobre nowiny i nikt nie chciał tego przegapić.
środa, 7 sierpnia 2013
LII.
Był środek pokładowej nocy. Załoga Hermasza spała snem sprawiedliwych, jedynie dwa patrole ochrony krążyły ospale po pokładach, niczego nie sprawdzając, bo też nic im się nie chciało. Wszędzie trwała błoga cisza i spokój, nic więc dziwnego, że gdy nagle rozdarł się pokładowy radiowęzeł, zapanowała niejaka panika. Ludzie wyskakiwali na korytarz jak stali i przez dłuższą chwilę statek przypominał plażę w Miami, gdzie tekstylni i nudyści opalają się razem w zgodzie i pokoju, przemieszani ze sobą niczym przysłowiowy groch z kapustą. Powstał taki harmider, że wywabił na z kwater nawet ojca Maślaka i siostrę Ofelię, których oburzone tą powszechną Babilonią wrzaski powiekszały tylko ogólny burdel. Sixto, który się nie obudził bo w ogóle nie spał (jak przystało na wampira), tańczył wkoło i siał zamieszanie, usiłując gryźć w szyję kogo popadło i uspokoił się dopiero wtedy, gdy Keras palnęła go po głowie bat'lethem na płask.
- Biją, pani kapitan! - poskarżył się Liliannie, gdy ta zjawiła się wreszcie.
- I bardzo dobrze robią - odparła nielitościwie Zakrzewska, poprawiając lokówki nad czołem - Takich tylko lać w mordę.
- To kołtuństwo, rasizm, ksenofobia i nietolerancja.
- Czyli nasze polskie dziedzictwo. Zapomniał pan jeszcze o faszyzmie. Zamknij się pan, do cholery, mam teraz ważniejsze sprawy niż wysłuchiwanie czyichś skarg. Keras, niechże pani z łaski swoje wsadzi sobie gdzieś to żelastwo!
- Czy to oficjalny rozkaz? - spytała zdetonowana Klingonka, oglądając swój bat'leth z taką miną, jakby widziała go pierwszy raz w życiu i zastanawiała się, do czego służy.
- Nie, oczywiście że nie - zapewniła ją pospiesznie Lilianna - To taka formuła semantyczna. Tylko niech pani tym nie wymachuje, bo jeszcze zmniejszy mi pani stan osobowy załogi. A propos załogi: BACZNOŚĆ MI TU! SPOKÓJ MA BYĆ!
Głos kapitan Zakrzewskiej miał to do siebie, że potrafił przebić się przez ryk startującego odrzutowvca i zatrzymać w miejscu szarżującego byka. Nic zatem dziwnego, że spłoszona załoga znieruchomiała i umilkła, spoglądając na swego dowódcę pytającym wzrokiem.
- Bawicie się w Raj? - spytała po chwili Lilianna, lustrując z niejakim zainteresowaniem wdzięki swych załogantów, niekiedy niczym nie osłonięte - Wiem że jest tu dość ciepło, ale żeby zaraz przebierać się za Adama i Ewę?
- Adam i Ewa w Raju
zarżnęli prosiaka w maju
Słoninę z niego sprzedali
a zadek sobie schowali.
- wyrecytował odruchowo Mścisław Czerep, sternik i chodząca pokładowa biblioteczka w jednym.
- Zamilknij, bluźnierco! - wsiadł na niego ojciec Maślak, nerwowo poprawiając przy tym nocną sutannę - Wszyscy, jak tu stoicie, jesteście jednym wielkim grzechem przeciw wszystkim przykazaniom! Powiadam, wasz grzech jest wielki!
- Zależy, jak kto ma. - mruknęła Allandra Michałow, zerkając wymownie na przyokrywających się pospiesznie czym popadło nagusów.
- Zamknij natychmiast oczy! - zdenerwował się jej mąż - Nie powinnaś patrzeć na takie widoki.
Allandra wymownie popukała się w czoło.
- Co to, ja gołego chłopa nie widziałam?
- Ale chyba nie tylu naraz!
- A co to za różnica? Kto widział jednego, to jakby widział wszystkich.
Tę smakowitą konwersację przerwała kapitan Zakrzewska i zwróciła się do wszystkich z zasadniczym pytaniem:
- Kto, do jasnej zmory, jest autorem tego alarmu?
Ludzie wymienili spojrzenia, wzruszając ramionami i robiąc przy tym miny mające oznaczać, że nie wiedzą, co się właściwie wydarzyło.
- No, jeśli w tej chwili nie zjawi mi się ten dowcipniś...! - zaczęła Lilianna podniesionym głosem, ale urwała, bo przez tłum przepchnął się właśnie Osip Anegdotycz, wlokąc za kołnierz wierzgającego i sypiącego "wyrazami" Dinosława Trekowskiego.
- Wot eta skatina włączyła radiowęzeł! - oświadczył wściekle - Barysznia, ja radzę: prestupnik w turemnoj zamok!
- Puszczaj, buraku! - profesorowi udało się wreszcie uwolnić z rąk Zajczika - Pani kapitan, proszę powiedzieć temu kacapowi, gdzie jego miejsce!
- Żebym ja panu czego nie powiedziała! - wrzasnęła kapitan - Co za brewerie pan urządza w porze odpoczynku?!
- No czego? Sam bym się wytłumaczył, gdyby ten Żyd mnie nie napadł!
- Powtórz, jak ty mnie nazwał, swołocz prakliata?!
- Żyd polny pszenno-buraczany!
Osip Anegdotycz zamachnął się na odlew, w sukurs przyszła mu Keras i pewnie we dwoje wykończyli by profesora na amen, gdyby nie zapobiegli temu żołnierze ochrony - zbiegiem okoliczności byli to akurat Baruch Kinderman i Saul Rozenfeld.
- Do aresztu z tymi gojami - zarządziła kapitan - Nie, czekać: co pan w końcu chciał ogłosić przez ten megafon, Trekowski?
- Że odkryłem, jak wyciągnąć Voyagera z tej całej anomalii. Ale uprzedzam, że jak ja będę w brygu, to nie mam zamiaru pracować... zwłaszcza jeśli na obiad podadzą mi czulent i faszerowanego szczupaka.
- Biją, pani kapitan! - poskarżył się Liliannie, gdy ta zjawiła się wreszcie.
- I bardzo dobrze robią - odparła nielitościwie Zakrzewska, poprawiając lokówki nad czołem - Takich tylko lać w mordę.
- To kołtuństwo, rasizm, ksenofobia i nietolerancja.
- Czyli nasze polskie dziedzictwo. Zapomniał pan jeszcze o faszyzmie. Zamknij się pan, do cholery, mam teraz ważniejsze sprawy niż wysłuchiwanie czyichś skarg. Keras, niechże pani z łaski swoje wsadzi sobie gdzieś to żelastwo!
- Czy to oficjalny rozkaz? - spytała zdetonowana Klingonka, oglądając swój bat'leth z taką miną, jakby widziała go pierwszy raz w życiu i zastanawiała się, do czego służy.
- Nie, oczywiście że nie - zapewniła ją pospiesznie Lilianna - To taka formuła semantyczna. Tylko niech pani tym nie wymachuje, bo jeszcze zmniejszy mi pani stan osobowy załogi. A propos załogi: BACZNOŚĆ MI TU! SPOKÓJ MA BYĆ!
Głos kapitan Zakrzewskiej miał to do siebie, że potrafił przebić się przez ryk startującego odrzutowvca i zatrzymać w miejscu szarżującego byka. Nic zatem dziwnego, że spłoszona załoga znieruchomiała i umilkła, spoglądając na swego dowódcę pytającym wzrokiem.
- Bawicie się w Raj? - spytała po chwili Lilianna, lustrując z niejakim zainteresowaniem wdzięki swych załogantów, niekiedy niczym nie osłonięte - Wiem że jest tu dość ciepło, ale żeby zaraz przebierać się za Adama i Ewę?
- Adam i Ewa w Raju
zarżnęli prosiaka w maju
Słoninę z niego sprzedali
a zadek sobie schowali.
- wyrecytował odruchowo Mścisław Czerep, sternik i chodząca pokładowa biblioteczka w jednym.
- Zamilknij, bluźnierco! - wsiadł na niego ojciec Maślak, nerwowo poprawiając przy tym nocną sutannę - Wszyscy, jak tu stoicie, jesteście jednym wielkim grzechem przeciw wszystkim przykazaniom! Powiadam, wasz grzech jest wielki!
- Zależy, jak kto ma. - mruknęła Allandra Michałow, zerkając wymownie na przyokrywających się pospiesznie czym popadło nagusów.
- Zamknij natychmiast oczy! - zdenerwował się jej mąż - Nie powinnaś patrzeć na takie widoki.
Allandra wymownie popukała się w czoło.
- Co to, ja gołego chłopa nie widziałam?
- Ale chyba nie tylu naraz!
- A co to za różnica? Kto widział jednego, to jakby widział wszystkich.
Tę smakowitą konwersację przerwała kapitan Zakrzewska i zwróciła się do wszystkich z zasadniczym pytaniem:
- Kto, do jasnej zmory, jest autorem tego alarmu?
Ludzie wymienili spojrzenia, wzruszając ramionami i robiąc przy tym miny mające oznaczać, że nie wiedzą, co się właściwie wydarzyło.
- No, jeśli w tej chwili nie zjawi mi się ten dowcipniś...! - zaczęła Lilianna podniesionym głosem, ale urwała, bo przez tłum przepchnął się właśnie Osip Anegdotycz, wlokąc za kołnierz wierzgającego i sypiącego "wyrazami" Dinosława Trekowskiego.
- Wot eta skatina włączyła radiowęzeł! - oświadczył wściekle - Barysznia, ja radzę: prestupnik w turemnoj zamok!
- Puszczaj, buraku! - profesorowi udało się wreszcie uwolnić z rąk Zajczika - Pani kapitan, proszę powiedzieć temu kacapowi, gdzie jego miejsce!
- Żebym ja panu czego nie powiedziała! - wrzasnęła kapitan - Co za brewerie pan urządza w porze odpoczynku?!
- No czego? Sam bym się wytłumaczył, gdyby ten Żyd mnie nie napadł!
- Powtórz, jak ty mnie nazwał, swołocz prakliata?!
- Żyd polny pszenno-buraczany!
Osip Anegdotycz zamachnął się na odlew, w sukurs przyszła mu Keras i pewnie we dwoje wykończyli by profesora na amen, gdyby nie zapobiegli temu żołnierze ochrony - zbiegiem okoliczności byli to akurat Baruch Kinderman i Saul Rozenfeld.
- Do aresztu z tymi gojami - zarządziła kapitan - Nie, czekać: co pan w końcu chciał ogłosić przez ten megafon, Trekowski?
- Że odkryłem, jak wyciągnąć Voyagera z tej całej anomalii. Ale uprzedzam, że jak ja będę w brygu, to nie mam zamiaru pracować... zwłaszcza jeśli na obiad podadzą mi czulent i faszerowanego szczupaka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)